RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2013

Refleksje poświąteczne i okołosylwestrowe

30 gru

Święta, święta, święta… Jedzenie, jedzenie, jedzenie… Mnóstwo jedzenia. Mniam! Ale ileż można. Pierwszy obiad, jaki zrobiłam po świętach, to był ryż z jabłkami. Na nic cięższego nie mogliśmy patrzeć. 

Było miło i rodzinnie, niby nie mam wielkiej rodziny, ale na Wigilii nazbierało się prawie 30 osób. Najmilszy moment? Gdy mały rozpakowywał prezenty. Widać było, że już dobrze kuma, że pod kolorowym papierem jest coś fajnego dla niego, specjalnie więc porobiłam więcej paczek, zamiast wszystko pakować w jedną. Rozrywał opakowania i buzia mu się śmiała. Wszystkie podarki dla dzieci były trafione, bo robiliśmy je my – ich rodzice. Tak ustaliliśmy w tym roku – dzieciom prezenty szykują ich rodzice, bo rok temu było z tym wielkie zamieszanie, rozliczanie się, oddawanie pieniędzy (bo ty wiesz co kupić swojemu, to kup, ja dam pieniążki).

Głównym prezentem była tablica dwustronna – z jednej tradycyjna czarna, z drugiej magnetyczna biała. Mały lubi rysować i szybko załapał, o co chodzi. Sporo teraz po niej bazgrze, ja tylko sprzątam pył kredowy…  W dzieciństwie miałam taką tablicę (tylko oczywiście bez magnetycznej strony, kto to wtedy słyszał o białej tablicy, po której można pisać flamastrem) i pamiętam, że nieustannie bawiłam się w szkołę.

Stara baba już jestem, ale co Boże Narodzenie, to przy prezentach jakoś mi tak smutno, że nie jestem już tą małą dziewczynką, obsypaną górą wspaniałych torebek do odpakowania. Zawsze u nas było (za mojego dzieciństwa), jak to się mówi, „na bogato”, nawet wtedy, gdy było biednie-komunistycznie. I teraz, gdy z tony paczek spod choinki na mnie przypada jedna, przygotowana przez mojego męża, to mnie zawsze tak dziwnie w gardle ściska. I czuję się bardziej staro niż na swoich urodzinach.

Teraz szykujemy się do Sylwestra, tzn. ja szykuję, bo mężydło w pracy. Powinnam teraz piec biszkopt, a nie siedzieć w necie :) Zapraszamy kilkoro znajomych, posiedzimy, pogadamy, popijemy  i jakoś zleci ten dzień, za którym nie przepadam. To odliczanie, petardy za oknem, celebrowanie wybicia północy wprawia mnie w jakiś taki nerwowy nastrój. Że to już, już, teraz szybko, szampan i życzenia!!! Spędzałam Sylwestra i w domu, i na dyskotekach, we dwójkę i na dużych imprezach, na trzeźwo (chora na ospę albo w ciąży) i po wypiciu mnóstwa wódki, w parze i jako singielka, i zawsze jakaś taka melancholia, nostalgia i nieprzyjemna nerwowość mnie dopadała.

Nie ma rady na Sylwestra, jakoś go trzeba spędzić-przepędzić. I doczekać nowego roku.

Życzę wszystkim wspaniałego dwatysięceczternastego!!!

 

 

Święta z Chuckiem Norrisem :)

22 gru

Życzę wszystkim tak wesołych i odlotowych Świąt, jak ten filmik z Chuckiem :) 

Życzę też, aby podczas Waszych świątecznych dni zabrakło: kłótni z ciotką/wujkiem/siostrą/chrześniakiem etc., kwasów ze strony mamy/babci/stryjka/siostry etc., uszczypliwych uwag od cioci, szwagra, teściowej, brata etc…

…bo życzę Wam rodzinnych Świąt!!! :-D

Zdjęcia zrobione na wrocławskim rynku – niestety jarmark świąteczny bez śniegu jest kompletnie pozbawiony klimatu, a grzane wino pite nie na mrozie nie smakuje tak dobrze…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Na spacerze – jesień to czy zima??

17 gru

 

Dzieci niepełnosprawne

12 gru

Ciężki temat, co? No i TABU. Staram się go nie poruszać, bo z jednej strony mam swoje poglądy dotyczące zajmowania się dziećmi ciężko i nieuleczalnie chorymi, z drugiej strony zawsze, kiedy chcę się wypowiedzieć, w głowie zapala mi się lampka – halo, nie masz prawa się wymądrzać na ten temat, masz zdrowego syna, nic nie możesz wiedzieć o sytuacji rodzica chorego dziecka. Ano pewnie tak.

Czasami jednak mam ochotę podzielić się wątpliwościami, czy uporczywe utrzymywanie przy życiu naprawdę totalnie ciężko schorowanego małego człowieczka nie służy bardziej rodzicom niż samemu zainteresowanemu. Osobiście znam rodzinę z takim dzieckiem. I nie wiem, co by miał do powiedzenia ten chłopak (gdyby tylko posiadł umiejętność mówienia i artykułowania swoich myśli) na lata wożenia go na różne zabiegi ratujące życie i na bolesną rehabilitację, na odsysanie mu flegmy z płuc, bo nie jest w stanie jej odkaszlnąć, na faszerowanie go dziesiątkami leków niszczących jego żołądek i wątrobę i na wiele jeszcze innych zabiegów i czynności umożliwiających mu ledwie ledwie utrzymywanie się przy życiu. Co by miał do powiedzenia na widok przemęczonej i bliskiej wylądowania w psychiatryku matki, która musiała zrezygnować ze wszystkiego i stała się więźniem we własnym domu, bo żadna pielęgniarka czy wykwalifikowana opiekunka nie chce się podjąć choćby kilkugodzinnej opieki na tak chorym dzieckiem? Jaką opinię by wygłosił na temat ojca, który nie śpi po nocach, myśląc o pracy, a pośrednio o pieniądzach, wielkich pieniądzach, które musi zarobić, by następnie przeznaczyć je na kolejne rehabilitacje, zabiegi i leki?

Tak to wygląda z boku, tak widzę to ja z boku. Wiem, że gdybym znalazła się w środku takiej sytuacji, też pewnie wypruwałabym sobie żyły, a mówiąc bez metafor – zapomniałabym o sobie, swoim życiu i potrzebach, o tym, że fajnie jest wyjść do kina albo wyjechać na wczasy, albo pośmiać się z przyjaciółmi przy winie, a premię w pracy można przeznaczyć na SPA albo sukienkę – zapomniałabym o tym wszystkim albo raczej udawałabym, że tego nie potrzebuję. Bo całą energię życiową przeznaczyłabym na potrzeby mojego dziecka. Bo co innego można zrobić w takiej sytuacji? Prócz skoku z mostu oczywiście.

Skąd dziś taki temat? Wpadła mi w ręce autobiograficzna książka Jeana-Louisa Fourniera pt. „Tato, gdzie jedziemy?”. Jak sam o sobie pisze – dwukrotnie zaznał końca świata. Urodzili mu się, w odstępie dwóch lat, synowie upośledzeni umysłowo i fizycznie. Zagrałem na loterii genetycznej i przegrałem – pisze. Nie upiększa i nie przyjmuje bohaterskiej postawy wobec tej sytuacji. Przeciwnie – otwarcie, z ironią i czarnym humorem przyznaje się, jak często miał dość swoich dzieci oraz jak bardzo zazdrościł innym, że ich takie nieszczęście nie dotknęło.

Ponieważ sama sobie odbieram prawo do głosu na temat dzieci niepełnosprawnych, oddaję je autorowi, on jest upoważniony.

Są (…) ludzie, którzy powiadają: „Upośledzone dziecko to dar od Niebios”. I wcale nie żartują. Ale te osoby rzadko same mają upośledzone dzieci. Kiedy się otrzymuje taki dar, człowiek ma ochotę powiedzieć Niebiosom: „Och, naprawdę niepotrzebnie!…”

Mathieu nie potrafi stanąć prosto. Występuje u niego brak napięcia mięśniowego, jest jak szmaciana lalka. (…) Jaki będzie, kiedy urośnie? Czy trzeba będzie przymocować go do palika?

Jako ojca dwojga upośledzonych dzieci zaproszono mnie do udziału w programie telewizyjnym. Opowiadałem o swoich synach, kładąc nacisk na to, że często śmieszy mnie ich nieporadność i że nie wolno pozbawiać dzieci upośledzonych luksusu, jakim jest rozśmieszanie ludzi. Kiedy dziecko umaże się, jedząc krem czekoladowy, wszyscy się śmieją; kiedy zrobi to dziecko upośledzone, nie śmieje się nikt. Ono nigdy nie rozśmieszy nikogo, nigdy nie zobaczy uśmiechniętych twarzy ludzi, którzy patrzą na nie – usłyszy najwyżej nieliczne chichoty naigrywających się głupców. (…) Wycięto wszystko na temat śmiechu. Kierownictwo uznało, że należy mieć wzgląd na rodziców. Mogliby się poczuć zaszokowani.

Thomas i Mathieu nigdy nie wierzyli w Świętego Mikołaja ani w Dzieciątko Jezus. Nie bez powodu. Nigdy bowiem nie pisali do Mikołaja, aby go o coś poprosić. I nie bez kozery wiedzieli doskonale, że Pan Jezus nie robi prezentów. A jeśli już robi, to lepiej się ich wystrzegać. Nie musieliśmy ich okłamywać. Nie musieliśmy się kryć z kupowaniem klocków (…)  Nigdy nie mieliśmy szopki ani choinki. Nie było świeczek, ominął nas zatem strach przed pożarem. I widok zachwyconego dziecka.

Podejmuje się obecnie starania, które mają umożliwić upośledzonym integrację na rynku pracy. (…) Nie mogę się powstrzymać i wyobrażam sobie mojego Mathieu i Thomasa jako pracowników najemnych. Mathieu, który często robi „brum, brum” mógłby być kierowcą ciężarówki, prułby przez całą Europę za kierownicą wielkiego TIR-a z przednią szybą obwieszoną misiami. Thomas lubi się bawić samolocikami (…) mógłby więc być kontrolerem lotów, bezpiecznie sprowadzać samoloty na ziemię. Nie wstyd ci, Jean-Louis! Żeby ojciec kpił z jego własnych synów, którzy nie mogą się bronić!… Nie, nie wstyd mi. W moich uczuciach niczego to nie zmienia.

Ptaszynki moje, smutno mi, że nie poznacie nigdy tego, dzięki czemu przeżyłem najpiękniejsze chwile. (…) Nie zaznacie nigdy rozkosznego dreszczu, który przebiega przez całe ciało i robi w myślach zamęt większy, niż przeprowadzka, elektrowstrząsy albo egzekucja. Wywraca wszystko do góry nogami (…) Ponieważ, ptaszynki, wy nigdy nie będziecie w stanie powiedzieć czasownika „kochać” w pierwszej osobie czasu teraźniejszego.

Niedawno przeżyłem chwilę wielkiej emocji. Oto bowiem zobaczyłem, że Mathieu siedzi z nosem w książce.. Podszedłem do niego wzruszony. Trzymał książkę do góry nogami.

Kiedy patrzę na Thomasa, kiedy myślę o Mathieu, zastanawiam się, czy dobrze zrobiłem, że powołałem ich do istnienia. Trzeba by ich zapytać.

Kiedy jadę samochodem z Thomasem i Mathieu, przychodzą mi czasem do głowy dziwne myśli. Na przykład taka, że kupię dwie butelki: jedną z butanem, drugą z whisky, i obydwie opróżnię w aucie.

Gdybyście byli tacy jak inni, kupiłbym wam stosy książek Preverta, Marcela Aymego (…) Gdybyście byli tacy jak inni, zabierałbym was do znanych restauracji i zamawiałbym dla was burgundzkiego chambolle-musigny. (…) Gdybyście byli tacy jak inni, wchodzilibyśmy razem na dzwonnice gotyckich katedr, żeby mieć widok z lotu ptaka.(…)Gdybyście byli tacy jak inni, odpalałbym wam po kryjomu zaskórniaki, żebyście mieli na prezenty dla dziewczyn. (…) Gdybyście byli tacy jak inni, miałbym wnuki. (…) Ale gdybyście byli tacy jak inni, bylibyście tacy, jak wszyscy. Może wcale byście się nie popisali w szkole. Może stalibyście się przestępcami. Przerobilibyście tłumik skutera, żeby głośniej ryczał. Bylibyście bezrobotni. (…) Ożenilibyście się z idiotkami. Rozwiedlibyście się. I może mielibyście upośledzone dzieci. Naprawdę nam się udało.

 

 

 

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Siedzimy w domu

10 gru

Od tygodnia jest okropna pogoda. Przez dwa dni wiał Ksawery (kto nadaje te imiona??), a oprócz tego pada, pada, pada… Poza tym mały ma katar, więc jestem uziemiona z nim w domu.

Ostatnio podjęłam kolejną próbę uspołecznienia synka na tzw. zajęciach ogólnorozwojowych, ale znowu wyszło porażkowato. To on ma z nich korzystać przecież, a nie ja! A wyszło na to, że ja maszeruję, klaszczę i śpiewam, a mały patrzy na to wszystko z boku z niewyraźną miną. NIE O TO MI CHODZIŁO…

Gdyby ktoś obserwował małego na tych zajęciach, mógłby wysnuć wniosek, że to dziecko wycofane, nieśmiałe, unikające ruchu i w ogóle jakieś nie tego. A to nieprawda! W domu i na podwórku nieraz nie mogę potwora dogonić, ma sto pomysłów na minutę, skacze, wspina się, turla, zjeżdża, kręci się w kółko, podrzuca, macha kijkiem. Kolejny wniosek – nie umie się bawić z dziećmi. Znowu źle! Ze swoim kuzynostwem (i nie tylko) szaleje na całego, lata po schodach czerwony z ekscytacji (i z tego, że lata już druga godzinę), goni, ucieka, bawi się w chowanego i piszczy z uciechy.

Często o te dzieciaki pyta, zapamiętał imiona i kiedy gdzieś jedziemy autem, pyta po swojemu, czy spotka się z kuzynkami, nawet jeśli jedziemy tylko do sklepu. Ostatnio po wizycie koleżanki z półtoraroczną córeczką szukał jej rano w całym mieszkaniu. Wszystko jest więc w najlepszym porządku (tak sobie tłumaczę i się uspokajam), tylko po prostu małemu nie pasują narzucone zabawy przez panią. Albo jest jeszcze za mały, by zrozumieć ich sens, albo ma to w nosie. Oby mu przeszło przed pójściem do przedszkola… A pieniądze (30 zł za godzinę, zbrodnia w biały dzień) zamiast na zajęcia wydam np. na basen, tam się lepiej synek pobawi.

Słownictwo powolutku mu się poszerza, niekoniecznie jednak o jakież ważne słowa. To znaczy dla małego na pewno – nauczył się mówić „kółko”, bo po prostu koła różnego rodzaju go fascynują i bardzo przeżywa koła zębate czy młyńskie w bajce, ale też swoje kółka plastikowe do zabawy oraz te, które mu narysuję na kartce lub ułożę z klocków. Zauważa te koła w przeróżnych miejscach, ostatnio dostrzegł je nawet w jakimś wzorze na płocie, durna matka długo patrzyła, zanim zobaczyła…

Mały uwielbia też wołać „a kuku!”, nauczył się to ładnie wymawiać, bo lubi się tak bawić. Ostatnio czaiłam się na palcach po ciemku do sypialni po piżamę (mały powinien był już dawno spać), aż tu nagle jak mnie wystraszył! Bo wyskoczył spod kołderki z głośnym A kuku! i zaśmiewał się z super kawału zrobionego matce, bliskiej zawału.

Z ważnych słów dla mnie mówi „kuje” zamiast dziękuję, przydało się w Mikołajki. Przyjechali dziadki z prezentami i po długich namowach mały w końcu wydukał kuje, po czym rzucił się oczywiście na słodycze. Po dwóch biszkoptach, pierniczkach i kilku cukierkach musiałam stopować babcię, bardzo zadowoloną rzecz jasna, że wnusio tak wsuwa wszystko, co przyniosła.

Przeczytałam książkę z opowiadaniami Alice Munro „Przyjaciółka z młodości”. Nie przepadam za opowiadaniami, bo dla mnie są po prostu za krótkie, akcja się pięknie rozwija i nagle koniec, następne kartki już dotyczą innych bohaterów w innym miejscu i czasie. No, ale myślę sobie, noblistka, to przeczytam. No i zdania o opowiadaniach nie zmieniłam, tym boleśniej było je czytać, że autorka ma naprawdę talent do wymyślania historii i nietuzinkowych bohaterów, człowiek się wciąga, przejmuje, aż tu nagle hop, urwana akcja, koniec.

Opis jednej z bohaterek dał mi trochę do myślenia: „… gdy ludzie dowiadują się, ile rzeczy przeczytała (…) czasami sugerują, że powinna pójść na studia i zrobić dyplom. Po co?, pyta wtedy Barbara. Okazuje się, że wcale nie pragnie być nauczycielką, naukowcem, bibliotekarką albo redaktorką. (…) Lista rzeczy, których Barbara nie chce robić, jest bardzo długa. Najwidoczniej w zupełności wystarcza jej to, czym się zajmuje teraz – czyta, chodzi na spacery, je i pije to, na co ma ochotę, do pewnego stopnia toleruje też towarzystwo”.

Dało mi to do myślenia, bo zazwyczaj ludzie mają długą listę rzeczy, które chcą i planują zrobić. Tak wypada. To nadaje sens życiu. Ja takiej listy nie mam i czuję się przez to źle, bo na każdym kroku sugeruje się mi, że powinnam planować, coś robić, dalej, więcej, bardziej. W końcu dochodzi do tego, że sama się zadręczam – muszę coś robić, coś osiągnąć, czymś się wyróżnić, nie mogę tak po prostu sobie mieszkać w swoim mieszkaniu i dbać o nie, wychowywać dziecko, gdzieś tam podjąć pracę w jakimś nijakim miejscu i już. Zazdroszczę bohaterce spokoju ducha, braku poczucia gonienia za czymś nieokreślonym.

Nienawidzę pytania Co byś chciała w życiu robić?, bo ja nie wiem i chyba się to nie zmieni, bo trochę już przeżyłam i jak dotąd nic mnie nie zafascynowało na tyle, by stać się moja pasją i najlepiej pracą. To męczące, tak się snuć przez życie, ale może przestanie takie być, gdy się pogodzę z tym, że nie potrzebuję rewolucji? Marzyłam kiedyś o jeździe konnej, ale po iluś razach mnie to znudziło. Cieszyłam się na kurs tańca, a potem już tylko czekałam, kiedy się skończy. Gotuję, ale zupełnie nie umiem wkładać w te moje potrawy serca, nie pasjonuje mnie odmierzanie składników, wrzucam na oko, byle by coś wyszło. Marzyłam o prawie jazdy, myślałam sobie – będę świetnym kierowcą i prowadzenie auta da mi radość – teraz jeżdżę tylko, kiedy muszę, bo paraliżuje mnie strach przed wypadkiem. Pływam przeciętnie, tak aby się nie utopić, po górach mogę pochodzić, ale nie za długo i nie za wysoko. Zostałam mamą, ale znowu nie czuję, że to moje życiowe powołanie i bronię się przed kolejnymi dziećmi. Pracowałam w kilku miejscach, sumiennie i dokładnie, ale zawsze zerkałam na zegarek, kiedy koniec mojej zmiany. I tak dalej, i tak dalej. Beznadziejny ze mnie przypadek nijakowatości. Noblistką nie zostanę…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Doba z małym cz. 3

04 gru

Po drzemce następuje najmniej lubiana przeze mnie część dnia, czyli obiad, czyli karmienie małego. Sam je tylko naprawdę wybrane rzeczy – Danonka czy Monte wpierniczy łyżeczką, aż się zakurzy. Pokrojone pierogi ruskie czy naleśnik z serem też sam widelcem sobie do buzi włoży. O słodyczach nie wspomnę. Ale pozostałe jedzenie muszę mu dawać, a do tego jeszcze często przy jakiejś zabawce, książeczce, telefonie, bo inaczej chłopak się nudzi, wyłazi z krzesełka i obiadu nie zje. Za to będzie jęczał o ciastka.

Gdybym nie znała dzieci mojej siostry, które naprawdę potrafią żyć powietrzem, nazwałabym małego niejadkiem. Ale dzięki siostrzeńcom wiem, że do niejadka mu daleko, martwię się tylko, że bez atrakcji typu rozkręcanie solniczki czy przeglądanie gazety zupy nie zje, kotleta nie ugryzie. No nic, kiedyś musi mu to minąć. MUSI. Ostatnio bardzo go zainteresowało udo kurze ugotowane w rosole. Odłożyłam je dla męża, a małemu pokroiłam kawałek kurczaka w kosteczkę i siup, do zupy. A on rzucił się na tę kość: A kiiiiiiijjjjj? A kiiiiiiijjjjjjj? I zaintrygowany bardzo kością-kijem ogryzł prawie całą :) Idąc tym tropem może by sushi zjadł, bo takie dziwaczne z wyglądu? Bo schabowy czy pulpety już się opatrzyły…

Staram się gotować zdrowo i różnorodnie, mały jednak mi sprawy nie ułatwia. To, co dawniej lubił – teraz wypluwa, z zup lubi rosół, ale żeby zjadł pomidorową czy barszcz, muszę się sporo natrudzić. Poza tym synek lubi mięcho, nie zawsze przygotowane dla niego: ostatnio próbowałam go nakarmić kremem z dyni, a nam, czyli mnie i mężowi, ugotowałam kiełbaski. Mały ledwie zupki spróbował. Nie jest głodny – pomyślałam – po czym, jak zobaczył, co jem, wdrapał się na krzesło i zjadł mi prawie połowę.

Po obiedzie mały ogląda trochę bajek (wyproszonych u mnie, gustuje w „Zaczarowanym ołówku” z lat 70., „Sąsiadach”, równie wiekowych, oraz w „Śwince Peppie”, którą pokochał jako pierwszą), oczywiście żebrze o czekoladę i ciastka oraz skutecznie przeszkadza mi w cudownych domowych czynnościach typu prasowanie mężowskich koszul czy ładowanie garów do zmywarki. Latem czasami wychodziłam z nim drugi raz na dwór, teraz to już właściwie o tej porze zapada zmrok. Zostają nam zabawy w domu, których serdecznie nie cierpię, bo mnie nudzą, 2 lata w końcu skończyłam już dawno temu, ale co zrobić. Nie chcę trzymać dziecka przed telewizorem non stop.

No więc „kulamy” sobie piłkę (kitę – wg małego), układamy puzzle (tj. ja układam, mały rozwala, tyle osiągnęłam, że potem wszystkie elementy ładnie zbiera), rozkładamy klocki, którymi mały najchętniej rzuca, ale czasem też ładnie ułoży je w rządku. To mu naprawdę wychodzi – równiutko, jak spod sznurka, układa czy to klocki, czy kubeczki, czy inne przedmioty. Lubię patrzeć, jak coś konstruktywnego robi.

Czasem synek rysuje albo tańczy do melodyjek puszczanych ze swoich zabawek. Czasem „gra” na cymbałkach. Ulubiona zabawa to jednak skakanie po naszym małżeńskim łożu. Mały nauczył się, że nie wolno mu wchodzić na nie w kapciach, więc dzielnie się męczy przy ich rozpinaniu, potem każe zabrać wszelkie zbędne rzeczy typu kołdra czy moja piżama (pokazuje palcem i z dezaprobatą mówi: E, e, e, e) i zaczyna szaleć. Skacze, turla się, staje na głowie, robi fikołki, ale nie jest tak, że mam wolne. Muszę stać obok i asystować, inaczej nie ma zabawy (podbiega do mnie, ciągnie za rękę i woła z wyrzutem mama, mama! jeśli tylko próbuję zajrzeć w gazetę czy kompa). Największa radocha jest, kiedy trzymam w górze kołdrę, mały na nią skacze, zawija się jak naleśnik i następnie ja go gwałtownie odwijam tak, że przetacza się przez całe łóżko. Wpadlibyście na coś takiego??

Po 18 słychać upragniony zgrzyt klucza w zamku: powrót taty. Oczywiście najchętniej przekazałabym mu małego w chwili, gdy wiesza kurtkę na wieszaku i poszła gdzieś w diabły, choćby na fotel z książką. No, ale obiad trzeba podać, małym się zająć, żeby nie przeszkadzał w konsumpcji, potem w końcu przez chwilę mam wolne (które – durna pała – przeznaczam na wieszanie prania, ogarnięcie kuchni czy inne relaksujące czynności. To się chyba leczy…).

Wieczorem najczęściej mąż podaje kolację małemu (gdzieś tak między Faktami a Wiadomościami), ostatnio hitem jest chleb z miodem, no i dobra, mogło być gorzej. Kiedyś ulubiona była parówka, ale coś popadła w niełaskę, sami musieliśmy te wszystkie Jedyneczki zjeść. Jeszcze dawniej jajecznica była na topie oraz Almette, ostatnio jakoś bez entuzjazmu.

Po kolacji kąpiel – pod prysznicem lub w wanience, zajmujemy się tym na zmianę.

I w końcu nadchodzi pora na położenie potwora… Chociaż przez pierwszą godzinę (gdzieś tak do 21) o leżeniu nie ma mowy. Mały skacze w łóżeczku (nadal szczebelkowe i nadal nie odkryliśmy przed nim tajemnicy wyjmowania dwóch szczebli…), wywala kołdrę, rzuca poduszką i misiami, zdarza mu się zdjąć prześcieradło z materacyka… Istne szaleństwo. My próbujemy zacząć w tym czasie relaks na dole w salonie, ale nie ma lekko. Bo na przykład… Umta, umta! Mama, umta! Co oznacza, że akurat teraz, czyściutki i ze świeżą pieluchą, mały postanowił zrobić kupę. Czasem woła, gdy już jest po fakcie, czasem zdążymy na nocnik go posadzić, a jeszcze bywa tak, że nas oszukuje, kupy nie robi i nie ma takiego zamiaru – chciał jedynie przesunąć w czasie porę pójścia spać.

Potem na fali jest okrzyk Tla! Tata, mama tla! Znaczy, że pić, ale znowu nie chodzi o to, że mały umiera z pragnienia, tylko co 10 minut chce nas zobaczyć przy łóżeczku. Upija łyczek i wszystko jest OK, aż do następnego: Mama, tla!! Jak mąż jest na wieczornym treningu i wszystkim zajmuję się sama, po prostu padam z nóg. I wiem, że gdy wyjmiemy szczebelki, wieczór zamieni się w gonitwę za małym i odprowadzanie go do łóżeczka raz po raz… 

Około 22 w końcu robi się cicho. Jezus, jak dobrze!!! Można np. obejrzeć kolejny odcinek serialu :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS