RSS
 

Archiwum - Październik, 2013

Mężczyzna (syn) prawdę ci powie

30 paź

Nie wiem, jak wyglądacie Wy, które mnie czytacie (prócz Basi), ale ja przypominam tę śliczną modelkę w pończochach w reklamie Calzedonii, wszystkie piękne aktorki (np. Martę Żmudę Trzebiatowską) występujące w reklamach szamponów, machające lśniącymi włosami na lewo i prawo, Beatę Tadlę i, jeśli leci program sportowy, Justynę Kowalczyk. Tak przynajmniej uważa mój syn, wykrzykując Mama!!! i wskazując paluszkiem na telewizor, kiedy pokazują te wszystkie śliczne szatynki i brunetki. Ha!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nic na siłę…

24 paź

Chciałam dobrze, a wyszło… no, na odwrót. Mały uwielbiał kawiarenkę, w której było duże pomieszczenie przeznaczone do zabawy. Nawet kiedy latem była piękna pogoda, ciągnął mnie tam i albo machałam ręką i pozwalałam mu tam szaleć (rzucanie piłkami, balonami, turlanie się po podłodze, cuda na kiju tam wyprawiał), albo stawiałam na swoim i musiałam stoczyć bitwę, by przekonać synka, że latem najlepsza zabawa jest z dziećmi na placu zabaw. Kiedy zaczęły się jesienne chłody, nie miałam już wyrzutów sumienia, że trzymam dziecko w zamkniętym pomieszczeniu i mały był przeszczęśliwy z okazji wizyt w kawiarence. Do czasu… kiedy nadgorliwa matka zapisała go na jedne z licznych organizowanych tam zajęć.

Prowadzą takie spotkania różne przemiłe panie, wyedukowane dokładnie, jakie zabawy są dla dzieci najlepsze. Zapisałam małego na tzw. zajęcia ogólnorozwojowe, z muzyką na żywo, ze śpiewami i tańcem – to co synek bardzo lubi. Nieraz bujał się w domu w takty piosenek z „Jaka to melodia”. Nadszedł ten dzień, matka się ubrała w końcu jak do ludzi, a nie do piaskownicy i cała zadowolona swe dziecię do kawiarenki zaprowadziła, planując już w myślach, na jakie to jeszcze zajęcia go zapisze, przy okazji których może wypić pyszną kawę.

No i co? No i klops. Pani wyedukowana na Akademii Muzycznej grała na „parapecie”, śpiewała i wychodziła ze skóry, żeby dzieciaki rozbawić. Prócz mojego była jeszcze dziewuszka bardzo zabawowa i chętnie podskakująca do rytmu oraz chłopiec, który zrazu uciekał, ale gdzieś w połowie zajęć przekonał się, że jest OK. Natomiast mój mały stwierdził, że skoro tak, to on postoi z boku i poobserwuje. Przez połowę zajęć stał jak wrośnięty w wykładzinę z miną pt. „Niby dlaczego mam teraz maszerować, a potem przeskakiwać sztuczne kałuże? Bez sensu”. Drugie pół godziny wyglądało tak, że synek uciekał mi do wózka, a ja go przyprowadzałam i kusiłam – zobacz, pani ma kasztany, zobacz, piłeczki, zobacz, a teraz udajemy, że pada deszczyk… Słowo daję, robiłam wszystko to, co wywołuje we mnie co najmniej wywrócenie oczami, kiedy widzę to z boku.

Mały miał w głębokim poważaniu panią, tańce i śpiewy i obydwoje odetchnęliśmy z ulgą, kiedy zajęcia dobiegły końca i mogliśmy przestać robić z siebie durnia (to ja) oraz zacząć się w końcu bawić (to synek). Tuż po tym, kiedy pani zniknęła z horyzontu, synek odzyskał werwę i dalej skakać, szaleć, rzucać kasztanami (których w czasie zajęć nie chciał tknąć) i zawijać się w chustę (co również wcześniej było elementem zabawy, w której mały nie chciał brać udziału). Ręce mi opadły, twardo jednak zapisałam go na następny raz…

…do którego nie doszło. Mały, zamiast biec rozpromieniony w progi kawiarenki, nie chciał nawet wyjść z wózka, o wejściu do środka nie wspominając. Jak mu nie przejdzie, to zdaje się, że straciłam jedyne miejsce w okolicy, gdzie można pójść z dzieckiem w zimie, żeby się pobawiło. Super.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Dosyć tego męczeństwa

23 paź

Chyba działa na mnie książka o francuskim wychowywaniu dzieci, bo nie mogłam się powstrzymać przed dodaniem komentarza do wpisu o szelkach (smyczy) dla dzieci 
http://jedenusmiech25.blog.onet.pl/?p=3425&cpage=1#comment-835
. Poszło o to, że większość tam wypowiadających się wieszała – nomen omen – psy na prowadzaniu dzieci na szelkach-smyczy. Uważam, że niektórym trudno jest przyswoić nowe rozwiązania. Myślą – jeśli ja się męczyłam, czemu innym ma być łatwiej?

Jedna z komentujących wspomina, że kiedyś (30 lat temu) woziła dziecko w specjalnym plecaku ze stelażem i mocno za to obrywała. Dziś różne nosidełka nie budzą już jakichś większych emocji (choć mnie czasem ciężko patrzeć, gdy ktoś nosi tak dziecko jeszcze nie trzymające główki). Podobnie z szelkami, które nowinką są raczej w Polsce, za granicą widywałam je już jakieś 20 lat temu i już wtedy, pamiętam, uznałam je za świetne rozwiązanie.

W komentarzu napisałam m.in.: „my matki uwielbiamy być matkami-Polkami i uważamy, że jakiekolwiek ułatwienie czyni nas gorszymi matkami, a im więcej się poświęcamy, tym lepszymi matkami jesteśmy. Innego modelu dobrej matki jak matka-męczennica nie dopuszczamy do świadomości. Kobiety, opamiętajcie się! Jak dziecko pięć razy zapniecie w szelki, nie znaczy, że do końca życia nie będzie umiało chodzić samo chodnikiem, a jeśli posiedzi w kojcu pół godziny, nie znaczy, że nigdy nie dowie się, co to znaczy wyrżnąć głową w kant stołu. Patrzeć na świat tak czarno-biało, to musi być trudne!”.

Bo mnie o umiar chodzi. Trzylatek na smyczy – wg mnie źle. Dziecko w kojcu cały Boży dzień – źle. Non stop zupki ze słoika – źle. Biszkopciki i Monte zamiast obiadu – źle. Ale – roczny szkrab kilka razy na szelkach w sytuacjach niebezpiecznych – OK. Nieporadny niemowlak godzinkę w kojcu (można się wysikać na przykład i może jeszcze wypić herbatę!) – OK. Raz na jakiś czas zamiast sterczeć przy kuchni 2 godziny i szykować obiad  rodzice zamawiają pizzę, a dziecku dają kupny słoik – OK. Jakieś ciastko, kiedy dzieciak wyje niemiłosiernie w aucie – OK. I tak dalej.

Można sobie troszkę ułatwić macierzyństwo, dziecku nie zaszkodzi, a matka złapie oddech. A kto uważa, że jednak za mało się poświęca, niech stosuje pieluchy tetrowe, wygotowane i wyprasowane z obu stron. Jeśli od tego taka osoba będzie się czuła lepszą matka - proszę bardzo, droga wolna. Ale innym niech da prawo do stosowania pampersów!

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Matka matce nierówna

16 paź
                        Matka amerykańska                         Matka francuska
Uważa, że im bardziej się poświęca, tym lepszą jest matką. Jest to klucz do całego jej macierzyństwa, widoczny w niemal każdym jej zachowaniu względem dziecka.

„Amerykańskie poradniki rodzicielstwa zawieraja zazwyczaj zalecenie, by matka nie zapominała o własnym życiu. Często jednak amerykańskie niepracujace matki nie zatrudniają opiekunki, ponieważ opiekę nad dzieckiem uważają za     swój obowiązek”.

Uważa, że jej poświęcenie nie jest potrzebne jej dziecku, a nawet może mu zaszkodzić. Sądzi, że lepiej jest obserwować dziecko z boku i pozwolić mu na maksimum samodzielności oraz poznanie smaku frustracji.

We Francji panuje „uniwersalne założenie, że nawet najlepsza matka nie moze być nieustannie na usługi dziecka i nie musi się czuc z tego powodu winna”.

 

W okresie noworodkowym leci w nocy na każde kwilenie, nie czekając ani sekundy bierze dziecko na ręce i utula oraz/lub wpycha do buzi cyca/butelkę. Skutkiem tego dziecko nie ma szansy nauczyć się zasypiać samo, a nawet jest niepotrzebnie rozbudzane, bo kwiliło przez sen i nie miało zamiaru przyzywać matki.

 

 

 

W okresie noworodkowym w nocy nasłuchuje kwilenie dziecka, obserwuje je nawet kilka minut, by przekonać się, że naprawdę się obudziło i czegoś potrzebuje czy po prostu jest w fazie niespokojnego snu i należy pozwolić mu ponownie smacznie usnąć. Skutkiem tego francuskie niemowlęta przesypiają całe noce już w drugim-trzecim miesiącu życia, czego znowu skutkiem jest normalne funkcjonowanie ich rodziców. Francuscy rodzice nie postrzegają „zrywania się kilka razy w nocy do ośmiomiesięcznego dziecka jako oznaki rodzicielskiego poświęcenia. Uważali to za sygnał, ze dziecko ma problemy ze snem”.

 

Ma problemy z odmawianiem dziecku, a wszelkie jego prośby stara się spełniać natychmiast. Skutkiem tego dzieci amerykańskie nie są nauczone frustracji i samokontroli, uważają, że wszystko się im należy i dostają histerii przy każdej odmowie.

 

Zamiast mówić dziecku „uspokój się lub „przestań” często po prostu mówi: „zaczekaj”. Rodzice francuscy są zdania, że „jeśli dzieci nie nauczą się cierpliwości, nie potrafią cieszyć się (…) zajęciami” związanymi ze sztuką i muzyką. „Z ich punktu widzenia umiejętność samokontroli, spokojnego panowania nad sobą, zamiast niecierpliwienia się i stawiania żądań jest tym, co pozwala dzieciom dobrze się bawić”. Uważa się, że odmowa „daje dziecku szansę, by wyzwolić się z tyranii własnych pragnień”, dziecko musi się nauczyć frustracji, im wcześniej, tym lepiej.

 

Pozwala dzieciom niemal bez przerwy coś podjadać, jest przekonana, że bez przekąsek dziecko by zginęło; wg badań niektóre niemowlęta w USA jedzą nawet 10 razy dziennie.

 

Mniej więcej od ukończenia 3. miesięca uczy jeść dziecko o stałych porach. Francuskie dzieci jedzą cztery razy dziennie (plus deser). Próby wymuszania słodyczy poza porą deseru są uważane za kaprys (caprice) i nie są spełniane.

 

Rywalizuje z innymi matkami w zdobywaniu umiejętności przez jej dziecko, zapisuje je na tysiące zajęć „rozwijających” lub „przyspieszajacych rozwój”.

 

Zapisuje dziecko na dodatkowe zajęcia po to, by się przede wszystkim dobrze bawiło, odkrywało i poznawało nowe rzeczy, „otwierało oczy”. „Rodzicom francuskim nie zależy na tym, żeby ich dzieci miały koniecznie przewagę nad innymi. (…) nie próbują wyhodować małych geniuszy”.
Uważa karmienie piersią za swój obowiązek, nawet jeśli jest dość męczący i ograniczający wolność, a także eliminujący rolę ojca w karmieniu. Bardzo krótko karmi, nie uważa mleka w proszku za coś gorszego od mleka z piersi. Nie daje się przekonać argumentami o wydzielaniu immunoglobulin, nie zamierza „działać pod przymusem morlanym ani przechwalać się tym na urodzinach dwulatków”.
Zadręcza się pytaniem, jak żłobek może wpłynąć na psychikę dziecka. Często woli zrezygnować z pracy niż posłać dziecko do żłobka.

 

Jest przekonana, że pobyt w żłobku dobrze zrobi dziecku i obawia się raczej, że jeśli jej dziecko nie dostanie się do żłobka, to coś straci.
Czułaby się egoistką, gdyby zamiast zajmować się dzieckiem, popracowała nad swoją pociążową  figurą. „Sesja zdjęciowa Metamorfoza młodej mamy w magazynie American Baby pokazuje trzy zawstydzone panie, wciąż jeszcze trochę przy kości, które uśmiechają się bez przekonania, ubrane w luźne sukienki. (…) W komentarzu jest bezlitosna informacja: Urodzenie dziecka zmienia twoje ciało(…), a potem zaczynają się peany na cześć spodni na gumce”.

 

Uważa, że „nie ma zadnego powodu, dla którego kobieta nie może być seksowna tylko dlatego, że zdarzyło się jej mieć dzieci”. Zazwyczaj w ciągu trzech miesięcy od porodu odzyskuje swoją linię; pomaga w tym zapewne potężna presja społeczna.
Towarzyszy dziecku na placu zabaw, wspina się z nim na drabinki, na bieżąco komentuje jego działania.

 

Na placu zabaw, w wyjątkiem okresu, w którym dziecko uczy się chodzić, siada z boku na ławce lub krawędzi piaskownicy i gawędzi  z innymi dorosłymi.
Potrafi zmienić cały w dom w plac zabaw dla dziecka i ściągnąć swoje rzeczy z regałów w salonie, by poustawiać tam zabawki. Uważa, że świat jej dziecka jest w jego pokoju, stąd w salonie czy innych pomieszczeniach nie widuje się zabawek lub bardzo małą ich ilość.

 

I jak Wam się podoba? Tabelkę zrobiłam będąc w trakcie lektury książki Pameli Druckerman: „W Paryżu dzieci nie grymaszą”, wszystkie cytaty pochodzą stamtąd. Jestem w połowie, więc pewnie coś na ten temat jeszcze dorzucę. Fascynują mnie te różnice kulturowe wpływające na wychowywanie dziecka; niby każdy wychowuje po swojemu, a jednak poddaje się (często pewnie nieświadomie) wpływowi środowiska, rodziny, tego, jak sam został wychowany oraz… znaczenie na pewno ma fakt, jaki poradnik dla rodziców jest w danym kraju na topie. W Polsce to, podobnie jak w USA, „W oczekiwaniu na dziecko” i kolejne pozycje z tej serii oraz „Dziecko” Spocka. Dlatego pewnie bardziej przypominamy Amerykanki w wychowywaniu dzieci niż Francuzki, przynajmniej tak mi się wydaje i mówię tu też o sobie. We Francji od lat króluje zupełnie inny podręcznik, toteż inne teorie są wdrażane w życie, zarówno rodziców jak i małego dziecka. Oczywiście, uogólnianie to uogólnianie, znajdziemy mnóstwo wyjątków i różnic, jednak uważam, że coś jest na rzeczy. I to bardzo.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Postępy (w swoim czasie)

02 paź

Chcąc rozwijać zdolności manualne małego dałam mu ciastolinę. Etap brania wszystkiego do buzi mamy już dawno za sobą, Bogu dzięki, ale widziałam, że ukradkiem tej ciastolinki spróbował, bo i pachnie ładnie. Wypluł chwilę potem z niesmakiem i nawet trochę coś tam lepił, ostatecznie jednak, gdy tylko zostawiłam go samego na kwadrans, rozkruszył całe dziadostwo po pokoju, tak że tylko odkurzacz dał radę w posprzątaniu tego.

Staram się małemu urozmaicić siedzenie w domu (jakby się czymś zajął, to i matka by skorzystali…), tak więc prócz tej ciastoliny kredki mu daję, ale większość już połamał. Trochę rysuje, ale to chyba jeszcze nie ten etap. Siostra mówi dawać kredki, dawać, bo zapisała teraz swoją trzylatkę do przedszkola i widzi, że jedne dzieci całą kartkę dokładnie i zamaszyście zamażą, a inne postawią pięć kropek i na tym kończą dzieło sztuki. Nie jestem pewna, czy jest to dowód na to, że te pierwsze dziatki już w łonie mamy miały swoje flamasterki, a te drugie bidule nie wiedzą, co to takiego ta kredka. Po prostu dzieci różnie podchodzą do różnych zadań, wg mnie. (Poza tym może te kropki będą kiedyś warte fortunę, kto wie?).

Coś Wam zacytuję: „W latach sześćdziesiątych szwajcarski psycholog Jean Piaget przyjechał do Stanów Zjednoczonych, aby propagować swoją teorię stadiów rozwoju u dzieci. Po niemal każdym odczycie ktoś z publiczności zadawał pytanie, które Piaget zaczął określać jako ‚pytanie amerykańskie’. Brzmiało tak: ‚Jak możemy przyspieszyć te stadia?’. Wtedy on odpowiadał: ‚Ale po co je przyspieszać?’. Jego zdaniem zbyt wczesne zmuszanie dzieci do opanowywania nowych zdolności nie było ani możliwe, ani pożądane. Uważał, że dzieci będą się rozwijać we własnym rytmie, napędzane własnymi siłami wewnętrznymi”. I tego się będę, kurka, trzymać.

Bo takie klocki na przykład. Mój mały klocków nie składa, najczęściej nimi po prostu rzuca. Widać nie bez kozery jest na opakowaniu napis 3+. Ale siostra się uparła, że klocki, że jej dzieci kochają, całymi dniami budują, składają, klocki i koniec. Kupiła mu, pokazywała, jak jeden sczepić  z drugim (tak jakbym ja mu nie pokazywała!). Mały popatrzył, popatrzył i sru! klockami przez pokój. A ja coraz mniej się przejmuję takimi akcjami. Widzę, że mały jest kumaty, ale też, że niełatwo poddaje się presji, hmm, tak to można eufemistycznie nazwać.

Synek lubi wymyślać własne zabawy i to takie, jakie mnie nie przyszłyby do głowy. Fascynuje go wszystko, co się kręci, swoje auta przewraca na bok lub do góry nogami, kręci kółkami i patrzy zafascynowany. Czasem układa coś na tych kręcących się kółkach i aż piszczy z uciechy, jak po kolei wszystko z nich spada. Taka zabawa! Latem największą frajdę miał z wodą – przelewanie, rozlewanie, chlapanie, nieważne, czy w swoim baseniku czy w deszczówce w wiadrze u dziadka na ogródku. Teraz szaleje z piłkami, chociaż złości go, że nie może wziąć wszystkich trzech na raz w ręce. Rzuca, kładzie się na nie, kopie, turla, cudem nic nie niszcząc w domu (odpukać). Ostatnio dostał balon w sklepie i też się na nim kładł, patrzyłam na to z trwogą, ukradkiem zatykając uszy, całe szczęście balon skapitulował po cichu, zeszło z niego powietrze i mały z obrzydzeniem na twarzy kazał mi zabrać miękkie zwłoki… A jeszcze odnośnie piłek, to latem synek miał okazję znaleźć się w takim basenie piłkowym. Byłam pewna, że będzie się w nim tarzał jak szalony, bo robi tak na podłodze ze swoimi zabawkami, robiły tak zresztą wszystkie dzieci obok. Ale nie – mój mały metodycznie piłki te zbierał, próbował układać, jak najwięcej zmieścić w ręce i ani myślał zanurzyć się w piłową toń. Może naczytał się o milionach bakterii zamieszkujących takie piłkowe baseny? ;)

Z innych spraw: smoczek nadal w użyciu, nocnik nadal w odstawce. Tzn. z nocnikiem jest tak, że potrafi na nim siedzieć godzinami i oglądać bajki, ale jeśli chcę go posadzić w konkretnym celu zrobienia kupy (bo widzę, że się elegancko szykuje) są wrzaski, ucieczki i rzucania nocnikiem właśnie. Mam wrażenie, że każdemu innemu rodzicowi poszło lepiej z nauką korzystania z nocnika niż mnie. Generalnie małemu wisi czy ma pieluchę, czy majtki, czy sika na siebie, na podłogę czy w pampersa. Zachęta w postaci bajek zemściła się na mnie, bo kiedy pytam czy może kupka lub siusiu, mały odpowiada mi pytaniem: Papa? (czyli czy puszczę Świnkę Peppę) lub: Tede? (czy puszczę Sąsiadów), innymi słowy targuje się ze mną i obwieszcza, że proszę, na nocnik to on chętnie siądzie, ale tylko wtedy, gdy polecą bajki). Ostatnio siedział tak 3 godziny, po czym wstał, zostawił za sobą pusty nocnik, ale za to minutę później nalał na wykładzinę. To co usłyszał od wściekłej matki… Hmm… A kupę to on chce robić na stojąco i to bez mojego towarzystwa (wygania mnie z pokoju, wypycha), więc proszę bardzo, co mam robić, ręce opadają, do matury będzie chodził z pampersem i i zasypiał ze smokiem w gębie w łóżku.

Bo smok musi być przy zasypianiu i koniec, inaczej mieszkanie wypełnia tak żałosny płacz, z którego daje się wyłowić rozdzierające serce „mama!!!”, ryk, wrzask i histeria, że ani ja, ani mąż (bardziej wytrzymały i mniej empatyczny ode mnie) nie jesteśmy w stanie tego znieść. Gdy tylko młody mocno zaśnie, smoka zabieramy i potrafi bez niego spać do 5 rano i jest to na razie jedyny nasz sukces w tej sprawie.

No i co, mogę napominać, powtarzać, jak należy robić, ale zmusić nie jestem w stanie – ani mówić zdaniami, ani budować wieży z klocków, ani siusiania do nocnika (jedynie coś mogę w sprawie ze smoczkiem, ale zapraszam każdego, kto chce rzucić we mnie kamieniem – niech przyjdzie i posłucha, co się dzieje, gdy próbuję położyć spać synka z pustą buzią).

Postanawiam nie obwiniać się więcej, że moje dziecko coś jeszcze robi lub czegoś jeszcze nie opanowało, ja mogę mu dawać możliwości, a on może skorzystać z nich w swoim czasie.

PS

Cytat pochodzi z książki „W Paryżu dzieci nie grymaszą” Pameli Druckerman, którą obecnie pochłaniam i wkrótce na pewno opiszę wnioski i wrażenia :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS