RSS
 

Archiwum - Marzec, 2014

Zobacz, jak to jest

11 mar

Jaka ja jestem wściekła, kiedy wieczorem już ciągnę resztkami sił, moja cierpliwość do syna jest na wyczerpaniu, plecy mnie bolą jak szlag, a znów muszę się schylić, bo coś rozsypał czy nie trafił z sikaniem do muszli, zerkam tylko na zegarek, bo około 18 ma przyjść mąż i 20 po szóstej przychodzi sms, że się spóźni, że jest jeszcze w pracy. A ja od pół godziny wyczekuję uchem zgrzytu klucza w zamku!!! Po prostu…. można się zagotować.

Kilka ostatnich dni  było tak ciężkich, że kolejnego ranka obwieściłam mężowi, że po prostu jeszcze jeden dzień z małym od 8 do 20 i zwariuję. Próbowałam sobie pomóc w inny sposób, np. bardzo rozsądnie zajrzałam do poradnika „Drugi i trzeci rok życia dziecka”, a tam taka rada: Naucz się relaksować. …weź kilka oddechów i powtarzaj sobie „Jestem spokojna”. Poczułam, że dawno już przeszłam ten etap, kiedy mogło mi pomóc oddychanie, więc pogadałam z mężem, a ten wspaniałomyślnie powiedział, że weźmie urlop na jeden dzień. Juhu!! W głębi duszy podejrzewałam, że bardziej chodzi mu o całodzienne granie w kolejną część jakiejś strzelanki niż zabawy z małym, ale co tam. 

Zawsze opowiadam mężowi, jak mi (nam) minął dzień i często jest to opis świetnych czynności typu zmywanie z parkietu kredki świecowej (a tak było miło cicho przez chwilę…), tudzież ratowanie skórzanego fotela z powodzi siuśków; mężydło kiwa głową, ubolewa nad moim losem, ale wiem, że co innego słuchać opowieści, a co innego ją przeżyć. W tygodniu mąż spędza z synem jakieś dwie godziny dziennie, mały tatę wielbi i piszczy z uciechy, kiedy się z nim bawi. Jaka sielanka! Ale to jakieś pół godzinki, potem kolacja, kąpiel i spać i oooo, jak fajnie bez dziecka…!

Mąż oczywiście zostawał już sam z małym kilka razy, ale jakoś nie trafił na TEN dzień, kiedy po prostu ręce opadają. No, ale ostatnio i jemu się trafiło…

Chyba mi się udzieliło budowanie napięcia a’la Dan Brown…

Rano oporządziłam wszystko – wysadziłam synka, ubrałam, dałam kaszkę, przygotowałam śniadanie dla nas, mąż się zwlekł, poszliśmy na spacerek, wróciliśmy – i tu miał nastąpić cudny moment dnia: drzemka małego. Kiedy się okazało, że jednak nic z tego, zaczęłam się zbierać do wyjścia, bo w końcu miałam odpocząć od tego całego cyrku.

Zresetowałam się zupełnie na kilkugodzinnych zakupach, wreszcie zwiedziłam tę nową dwupiętrową Ikeę (pierwszy raz byłam w Ikei sama – Boże, co za luksus!) i z obolałymi nogami, ale szczęśliwa wróciłam do domu. (Jeszcze mały wpisik odnośnie Ikei – oni tam naprawdę dobrze kombinują, pierwszy raz coś takiego widziałam – toaleta dla rodzica z dzieckiem, jest to kabina z dwoma kibelkami niczym w Soczi, ale jeden jest duży, tzn. normalny, a drugi to jego miniaturka. Bardzo pomysłowe, przyznacie).

Wchodzę do domu i już widzę, że mąż wściekły. Pewnie często widzi taką mnie, gdy wraca z pracy i zupełnie nie wie, o co ten cały krzyk! Co się okazało – mały zlał się w krzesełku podczas obiadu. Mąż się nie spostrzegł, zanim nie schylił się po coś, a tam kałuża na podłodze… Całe krzesełko zsikane, mały siedzi w mokrych ciuchach i spokojnie konsumuje obiad! Niby nic, ot – wielkie mi co, dopiero się uczy być bez pieluchy. Ale w praktyce wiem, jak to wyglądało – trzeba przerwać jedzenie (więc wszystko stygnie), wyjąć cieknące dziecko z krzesełka i coś z nim zrobić (powstrzymać się od wystawienia na balkon), tj. zdjąć przylepione ciuchy i coś z nimi zrobić (powstrzymać się przed wyrzuceniem z okna), poszukać nowych ciuchów, przebrać (mały nie ułatwia: nie chcie podni, nie chcie arpet!!!), wytaskać kolumbrynę z rogu kuchni zza stołu (jest naprawdę spore, bo można je rozłożyć na osobny stolik i krzesełko stojące na podłodze), zatargać je pod prysznic, bo przecież zacieki są w każdej szczelinie… I tak dalej, i tak dalej, z niewinnego zsiusiania się w spodnie robi się godzinna praca. Mąż nawet zaprał rzeczy, więc czapki z głów! Popołudnie też z głowy…

Co usłyszałam wieczorem? „Wcale nie pograłem…” – wypowiedziane głosem pełnym żalu. Już nawet nic nie powiedziałam na mega syf w domu. A gdzie prasowanie koszul? Mycie okien? Odkurzanie? Zmiana pościeli? Czyszczenie okapu? Nie wiem, jak ja to wszystko godzę… Czy jestem z siebie dumna? Raczej zmęczona. Czy mąż jest ze mnie dumny? Pewnie tylko przez krótką chwilę, kiedy pamięta, co tak naprawdę oznacza „siedzenie” w domu z dzieckiem…

 

PS

A tak swoją drogą – jak można nie skomentować w żaden sposób tego, że się siedzi w mokrych ciuchach? Małemu się zdarzyło to już kilka razy, czasami mam głupie myśli typu, że on nie czuje, że sika…  :-?

 

Motyla noga

04 mar

Jakiś czas temu na placu zabaw był chłopczyk wypowiadający się nawet nie zdaniami, to były całe przemowy, na tyle wyraźne artykułowane, że wszystko rozumiałam. Zamiast ugryźć się w język, spytałam oczywiście o jego wiek, a to co usłyszałam trochę, przyznam, trochę mnie zamurowało: Za miesiąc kończy dwa latka. Bardzo ładnie mówi – zauważyłam. Tak, gada odkąd skończył półtora roku… Hmm, cóż. 

Był czas, kiedy martwiłam się o mówienie małego. A raczej o jego brak. Teraz, co prawda, nadal nie wysławia się jakoś kwieciście, ale z dnia na dzień łapie więcej słówek i sporo po mnie powtarza. Raz nawet k… mać, ale całe szczęście nie zakodował sobie tego, ja zachowałam kamienną twarz i od tamtej pory staram się mówić motyla noga. Mały bardzo przekręca słowa (uczę go mówić dzień dobry, ale to, co po mnie powtarza, zupełnie tego nie przypomina), mówi tylko końcówki (tara to gitara) albo wymyśla swoje określenia, dość odjechane jak na mój gust (np. odkurzacz to tnata, nie mam pojęcia dlaczego). Ale z każdym dniem tych słów czy też pseudo-słów pojawia się więcej, więc jestem dobrej myśli. Pojawiają się też zdania: Ja chse, czyli wyrażenie swej potrzeby :) Najczęściej jest to ja chse lola (czyli: ja chcę loda) albo kukeke (cukierek), czasami mamy szyk przestawny: umte chse, kike chse (kupę chcę, piłkę chcę). No i dobra, zawsze to jakiś postęp. 

Odnośnie dobrych manier jeszcze – od dawna już tłukę małemu, że nie mówi się gołego nie, tylko nie, dziękuję. No i mam za swoje:

- Chodź, zjedz zupkę.

- Nie, kuje.

- Chcesz siusiu?

- Nie, kuje.

- Idziemy do domu?

- Nie, kuje.

Z tak kulturalną odpowiedzią trudno mi dyskutować…

No to ja dziękuję państwu za uwagę. To znaczy kuje.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS