RSS
 

Archiwum - Luty, 2014

Wiosna, ale luty

25 lut

Wiosna w pełni. Grzech nie wyjść z dzieckiem, choć czasem mi się strasznie nie chce, zwłaszcza, że nic w takim wyjściu nie jest proste. Począwszy od ubioru – no, jest te 10 stopni, ale w sumie luty, no to jednak rajtki, na rajtki portki, sweterek, kurtka, szalik, czapka, buty… i już jestem upocona. Bo też mały nie zawsze chce wyjść i słabo współpracuje (czyli wyrywa mi się z rąk, kładzie się, ucieka do kuchni etc.), ale już ja go znam – jak tylko wyjdzie, będzie się cieszył, mało tego, będzie robił aferę, gdy przyjdzie czas powrotu, czytaj: gdy matka będzie już głodna, ale z pełnym pęcherzem, znudzona babkami w piasku, zmęczona kopaniem piłki oraz marząca o kubku pełnym kawy.

A mały co, jak głodny, to mama da bułkę (moje dziecko uwielbia suche bułki z ziarnami), gdy się zmęczy, to pakuje się do wózka, gdy mu się znudzi jedna zabawa, leci w inne miejsce i wymyśla nową formę dręczenia matki, np. woła: łap kółko! i rzuca sitkiem z piaskownicy niczym ringo.

Pełnym pęcherzem mały się też nie przejmuje, wiadomo – pampers na tyłku jest, choć muszę przyznać, że ostatnio baaaardzo rzadko korzysta z tej możliwości. Hip hip, hurra!! Już jestem spokojna, że zanim pójdzie do przedszkola na pewno nadrobi pewne niedociągnięcia, a mianowicie zacznie informować o siusianiu. Bo tak - od jakiegoś miesiąca po nocy ma suchą pieluchę, rano wysadzam go i siura. I tak cały dzień – posadzę go na nocnik lub na nakładkę na sedes (mniej chętnie korzysta), sika aż miło. Ale zanim to nastąpi, idzie w zaparte, że siusiu nie chce. Raz go przetrzymałam, pytając co chwila, czy chce. No i zaprzeczał nawet wtedy, kiedy już moczył spodnie… Generalnie zakładam mu jeszcze kontrolnie pieluchę na spanie i na dwór, ale widzę, że to już łabędzi śpiew. W końcu!

Wracając do poprzedniej myśli – małemu niczego na podwórku nie brakuje, wręcz przeciwnie, więc powroty są długie i trudne. Synek nabrał paskudnego nawyku pokazywania palcem wskazującym kierunku jazdy wózkiem: tam! – obwieszcza – i jeśli go nie słucham, rzuca się jak piskorz i wrzeszczy. Milutko, nie?

Moja mama miała ostatnio wykonany zabieg na kolanie, artroskopię. Z grubsza chodzi o pozbycie się z kolana różnych bolesnych zwyrodnień narosłych na kości. Ponieważ było to w szpitalu na Borowskiej, gdzie miałam wątpliwy zaszczyt wydać na świat potomka, wróciło do mnie sporo wspomnień. Kolejki do okienek, tłum w holu, chaos… Jak dobrze być tam tylko odwiedzającym.

Dzień po zabiegu mama miała próbować wstawać. I pierwsze słowa lekarza do niej: a gdzie ma pani kule? Okazało się, że nie tylko papier toaletowy, sztućce i kubeczek trzeba mieć swoje. Ech… Kule można pożyczyć w kilku miejscach we Wrocławiu, w sklepach ze sprzętem rehabilitacyjnym. Taki sklep jest również w szpitalu na Borowskiej, ale tam nie pożyczają… Dlaczego? A cholera wie.

Raz byłam u mamy w odwiedzinach sama, mały został z mężydłem w domu, mężydło się urlopowało przez jeden dzień. Ale drugi raz już pojechałam z gościem w wózku, bo zostawić przecież go nie mogę, choć bardzo bym chciała. Ledwo upocona (znowu – bo pchałam wózek, niosłam kule i siatkę z rzeczami) przysiadłam na krzesełku przy łóżku, wpadła pielęgniarka i rzuca: No wie pani, z takim dzieckiem! Ja bym takiego dziecka do szpitala nie przywoziła! Mamie, uradowanej z widoku wnuka, zrzedła mina. Hmm… Nie wspomnę, że przyjść musiałam, bo przywiozłam te kule. Oraz kilka innych rzeczy, których szpital jakoś nie zapewnia. Mały siedział w wózku i niczego nie dotykał. No i byłam na oddziale ortopedii, ale po słowach pielęgniarki zaczęłam wszędzie widzieć prątki gruźlicy…

Całe szczęście mamę szybko wypisali, zresztą zupełnie znienacka, bez uprzedzenia, mówili wstępnie o piątku, a wypisali w czwartek, przez co parę godzin musiała czekać na tatę, żeby się wyszykował i przyjechał (moi rodzice nie mieszkają we Wrocławiu).

Jeszcze żeby prywatnie było lepiej, a gdzie tam. Mama robiła trzy podchody do tego zabiegu w prywatnej klinice. Za każdym razem przyjeżdżała spoza Wrocławia. Zdenerwowana czekającym ją zabiegiem, ale i umęczona bólem kolana. Zawsze wcześniej przez parę tygodni musiała brać zastrzyki w brzuch (ani przyjemne to, ani tanie), rozrzedzające krew. Dla jasności: przed każdym planowanym zabiegiem, czyli trzy razy po kilka tygodni. I co? Albo w ostatniej chwili okazywało się, że w dniu zabiegu mama już nie powinna była brać zastrzyku: Nikt pani nie uprzedził? No cóż, trudno, zabieg odwołany. Albo wychodziło na jaw, że wyniki zrobione kilka dni wcześniej w tej klinice (mama była specjalnie je tam zrobić, bo nie honorowano z innego laboratorium) były niezadowalające i zabieg trzeba było przełożyć: Nikt do pani nie dzwonił wczoraj, żeby uprzedzić? Ojej, widocznie zapomniał. Albo anestezjolog zażądał znienacka EKG – To pani nie ma aktualnego EKG? Nikt nie powiedział, żeby zrobić? I mamę ze stołu operacyjnego odsyłano do domu.

Tym sposobem trzy razy odsyłano chorą siedemdziesięcioletnią kobietę o 20 wieczorem do domu, mając w dupie, że nie jest z Wrocławia. Nie sądziłam więc, że to powiem, ale już lepiej zajęli się tym w szpitalu na NFZ niż w tej pożałowania godnej przychodni/klinice. 

Wniosek? Zanim na jakiś zabieg/operację się udamy, należy spojrzeć w szklaną kulę i wyczytać przyszłość. Dowiedzieć się, co będzie, co robić, a czego się wystrzegać. Bo nikt nie kwapi się informować o czymkolwiek, bo niby czemu. Nie wiedzieliście? No to już wiecie.

 

Co tam u nas

13 lut

I pomyśleć, że kiedyś myślałam, że wyśpię się dopiero, gdy mały już będzie duży i pójdzie na swoje… Okazuje się, że tak małe dziecko potrafi spać nawet do 9:30! Nie codziennie i nie zawsze wtedy, kiedy mnie to na rękę, ale jednak! Wczoraj musieliśmy coś załatwić z rana, wstałam o 7:30, odsłoniłam rolety, trzaskałam drzwiami od szafy, rozmawiałam z mężem, w końcu przeszłam do bardziej inwazyjnych metod, czyli wołałam po imieniu, potrząsałam ciepłym ciałkiem i ściągnęłam z niego kołdrę. Mały odemknął oko, po czym szybko znowu je zamknął… Widzę, że będzie wesoło, kiedy będę musiała go prowadzić na 7 do przedszkola…

Synek ostatnio zakochał się w bajce pt. Tiny planets, o dość abstrakcyjnej tematyce, z dziwacznymi bohaterami mającymi absurdalne przygody w kosmosie. W życiu bym nie pomyślała, że coś takiego go zainteresuje, a tu proszę. Musiałam odsunąć ławę sprzed telewizora, bo mały oglądając tę bajkę równocześnie tańczy, skacze i naśladuje ruchy bohaterów, tak na niego działa. Boki można zrywać.

To naśladownictwo mu się od jakiegoś czasu wzięło. Ostatnio, gdy w Peppie było pokazywane lepienie z gliny, szalał z ciastoliną, gdy Peppa bawi się klockami, mały krzyczy: koki, koki! i leci do pokoju po swoje klocki i znosi przed telewizor. No, a gdy wszyscy zaczynają skakać w błotku (wtajemniczeni wiedzą, że to główny motyw Świnki Peppy), synek podskakuje jak szalony; jestem przekonana, że u sąsiadów z dołu drży żyrandol…

Całe szczęście z mojego Wielkiego Smarkania mały wyszedł bez szwanku i zdrów jest jak ryba. Byliśmy ostatnio u ortopedy skontrolować szpotawość nóżek, lekarz stwierdził poprawę, ale że nie jest jeszcze idealnie zalecił siadanie po turecku. Dobrze, że nie szyny a’la Forrest Gump… Synek w takim siadzie wytrzymuje góra minutę, zobaczymy, co z tym dalej będzie.

Mamy małe sukcesy toaletowe – mały woła, gdy chce kupę (już nie pamiętam, kiedy zrobił w pieluchę, zresztą jaka pielucha bo TO pomieściła…), nawet ostatnio pokazał, ze umie TRZYMAĆ… Okazało się to pewnego wieczora, gdy przez dłuższą chwilę nie zwracaliśmy uwagi na wołanie gościa z łóżeczka – wykąpany, położony, ma spać i tyle. No, ale mężydło w końcu zajrzało na niego i zobaczyło szklany wzrok i przestępowanie z nogi na nogę… Nie chce siadać na nakładkę na toalecie i upiera się tylko przy konkretnym nocniku (mamy dwa różne), lubi robić TO w samotności, więc kiedy tylko posadzę go na nocnik woła: mama źwi, mama źwi, co oznacza, że mam zamknąć drzwi i sobie pójść.

Co do siuśków, to mały tu już się tak bardzo nie przejmuje. Jeśli sadzam go na nocnik co dwie-trzy godziny, to nasika, ale tak jakby mimochodem. Nie rajcuje się wcale zawartością nocnika, jak to ma miejsce z kupą. Jeśli go nie posadzę, zleje się w pieluchę lub – jeśli jej nie ma – po prostu w spodnie. Tak więc jeszcze trochę pracy przed nami, ale jestem dobrej myśli.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jak tu chorować przy dziecku?

05 lut

Czy można umrzeć na katar? Pewnie nie, ale tak się właśnie czuję… Katar od 5 dni mam taki, że prawie nie wiem, jak się nazywam. Łeb boli jak na największym kacu, a że przy dziecku się raczej od kaca człowiek odzwyczaja, tym trudniejsze jest me położenie. Boże, chcę tylko leżeć pod kołdrą z zapasem chusteczek (wróciłam do chustek po tym, jak zamieniłam je na rolki papieru, wychodziło ekonomiczniej i bardziej poręcznie, ale jednak chusteczki okazały się delikatniejsze na mój zbolały nos) i nie robić NIC.

Jak człowiek chory, to ogłasza dookoła: Dajcie mi wszyscy święty spokój, nie oddzwaniam, nie wychodzę, nie robię. I ludzie to rozumieją, chodzą na paluszkach i nie namawiają na wypad na narty. Ale mały oczywiście ma głęboko w nosie (czyli tam, gdzie ja mój katar), że mama jest otępiała, przygłucha i zmęczona ciągłym sączeniem się wydzieliny przerywanym serią kichnięć. A że nie wychodzę z nim na dwór od kilku dni, jest tym bardziej marudny i spragniony przeróżnych zabaw, które mam wymyślać i wcielać w życie. Im więcej wariowania, skakania i turlania się po łóżku, tym lepiej. Jeśli stawiam veto, muszę znosić jęczenie, ciąganie za rękę i łzy. To prawdziwa tortura – musieć zajmować się dzieckiem, podczas gdy samej mi się marzy zachowywać jak dziecko. Nie wiem, ile jeszcze pociągnę…

A za oknem wiosna. Niebieskie niebo, słoneczko wspaniałe, jak na złość. Jak to możliwe, że kilkaset kilometrów dalej ludzie nie mogą wyjść z domu, bo śnieg zasypał drzwi?? Widocznie naprawdę mamy Polskę A i Polskę B…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS