RSS
 

Archiwum - Listopad, 2013

Kij w tyłku

26 lis

Mąż może prawnie zadecydować za mnie, czy mi uciąć rękę czy nogę, jeśli będę nieprzytomna, a akurat będzie trzeba podjąć taką decyzję. Mąż informowany jest o stanie mojego zdrowia. Mąż ma prawo odebrać za mnie listy polecone na poczcie. Jeszcze pewnie bym coś znalazła na ten temat. Nie wydano jednak mojemu mężydle w przychodni mojego wyniku z cytologii. Zawsze odbierał tam recepty wypisane na mnie, więc i po wynik go posłałam. Dzwoni, że pani pyta go o upoważnienie. Szlag jasny. Dzwonię ja do pani – że jest tam mój mąż, ona na to, tak, siedzi i czeka, no to mówię, że proszę, aby wydać mu wynik. A ona o upoważnieniu. A ja, że recepty zawsze dostawał. A ona, że recepta to co innego (jak to co innego, jak tajemnica to tajemnica, skoro wyniku badania poznać nie może, to niechaj też nie wie, na co bulę w aptece, jego zresztą pieniądze, i potem łykam).

Mówię jej znowu, że kawał drogi chłop jechał i żeby mu ten wynik dała, że może go wylegitymować, spisać, skserować, co tam tylko trzeba. A ona mi o sądach gada – że jakby co, to ją po sądach ciągać będą, za to, że wydała bez podkładki, że przepisy, że papier. Jakie sądy i co ma moja cytologia z tym wspólnego, to już nie wnikałam, pytam o to pieprzone upoważnienie. Ona mi klaruje – moje dane, numer dowodu i pesel, męża dane, numer dowodu i pesel. Czy trzeba załączyć zdjęcie, zapytałam jeszcze, podziękowałam, przedzwoniłam do męża i kazałam brać dupę w troki, bo się wściekłam już niemało.

No OK, przepisy. Pani może mieć nieprzyjemności, a mnie nie o to wszak chodzi. Dobrze, ochłonęłam, pojęłam, że to nie jej wina i wybrałam się TAM, do świątyni praworządności. Dzień dobry, wynik chciałam odebrać z cytologii – mówię i łapię za torbę, by dowód wyjąć, że ja to ja, a wynik mój. Momencik, szukam, proszę – ręka wyciągnięta z kartka w moją stronę. Co to? – pytam słodko. Wynik – słyszę. O żesz ty, myślę, gdzie zgubiłaś swój kij, co to ostatnio tkwił i ani drgnął ci w tyłku i czemu to już sądami mnie nie straszysz. To teraz ja się w służbistkę pobawię. A ostatnio był tu mój mąż – mówię – i wyniku nie dostał. A miał upoważnienie? Nie, nie miał, ale widzę, że gdyby był kobietą, to by go o nie nikt nie zapytał (twarz właścicielki ręki z wynikiem zaczyna przypominać karpia: wara obwisa, oko nie mruga. A do Świąt wszak daleko jeszcze). Widzę, że tu tylko o płeć chodzi – ciągnę – mogę przysłać sąsiadkę lub koleżankę i wynik odbierze, czemu pani nie sprawdza, że ja to ja i wynik mój? Eee, aaa, yyy, upoważnienie może pani nawet teraz napisać, nie ma problemu… Nie, dziękuję, do widzenia.

 

Doba z małym cz. 2

22 lis

Koło ósmej zwlekam się z łóżka, zwłaszcza, że mały popędza: kaka! kaka! Chcesz kaszkę? – upewniam się. Taaaaaaaaaaak!!! No to wstaję, bo mi dziecko z głodu padnie. Mąż też tak jakoś powoli oko odmyka, nie ma konkretnej godziny na pojawienie się w robocie, szczęśliwiec jeden. Czasami, gdy jednak musi szybciej być w pracy i o ósmej już go nie ma, mały zawiedziony klepie w pustą poduszkę Tata nie ma? Tata nie ma?

Chociaż od wielu miesięcy nasze poranki wyglądają tak samo, mały nadal mi ucieka, gdy chcę mu zmienić pieluchę i go ubrać, walczy ze mną, więc trochę trwa, zanim w końcu znajdziemy się w kuchni. Synek leci do swojego krzesełka, ja w panice grzeję mleko, bo to już tak późno, a dziecko głodne, po czym najczęściej, kiedy kasza już gotowa, okazuje się, że wcale aż takiego apetytu nie ma i jedzenie idzie opornie.

Po śniadaniu mały trochę się bawi, woła o bajki, gapi się na reklamy. Ja zerkam na telewizor dla odmiany pomiędzy reklamami, bo leci Dzień Dobry TVN. I tak się wymieniamy – na reklamach ja mogę zająć się sobą, posiedzieć w łazience, zjeść śniadanie, a gdy leci program, mały stęka, marudzi i wisi mi na nodze. Zazwyczaj żebrze o ciastko (Cia, cia, cia?!) lub podjada mi z talerza, zależnie od tego, co mam. Jeśli jem płatki z mlekiem, podjada na 100%.

Potem, około 10-11, jeśli jest pogoda w miarę, czyli nie leje, wychodzimy na dwór. Znowu ubieranie, przebieranie (w domu synek lata w dresach, na plac zabaw zazwyczaj ubieram mu coś konkretniejszego: dżinsy, sztruksy), szykowanie różnych rzeczy na dwór sine qua non. Picie, przegryzki, mokre chusteczki, ostatnio żel antybakteryjny zaczęłam też nosić, bo gdy mały po piaskownicy chce koniecznie jeść bułkę, to mało nie mdleję na widok jego usmarowanych rąk i prędzej bym padła, niż jedzenie mu dała.

Zanim plac zabaw, to jeszcze 3 piętra po schodach, różnie z tym bywa – czasem schodzi sam, czasem tak marudzi, cofa się i wisi na mnie, że chyba ze 20 minut nam to zajmuje. Z piwnicy biorę wózek, ładuje doń małego i heja, teraz idzie już szybciej, bo gość jest zapięty i nie ma jak stawiać oporu. Uff! Spędzamy na dworze jakieś dwie godziny, jak mam szczęście, to na jednym placu zabaw, ale zazwyczaj są to dwa place plus bieganie między nimi plus zakupy. No i trzeba zarządzić odwrót, tu też jest różnie, nieraz mały sam się ładuje do wózka, bo chce wracać na Pepę (Świnka Pepa) i robi papa dzieciom, często jednak jest bunt, gorące dyskusje i przemoc (z obu stron – ja zapinam na siłę potwora w wózku, a potwór mnie kopie). Czasem gościu niby chce jechać do domu, a pod klatką urządza mi cyrk, z czego wnoszę, że zmienił zdanie – ot, rozrywka taka, nigdy nie wiem, na co trafię, nie ma nudy!

Zakupy z wózkiem zostają w piwnicy, potem muszę po nie zejść, a tymczasem nas czeka mozolne wdrapywanie się do góry i znowu – raz mały leci sam, czasem chce, żebym szła przodem, a on wlecze się za mną i nie wolno mi się odwracać i kontrolować, co robi i czy nie spada ze schodów, bo się obraża i nie wchodzi wcale, często dopiero w tym momencie pokazuje, że się rozmyślił i jednak do domu nie wraca i wrzeszczy, i kładzie się itp. – milusio jest. Pół biedy, kiedy łaskawie pozwala się wziąć na ręce, chociaż gały mi już wychodzą z orbit, gdy go niosę i pewnie jakaś żyła na czoło wychodzi. Czasem sąsiadka aż zaglądnie, co się dzieje – niezbyt mi na rękę robienie z siebie widowiska, z drugiej strony wówczas mały się mityguje i nagle wraca mu rozum, i grzecznie maszeruje po schodach, co świetnie świadczy o mnie jako matce – widać musiałam mu coś robić, że wrzeszczał, bo tak, o proszę, spokojne dziecko.

Kiedy już cała upocona w końcu jestem w mieszkaniu, kiedy rozbiorę dzieciaka i siebie, to już tylko myśl o tym, że zaraz kawa ( dla mnie) i drzemka (dla małego) pozwala mi się jakoś trzymać. Bo jeszcze tylko zmiana pieluchy i ubrania (spodnie zazwyczaj nie nadają się do niczego innego poza praniem), jeszcze tylko drugie śniadanie potworowi dać i zęby mu umyć, jeszcze tylko spełnić obietnicę puszczenia bajki, jeszcze tylko ubrać go na powrót jak na dwór, jeszcze tylko załadować go do drugiego wózka na tarasie i przykryć kocem i już, już można pstryknąć ekspres i usiąść, i maile odebrać, i Pudelka przejrzeć, i coś kupić i sprzedać, ale nie za długo, tyle co kawa i czekoladka (no dobra, kilka czekoladek), bo jeszcze poodkurzać, obiad naszykować, pralkę włączyć, coś wyprasować, coś zszyć… i nagle około 15-16 słychać stękanie i wołanie z tarasu mama…, mama…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Doba z małym cz. 1

13 lis

Około drugiej w nocy mały zazwyczaj się przebudza, nie do całkowitej trzeźwości, ale coś tam dziamga na tyle głośno, że mnie budzi (by zbudziło się mężydło, musiałby użyć mocniejszych środków wyrazu…). Pamiętam, że gdy był malutki, też o tej porze najczęściej się wybudzał na jedzenie. Kiedy jeszcze ciamkał smoka do zaśnięcia, to o drugiej zazwyczaj zauważał, że ktoś mu go niecnie zakosił, gdy usnął. I trzeba było ze smoczkiem do łóżeczka lecieć. A teraz, kiedy w końcu osiągnęliśmy sukces wychowawczy i mały zasypia i śpi z pustą buzią, to właściwie wystarczy, że powiem ciiiiii, śpij – i synek zapada z powrotem w mocny sen.

Około szóstej-siódmej rano budzi mnie mama, mama, mama… Jeśli nie reaguję, mały płynnie zmienia adresata: mama, mata, tata, tata, tata. Ostatnio nauczył się tez mówić coś na kształt słowa tatuś, a brzmi to mniej więcej jak tatjuuu. Kiedy podejść wtedy do łóżeczka, można zobaczyć komiczny obrazek. Mały stoi już „spakowany”: w jednej rączce trzyma za nogę jednego misia, w drugiej, również za nogę, drugiego. Należy wtedy dokonać transferu do naszego łóżka. Czasem wygrywamy los na loterii i synek z misiami wtula się w poduszkę i zasypia. Najczęściej jednak dochodzi do wniosku, że spanie jest dla nudziarzy i zaczyna się pokaz akrobatyczny: skoki, salta, fikołki, rzucanie miśkami i poduszkami (raz się tak zamachnął, że spadł z łóżka w ślad za jaśkiem…). Do tej nadaktywności fizycznej (której zawsze się dziwię, wiadomo, rano człowiek jest jak z drewna) dochodzą piski i dzikie okrzyki i nie ma mowy o łagodnym przejściu ze snu do realności.

PS

A ze smokiem to było tak, że pewnego wieczoru, jakiś miesiąc temu, twardo udawaliśmy, że go po prostu nie ma, zgubił się i ptaszki zabrały (wykorzystaliśmy wszystkie wersje kłamstw, jakie proponują poradniki i inni rodzice). Ryk był oczywiście wielki, mały rozdzierająco krzyczał NIE MAAA! NIE MAA! Dobrze, że maż ma mniej empatii ode mnie i powstrzymywał mnie przed kapitulacją, bo już kusiłam: A może mu dać? A może to za wcześnie zabierać? Teraz przyznaję, że ten odwyk od smoczka trudny jest tez dla rodzica, bo traci wsparcie i staje bezradny przed łóżeczkiem z wrzeszczącym dzieciarem. Nie pomagała też myśl, że mały po prostu nie potrafi zasnąć bez smoka i to się nie może udać. Ech, byłam człowiekiem małej wiary, biję się w piersi. W końcu mały padł, kolejnego wieczora rozpacz trwała krócej, następnego ograniczył się do upewniającego pytania nie ma? I tyle, end of story. Na drzemkę w dzień dostaje jeszcze ciamkacza, ale szybko go wypluwa lub ja mu zabieram i nie wiem, jak to możliwe, ale nie mąci mu to w głowie podczas wieczornego zasypiania.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Żądam alternatywnego zakończenia „Dextera”! (uwaga, zdradzam końcówkę)

04 lis

Dajcie spokój, obejrzałam ostatni sezon „Dextera”, ale nie przyjmuję do wiadomości zakończenia! No, dajcie spokój, no! Już było mi smutno, kiedy ogłosili, że ten oto sezon mojego ulubionego serialu, który kosztował mnie masę nerwów, więcej niż kolokwium z łaciny chyba, to już naprawdę koniec i więcej nic a nic, a po tym, co wczoraj obejrzałam, to już w ogóle siąść i płakać! Jak można było takie zakończenie zrobić?! Ni w gruchę, ni w pietruchę. Scenarzyści, którym gotowa byłam przez wszystkie 8 sezonów bić pokłony w podziwie dla ich kunsztu, pomysłowości i nieszablonowego myślenia, zmoczyli (nomen omen) ostatnie minuty serialu, minuty najważniejsze i wyczekiwane z zaciśniętymi z nerwów pięściami.

Wszystko było przygotowane, sprawy pokończone, za granicą czeka syn i kochanka, ale nie – Dexter deklarujący bezgraniczną miłość i przywiązanie do swego dziecka oraz głoszący peany pod adresem kochanki, która – nota bene – przytłumiła mu jego głos wewnętrzny nakazujący mniej więcej raz na miesiąc sprzątnąć tego i owego przyjemniaczka – otóż ten Dexter postanawia zostawić syna i dziewczynę, nie jechać do nich po prostu! W ostatniej scenie pracuje w jakimś tartaku! Sądząc po aurze, to Kanada jakaś! No, dajcie spokój! Tyle wysiłków, tyle starań, wszystko na nic!? To się kupy nie trzyma i sensu nie ma za grosz. Żądam dodatkowego odcinka pokazującego wesołą rodzinkę na jakiejś farmie dajmy na to – jest notoryczna zabójczyni Hannah, zabójca doskonały Dexter, jego syn i może nawet jeszcze inne dzieciaki, żyją sobie spokojnie, hodują krowy i jest cool, a mordercze instynkty wyładowywane są na kurach przewidzianych na rosół. O!

Aż strach zabierać się za oglądanie ostatniego sezonu „Breaking Bad”…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Trochę kultury

 
 

  • RSS