RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2014

Tenis i sanki

31 sty

Ile razy można oglądać finał Australian Open Wawrinka kontra Nadal? Oj, wiele razy, tak w całości to kilka (w tym oczywiście first time na żywo, AKURAT w niedzielę przed południem, kiedy to AKURAT jesteśmy u moich rodziców, co mają bliziutko park z górkami do zjeżdżania, AKURAT jest śnieg i pierwszy raz tej zimy można wypróbować sanki) oraz można jeszcze wyszukiwać bez końca przeróżne skróty, best szoty, analizy machnięć rakietą, jak również pośmiać się z odbić „patelnią”. Uff, mogę tylko się cieszyć, że mężydło uczepiło się tym razem męskiego tenisa, bo jęków i stęków Azarenki rodem z najgorętszych chwil pornola już bym nie zniosła. A jeszcze wczoraj mąż, szurając palcem po swoim smartfonie obwieścił mi cały szczęśliwy, że niedługo puchar Davisa…

Wracając do sanek, to w końcu udało nam się wyjść, aczkolwiek mały jak zwykle nie chciał robić tego, co my rodzice uważamy, że powinien robić, bo to taka frajda i radocha. Tak jak nie chce nigdy skakać na batucie (a to przecież taka frajda etc.), nie chciał nurkować w basenie z piłkami (a to przecież… itd.), tak i na sanki usiąść nie chciał i już myślałam, że cała operacja pt. gdzie są sanki i gdzie jest do nich oparcie spełznie na niczym. Dzięki Bogu pojawiło się jakieś inne dziecko i siedziało na sankach, i zjeżdżało z górki, więc mały się odkorkował i się usadowił, niech żyje naśladownictwo.

Trochę pozjeżdżał, z sanek też, bo nie chciał się trzymać, więc ześlizgiwał się w przód w swoich ortalionowych spodniach, główną radochą w jego mniemaniu było jednak spuszczanie pustych sanek z górki, tudzież targanie ich za sznurek. No i dobra. A dziś już odwilż.

Dość niespodziewanie skrystalizował się nam pomysł na wakacje, naście godzin w necie wyłoniło zwycięski hotel (myślałam już, że osiwieję, jak hotel fajny, to plaża daleko, jak plaża blisko, to żwirkowa, jak blisko plaża piaszczysta, to znowu opinie miażdżące, jak opinie dobre, to stawka kosmiczna, chwilami już tęskniłam za prostym wyjazdem nad Bałtyk). Ponieważ w planach jest samolot, przemyśliwuję już każdy aspekt pod kątem małego. Tu też osiwienia jestem bliska… Och, czemu nie jestem jak moja siostra, w kwadrans podejmująca decyzje bez zawracania sobie głowy konsekwencjami?

CDN. Na pewno.

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

O zimie i o zdobywaniu przyjaciół

24 sty

No i mamy zimę. U mnie jest OK, 5 stopni mrozu i trochę śniegu, klasycznie więc, można powiedzieć. Uff, zawsze cieszę się, oglądając prognozę pogody, że nie mieszkam w Suwałkach. Słowo daję, raz tylko przez całe życie zdarzyło mi się widzieć, że jest tam cieplej niż w innych rejonach Polski i było to przedstawione przez pogodynkę prawie jak anomalia.

Jak tylko zrobiło się biało, za punkt honoru wzięłam sobie, by pokazać małemu co to śnieg itp. Ubieranie na dwór trwało pół godziny, ale co tam. Już w drodze na plac zabaw poczułam zbliżający się kłopot, bo synek zażądał łopatki, a gdy dotarliśmy do celu, z okrzykiem baba, baba! pognał do piaskownicy. I wytłumacz tu dziecku, że zmrożony piasek nijak się nie klei, babka żadna nie wyjdzie. Zamiast radochy ze śniegu było więc rozczarowanie i trochę łez.

Sam śnieg został zresztą dość pogardliwie określony jako tlata, czyli piana (taka jaka powstaje w kąpieli). Mały trochę się rozchmurzył, gdy pokazałam mu, że może tę tlatę zgarniać łopatką i pracowicie odśnieżył wszelkie powierzchnie płaskie na placu zabaw. Największa radocha była jednak wtedy, gdy poszliśmy na spacer i jakaś pani karmiła gołębie. Ja nie cierpię tych gruchaczy, wg mnie to tępe ptaki, nigdy nie najedzone, hałaśliwe i roznoszące choroby. Trochę mi było słabo, jak widziałam, że mały co chwila wbiega w kłębowisko tych pożeraczy chleba i śmieje się w głos, że odlatują, ale tylko na parę metrów, bo kto by zostawił pełne koryto. 

Pilnowanie dziecka na dworze w taką pogodę to jednak średnia przyjemność, ja szybko marznę, usiąść nie ma gdzie, po godzinie tupania na śniegu mam naprawdę dość. Ale staram się jednak codziennie wyjść, dla zdrowia, dla rozrywki (nie mojej oczywiście), dla rozwoju dziecka wreszcie (zawsze coś nowego można pokazać, wytłumaczyć). Zdaje się jednak, że inne mamy/opiekunki z mojej okolicy nie podzielają mojego zdania. Gdzie są te wszystkie dzieci, od których roiły się place zabaw latem i jesienią? Miejsca w piaskownicy nie można było znaleźć, kolejka do zjeżdżalni się ustawiała, a teraz? Łażę z małym sama, cały plac zabaw (jeden, drugi, trzeci) do naszej dyspozycji. Osiedle wygląda na bezdzietne, a wiem, że to nieprawda. 

Latem z kilkoma mamami udało mi się zapoznać, niemal codziennie się w końcu widziałyśmy a to przy zjeżdżalni, a to w piaskownicy. Kiedyś myślałam, że zawrę w ten sposób nowe znajomości, a może nawet przyjaźnie. Niestety, nic z tego nie wyszło, ot, kilka rozmów o dzieciach (jakżeby inaczej), cześć, cześć i tyle. Niby coś nas łączy, podobna sytuacja, dzieci, ale w naszym wieku chyba już trudno o jakąś głębszą znajomość. Każdy żyje przede wszystkim swoimi sprawami; wyczuwam dystans, sama też nie wychylam się przed szereg. Nie to, co kiedyś w szkole, przyjaźnie na zabój, robimy to samo, myślimy to samo i podoba się nam ten sam chłopak. Nie rozdzielały nas osobiste problemy, bo ich po prostu nie miałyśmy, nie skłócały poglądy, bo też były słabo skrystalizowane. Liczyła się wspólna zabawa, ewentualnie pomoc w nauce.

W dorosłym wieku trudno zawrzeć szczerą znajomość, komu nie ostały się przyjaźnie z wcześniejszych lat, zostaje sam. Tak się złożyło, że wszyscy moi przyjaciele są co najmniej w innych miastach, większość jednak na emigracji. Pozostają tzw. znajomi, koleżanki, koledzy, ich małżonkowie, ale to nie to samo. Szkoda.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rekrutacja kandydatów…

21 sty

Trochę ostatnio rozmawialiśmy z mężem o wakacjach, pewnie dlatego, że zaczął padać śnieg… Przeglądaliśmy oferty w necie, a to na czerwiec, a to na wrzesień… Luz. Dopiero na drugi dzień dotarło do mnie, że wrzesień przecież odpada, bo posyłamy małego do przedszkola! Tzn. chcemy posłać, a jak będzie, to zobaczymy (miejsc oczywiście mniej niż dzieci), chociaż nie bardzo sobie wyobrażam kolejny rok siedzieć z nim w domu, nie będzie to dobre ani dla mnie, ani dla niego. Już od zeszłego roku sprawdzam, czy pojawiły się zasady i termin rekrutacji, ale najpierw był  tylko trzymający w niepewności komunikat, że trzeba czekać na to, co rząd ogłosi, a teraz jest taka informacja:

Dnia 3 stycznia 2014 r. ogłoszona została nowelizacja ustawy o systemie oświaty w zakresie zasad i kryteriów rekrutacji do przedszkoli, szkół i placówek oświatowych (Dz. U. 2014, poz. 7). Ustawa wchodzi w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia tj. 18 stycznia 2014 r.

 W związku z powyższym trwają prace nad przyjęciem zasad i terminów rekrutacji do placówek przedszkolnych oraz szkół podstawowych na rok szkolny 2014/2015. 

Zadałam sobie trud przejrzenia tej ustawy i zasady rekrutacji tam określone nie poprawiły mi humoru. Zresztą nic nowego, do tej pory też premiowane były, cytuję za w/w ustawą:

1) wielodzietność rodziny kandydata;

2) niepełnosprawność kandydata;

3) niepełnosprawność jednego z rodziców kandydata;

4) niepełnosprawność obojga rodziców kandydata;

5) niepełnosprawność rodzeństwa kandydata;

6) samotne wychowywanie kandydata w rodzinie;

7) objęcie kandydata pieczą zastępczą.

Nie podlegamy pod żaden w/w punkt, więc obawiam się, że znowu będzie bój o miejsca. Gdzie ten niż demograficzny, pytam się?

Zanim jednak do przedszkola „kandydat” pójdzie, musi się nauczyć funkcjonować bez pieluch i tu jest nieciekawie. To, że szykuje się na kupsko, zazwyczaj wyłapię. Choć mały nie ułatwia zadania, nagle przestaje mi przeszkadzać, robi się cichutki i grzeczniutki i zazwyczaj na chwilę usypia tym moją czujność – jest cicho, bawi się – super! A tymczasem twarz mu purpurowieje… Wie, co to kupa, pokazuje mi je nawet na dworze na trawniku (brawa i podziękowania dla właścicieli psów), kiedyś nawet zdarzyło mu się zawołać i ostrzec, co się szykuje. Teraz muszę działać szybko i bez ceregieli, mały oczywiście mówi nie, nie, nie, macha rękami i mnie odpycha (to już twarda oznaka, że nie mogę zwlekać), rozbieram gościa i sadzam na nocnik. Zgadza się siedzieć pod warunkiem, że sobie pójdę i jeszcze zamknę drzwi… Intymności mu się zachciało!

No, więc jako tako to idzie. Z kupą.

Z siusianiem jest masakra. Puszczałam małego ostatnio co wieczór bez pieluchy – efekt był taki, że po paru dniach nie miałam go w co ubrać. Lał po nogach bez krępacji, tu jakoś mu nie trzeba było zapewniać spokojnego kącika. Po fakcie na nieco rozstawionych nogach biegał i bawił się jak zwykle. Chyba dam na mszę, żeby w końcu załapał, bo ręce opadają. Taki niby rozumny, kojarzy różne odległe fakty, naśladuje to, co w bajkach… Ostatnio pękaliśmy ze śmiechu, oglądał Peppę, odcinek o badaniu wzroku i okularach. W pewnym momencie Peppa zamyka oczy i woła, że nic nie widzi; nagle mąż mnie szturcha i mówi – patrz, co mały robi. A on siedzi z zaciśniętymi oczkami i oznajmia Ninewidze, ninewidze… Oj, przydałby się odcinek Peppy o nauce siusiania do toalety…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

U lekarza kiedyś i dziś

13 sty

Byliśmy u okulisty z małym parę dni temu. Ma rodziców ślepaków, więc raz w roku kontrolujemy, czy nic się nie dzieje. Jestem bardzo zadowolona z zachowania synka, był onieśmielony, ale i grzeczny, żadnej histerii czy uciekania. Patrzyłam na tę całą wizytę i w ogóle na przychodnię, na poczekalnię i porównywałam, jak to kiedyś było, nie sto lat temu, ale gdy ja byłam dzieckiem. Nie minęło aż tak wiele czasu, a zmieniło się wszystko. Pamiętam lastryko, ławki podobne do tych, co są w parku i niekończące się czekanie – bo nikt nie wpadł na tak banalny pomysł, jak umawianie na godziny. Żadnych kredek, stolików dla dzieci, nic, a w gabinecie ani pół misia, o cukierku nie wspominając. Dostawałam czasem strzykawki, jeśli dawałam sobie zrobić zastrzyk (bo i antybiotyki kiedyś to równało się zastrzyk, moja mama była zdumiona, gdy jej powiedziałam, że teraz można dać antybiotyk dziecku w syropie).

Teraz na wizytę czekaliśmy jakieś 15 minut w pokoiku przypominającym pokój dziecięcy, z zabawkami, stolikiem do rysowania i – co najbardziej atrakcyjne dla dzieciaków – telewizorem z bajkami. W gabinecie pani doktor pokazywała różne figury geometryczne, obrazki (w tym trójwymiarowe, mały w okularach wyglądał jak dżolero na plaży:)), taką tradycyjną planszę dla dzieci-krótkowidzów z kaczkami, kółkami i samolotami. Mały rozpoznał i nazwał „kakę” i kółko, samolot pewnie też skojarzył, ale nie umie tego wypowiedzieć. Powinni na tej tablicy jakieś kształty prostsze w nazwie dawać, sa-mo-lot jest cokolwiek za długi na mój gust. A dla mojego dziecka to najlepiej, żeby tam ciastko jakieś było narysowane :)

Były też nowocześniejsze badania, na zeza oraz najistotniejsze – komputerowe na ostrość wzroku (błogosławieństwo naszych czasów, bo jak inaczej tak małemu dziecku zmierzyć wadę?). Na koniec pani doktor wysunęła szufladę, a w niej lizaki i krówki oraz nalepki – mały był przeszczęśliwy i nie chciał wyjść z gabinetu. 

To teraz jeszcze raz wrócę wspomnieniami do moich wizyt u lekarza w dzieciństwie. I tak dajmy na to u okulisty facet (okulista właśnie) darł się na mnie, bo nie umiałam powiedzieć, w których szkłach lepiej widzę (miałam kilka lat), a on zmieniał mi soczewki w tych śmiesznych okularach błyskawicznymi nerwowymi ruchami i krzyczał do mojej mamy – pani córka kłamie, zmyśla! Do tej pory to pamiętam, rozpłakałam się tam wtedy, mama nawrzeszczała na doktora i tyle było z wizyty. Potem się okazało, że miałam tak dużą wadę, że trudno było tak od razu z miejsca stwierdzić, ile to dioptrii jest. 

Czy muszę dodawać, że ani nalepki, ani lizaka nie dostałam? I do tej pory czuję się nieswojo przy sprawdzaniu ostrości wzroku. Normalnie trauma.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

O tym, co normalne, a co nie

07 sty

Przez to, że po Sylwestrze dwa dni dochodziłam do siebie, potem jacyś goście jeszcze, nasze odwiedziny u rodziny, na koniec jeszcze Trzech Króli – i ani się człowiek obejrzał, jak pierwszy tydzień dwatysiąceczternastego zleciał. Dziś właściwie dopiero zaczynamy z małym żyć dawnym rytmem, tzn. sami znowu cały dzień jesteśmy, bo mąż/tato w końcu poszedł do pracy… Kiedyś trzeba było. Nienormalnie tak ciągle świętować.

Nie lubię zimy i zimna, nie znoszę taplać się w tzw. błocie pośniegowym ani też nie tęsknię za czerwonymi od mrozu policzkami. Teoretycznie więc powinna mnie cieszyć obecna pogoda: 10 stopni na plusie, zielona trawa na skwerkach i słoneczko przyjaźnie świecące na niebie. No i tak nieśmiało się cieszę i korzystam, chodzę z małym na plac zabaw i robimy babki z piasku, jak gdyby nigdy nic.

Trochę się jednak czuję, jak więzień z odroczonym wyrokiem albo na przepustce – wiadomo, że te mrozy i śniegi jakieś w końcu przyjdą, a jak mają przyjść w marcu czy kwietniu (a już, nie daj Boże, w maju), to ja jednak wolę teraz, żeby spadło, co ma spaść i zmroziło, tak jak powinno, żeby już czekać na tę wiosnę, na ten marzec, kwiecień z czystym sumieniem. No, chyba że w ogóle nie będzie nic a nic zimy, spoko, byleby się to latem czkawką nie odbiło, jakimiś huraganami i deszczami padającymi nieprzerwanie przez całą kanikułę… Nie jest to normalne, jak wiadomo.

Znajomi kupili córce (1,5 rocznej) pod choinkę sanki. Raz ją w nich posadzili na próbę i teraz bidula siada w nich wygodnie, rączkę ze sznurkiem wyciąga w górę, by ktoś złapał i pociągnął. „Na szmatach ja po pokoju ciągamy” – mówią. No i to normalne nie jest, przyznacie sami.

W Biedronce powystawiali wielkie łopaty do odgarniania śniegu. Promocyja. Niech to raczej wyślą do Nowego Jorku…

Czytam „Tajny dziennik” Mirona Białoszewskiego. Akurat czas bożonarodzeniowy, pasterka. Pisze Miron: Siada koło mnie jakaś baba stara. W końcu zapalają częściowo światła. Wychodzą mniejsi ministranci, trochę więksi, więksi, jeszcze więksi od tych większych. Na końcu ksiądz w paradnej kapie. (…) Baba obok mnie śpiewa. Bo inni to nie bardzo spiewają. Tym lepiej ja słyszę. Tym gorzej dla mnie.

Cały Miron. Na wskroś szczery i… normalny.

 
 

  • RSS