RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2013

Urlop z dzieckiem to bardziej wyczerpująca wersja pobytu w domu…

30 wrz

Trochę jeszcze wspomnień z wakacji… Poniżej plaża w temperaturze 25 stopni i w tej 10 stopni mniej, amplituda oczywiście miała miejsce podczas dwutygodniowego pobytu nad Bałtykiem, zdjęcia te dzieli raptem kilka dni, a nie cała pora roku… Taki „urok” polskiego morza, psia mać…

Nawiązując do tytułu notki (znowu cytat z „Wyznań upiornej mamuśki”) mam do sprzedania jeden patent. Wiadomo, że jak człowiek nie jest dzieciaty, to na plażę bierze ręcznik i książkę i tak pół dnia może sobie spokojnie leżeć i słuchać szumu fal. Wyjście z dzieckiem nad wodę to istna wyprawa, pisałam o tym rok temu, ale im dziecko starsze, tym więcej gratów trzeba brać ze sobą. Bo już i bardziej różnorodnie je, i więcej się bawi, a więc przekąski, jogurciki i bananki oraz wiaderko, piłka, łopatka, grabki, takie ustrojstwo przypominające młyn, co to się w nie sypie piasek i się kręcą takie kółka z łopatami (nie mam pojęcia, jak to się nazywa, ale zajmuje mnóstwo miejsca) oraz milion innych rzeczy. A oto mój patent – najlepsza torba plażowa to ta niebieska torba z IKEA o pojemności małej szafy
http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/17228340/
. Po prostu cudo – pomieściła koc, ręczniki, termos, milion zabawek, czapki, kremy, czasopisma, kanapki, pieluchy i wiele innych koniecznych drobiazgów. Tylko parawan się nie zmieścił, ale wybaczam ci to, kochana torbo!

Przy okazji wspominek plażowych garść refleksji. Puszczałam dziecko moje kochane na golasa na plaży. Dumałam trochę nad tym czy to rozsądne, czy jakiś pedofil nie czai się za parawanem z aparatem albo choćby li i jedynie tylko z plugawym wzrokiem. W końcu jednak to ja postanowiłam nie spuszczać oka z synka i pozwoliłam mu latać z fajfusem na wierzchu, jeśli zasikał majteczki. Pielucha nie wchodziła w grę, łapał do środka mnóstwo piachu, a wiadomo, co robi mokry piasek na delikatnej skórze. Co to się, swoją drogą porobiło. Sama pamiętam siebie biegającą nago po plaży, ze 30 lat temu to było, nikomu nie zaświtało wówczas, że może być coś niebezpiecznego w takim zachowaniu. Pedofile byli, co prawda, zawsze, ale jak to powiedziała moja mama – o tym się nie słyszało, nie mówiło, a jeśli w okolicy, np. na działkach ( tak jak w moim mieście), był jakiś dziwnie zachowujący się facet biorący dzieci na kolana, po prostu się tam dzieciaków nie puszczało. Dziś nie ma dnia, by nie słyszeć o jakiejś paskudnej aferze, a już kler powariował zupełnie. Ale zostawmy to…

PS

IKEA nie jest sponsorem tego tekstu :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wyznania i grzeszki matek

24 wrz

Poniższe wyznania pochodzą od różnych matek, cytuję z książki Jill Smoker „Wyznania upiornej mamuśki”:

Jeśli jeszcze raz będę musiała obejrzeć „Barneya i przyjaciół”, chyba sobie wydłubię oko widelcem. (…)

Nie ma bardziej irytującej i bezużytecznej rady dla młodej matki niż: „Śpij, gdy dziecko śpi”. Następną kobietę, która mi to powie, strzelę w twarz, bo wiem, że ona nie spała, gdy jej dziecko spało. Nikt tego nie robi.

Ciągle jeszcze zrzucam nadwagę po bliźniakach. Właśnie poszły do gimnazjum.

Urodziłam dziecko miesiąc temu. Właśnie zmierzyłam dżinsy, które nosiłam przed ciążą. Sądziłam, że będą ciasnawe, a okazało się, że nie mogę ich podciągnąć powyżej kolan. Jasnażeż cholera!

Jestem w ósmym miesiącu ciąży, ale nadwagę miałam już wcześniej. (…) mam ochotę wpełznąć w jakiś ciemny kąt i umrzeć. Jeśli znajdę odpowiednio duży…

Chodzę w dżinsach ciążowych, chociaż od sześciu lat nie jestem w ciąży.

Udaję, że mam rozstrój żołądka i zamykam się w łazience, a w rzeczywistości czytam kolorowe magazyny i gram na telefonie. Mąż stale wysyła mnie do gastrologa.

Gdy rodzice nie patrzą, robię straszne miny do źle zachowujących się dzieci w sklepach.

Gdyby było mnie na to stać, chętnie bym komuś zapłaciła, żeby pojechał z moimi dziećmi na wakacje.

Przed dłuższym lotem podaję dzieciom benadryl. Niby środek na alergię, ale też wycisza. Inaczej nigdy bym się z nimi nigdzie nie wybrała.

Gdy wieczorem ma przyjść niańka, kładę dzieci w ciągu dnia. Nie po to jej płacę piętnaście baksów za godzinę, żeby przy niej spały.

Niekiedy odzywa się we mnie tęsknota za czasem, gdy mój syn był malutki. Idę wtedy do sklepu – tam zawsze się trafi jakiś rozwrzeszczany bachor. Dzięki temu mogę się cieszyć, ze syn już nie jest mały.

Jestem znacznie lepszą matką, gdy ktoś na mnie patrzy.

Oszukuję w grach planszowych, żeby szybciej skończyć.

W zeszłym roku, gdy miałam ZNP, zjadłam dzieciakom całą czekoladę, jaka została z Wielkanocy, a gdy zaczęły się o nią upominać, zwaliłam winę na psa.

Wiem, że jako mama powinnam zabijać pająki, a nie uciekać przed nimi razem z dziećmi, wrzeszcząc wniebogłosy.

Po powrocie z weekendowego wyjazdu służbowego zastałam dzieci w pidżamach, w których je zostawiłam. Córeczka mnie poinformowała, że tata ustanowił „leniwy weekend”. Co to ma być do jasnej cholery???

Najwspanialsza pora dnia to pora kładzenia się spać.

Drogie mamy, podpisujecie się pod którymś z wyznań? A może dorzucicie od siebie jeszcze jakieś? Ja muszę się przyznać, że jem słodycze albo w ukryciu, albo gdy mój synek śpi. Inaczej nie opędziłabym się od niego, poza tym w gruzach padłby mój autorytet, przecież powtarzam mu, że słodycze są niezdrowe i nie można ich dużo jeść! Inna sprawa, że czasami daję małemu ciastka, żeby była chwila spokoju, np. podczas podróży autem… Na lek na alergię nie wpadłam… :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Życie codzienne… z dwulatkiem

19 wrz

Mały ostatnio znowu daje mi popalić. Już kiedyś miałam z nim problem z wracaniem do domu, potem to się zmieniło diametralnie, synek sam wdrapywał się do wózka, kończąc tym samym pobyt na placu zabaw i spokojnie wracaliśmy do siebie. Mały sam po schodach wchodził! Ideał. A teraz od jakiegoś czasu urządza mi cyrk, nie daje się zapiąć w wózku, bo on nie chce iść do domu. I koniec dyskusji, zero porozumienia. Mogę sobie gadać, tłumaczyć i kusić bajkami i ciastkami (bardzo pedagogiczne to zresztą).

Nic to, że zimnica straszna, że już dwie godziny lata po dworze, że mija nam właśnie pora drzemki (kiedy wychodzę z nim po śniadaniu) albo jest już pora kolacji (kiedy wychodzimy po obiedzie). Im większy wicher i ziąb, tym bardziej się upiera siedzieć na dworze, do tego najlepiej taplać się w kałuży, a jak zacznie kropić, to już w ogóle czad! Zupełnie odmienne ode mnie ma upodobania pogodowe. Zaczęłam nawet ostatnio nosić czapkę, bo normalnie nie dawałam rady tyle czasu na dworze z gołą głową.

Nawet jak uda mi się go w końcu skusić perspektywą bajki i daje się łaskawie zawieźć do klatki, to tam następuje kolejna histeria i nie mogę go z kolei z tego wózka wypiąć, macha łapami, kopie i drze się wniebogłosy. A ja muszę przecież wózek zostawić w piwnicy i pokonać 4 piętra; z wyrywającym się dzieckiem – miodzio, zwłaszcza, gdy kopie z całej siły buciorami i bije mnie po twarzy z wściekłym wzrokiem. To jest tak okropne, że kiedy już zawlokę go do domu, chce mi się wyć, rzucać talerzami i oczywiście zlać tyłek małego na kwaśne jabłko.

I wstyd mi przed ludźmi, tymi na dworze, bo nieraz komentują (a co on tak krzyczy) i sąsiadami. Dwie sąsiadki regularnie wychodzą na klatkę, zapewne sprawdzić, czy nie maltretuję własnego dziecka. Nie ma w moim bloku znieczulicy, o nie. A najlepsze jest, że przy obcych mały się uspokaja, słucha, co mówią, nawet wchodzi sam po schodach, a one (te sąsiadki) tylko och i ach, jaki słodki. Wychodzę wtedy na wariatkę, bo to ze mną takie histerie wyprawia. W dodatku to nie koniec, bo gdy tylko zamknę drzwi mieszkania, koncert zaczyna się od nowa. Rzucanie się na podłogę, kopanie w drzwi, rzucanie butami, szarpanie mnie za nogawki…

Zanim uda mi się gościa uspokoić na tyle, by go przebrać, zmyć błoto z rąk i twarzy, nakarmić i położyć na drzemkę, mija masa czasu, a przecież dopiero jak uśnie, ja mogę coś ze sobą zrobić. Kawy się napić. Usiąść na dupie. Skorzystać z toalety. Zebrać myśli i zrobić obiad. Ogarnąć dom. Aż do chwili, gdy usłyszę kwękanie  - oho, księciunio już wyspany, z nową energią do działania (matce na nerwy)!

Druga część dnia – marudzenie przy obiedzie (bo niezbyt się chce jeść), marudzenie po obiedzie (bo bardzo chce się jeść – ciastka i czekoladę), jęczenie o bajkę (staram się mu ograniczać, inaczej oglądałby cały dzień). Jeśli idzie sam do swojego pokoju i się ładnie bawi – nie ma się co cieszyć, bo to znak, że robi kupę. Pytam go – robisz kupkę? – Nie. – Chcesz na nocnik? – Nie. A widzę, że ciśnie, purpura na twarzy i szklane oczy. Dziś udało mi się go przekupić bajką, siadł na nocniku przed telewizorem, co z tego, skoro już prawie wszystko było w pampersie, umazał tylko nocnik, siebie, dywan i skarpetki, oszczędzę Wam szczegółów, jak to się stało. I miałam za swoje, haha, siadł na nocniku? Siadł. Potem musiałam wszystko czyścić, młodego pod prysznicem wymyć, a ta cała harówa, zanim zdążyłam zjeść śniadanie…

Szlag mnie trafia, że innym to tak lekko idzie, dzieciaki wołają siku kupa zanim skończą dwa lata. A u mnie to tak opornie idzie, ręce mi opadają.

Najgorsze, że mąż mnie nie rozumie. I nie zrozumie. Czasem udaje, że rozumie, ale ja wiem, że tylko mi przytakuje dla świętego spokoju, bo wiem, że tego wszystkiego nie da się pojąć, jeśli się samemu tego nie przeżyje. Mąż nigdy nie spędził całego dnia z synkiem sam, nie miał dylematów, co zrobić, gdy dziecko wlezie w rzadką kupę ma trawniku i mazia się nią całe (to moja ostatnia „przygoda”…), nie szykował przez 2 godziny obiadku, który potem lądował wszędzie, tylko nie w buzi, nie miał na głowie cały dzień jęczącego, domagającego się uwagi non stop potwora.

Proszę męża czasami, by wrócił wcześniej z pracy (ma taką możliwość) i po prostu wyszedł z małym na dwór; weekend to za mało na takie bywanie razem, zwłaszcza że, jak na złość, gdy tylko mamy zaplanowany spacer na sobotę lub niedzielę, to leje równo noc i dzień – i wymówka robi się sama.

Nie chcę, by wyszło, że tylko narzekam. Mam z synkiem też urocze momenty, kiedy się przytula z całych sił, kiedy tak słodko pachnie po drzemce, że nic, tylko całować ciepłe ciałko, kiedy się cieszy i skacze z radości, kiedy piszczy z uciechy, kiedy układa klocki w sobie tylko znanym porządku, kiedy w zadumie przegląda moją gazetę, kiedy turlamy się po łóżku i chowamy pod kołdrą, kiedy pluska się w wannie – mnóstwo tego jest, ale nie stanowi to, niestety, sedna naszych wspólnych dni.

To co zawsze być musi, to posiłki i wychodzenie na dwór. To, co ograniczane być musi, to słodycze, telewizja i różne głupie pomysły, typu wieszanie się na firance. I tu się rodzą te największe spięcia i stresowe sytuacje. Na tyle mocne, że zaczęłam już ostatnio sprawdzać zasady rekrutacji do przedszkoli w przyszłym roku…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Wojna matek

09 wrz

Byliśmy z małym ostatnio na bilansie. W naszej przychodni wygląda to tak, że najpierw pielęgniarka zważyła go i zmierzyła (wyniki podaję w Ważnych datach) oraz próbowała zmierzyć ciśnienie (co momentalnie wywołało podkówkę na buzi i łzy w oczach), a potem pani doktor osłuchała, w paszczę zajrzała, jądra pomacała i wynik pozytywny zapisała. Mały w miarę dał się obadać, zwłaszcza wtedy, kiedy zabrał doktorce taki zmyślny centymetr z obracającym się kółkiem zwijającym całość. Z tym centymetrem dał sobie nawet zmierzyć w drugiej próbie ciśnienie, a także postanowił zabrać go ze sobą. Musieliśmy interweniować, więc ostatecznie wychodziliśmy z przychodni z krzykiem (tj. krzyczał mały), ale bez mienia lekarskiego.

Trochę mnie ten bilans rozczarował, myślałam, że inaczej będzie wyglądał, że będzie jakieś rozpoznawanie obrazków, pokazywanie części ciała etc. A tu tylko zapytano mnie, czy moim zdaniem (sic!) dziecko zezuje i czy nie zauważyłam kłopotów ze słuchem. Mały co prawda głuchnie przy napominaniu go w piaskownicy za sypanie piachem dookoła, ale to się chyba nie liczy?… Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać, ile jeszcze mam dawać witaminę D (bo oczywiście w różnych miejscach różnie podają) oraz kiedy mam zacząć rozglądać się za logopedą, co wcale mi się nie uśmiecha.

Nie wiem, jak wygląda praca logopedy z dwulatkiem, ale czarno to widzę i wolałabym uniknąć tej przyjemności. Mały mówi słów pięć: mama, tata, dzidzia, tak, nie. Reszta tego, co wydobywa się z jego buzi, to jakaś swobodna interpretacja języka polskiego, z przewagą sylab ta-da. Bardziej już z intonacji można odgadnąć, czego chce (bajki, ciasteczka, herbatniczka…) lub nie chce (iść do domu, jeść obiadu, siadać na nocniku, powtarzać za mamą „kaczka”…).

Pełno porażek w tym moim macierzyństwie, z nocnikiem nie wychodzi, smoka nie można się pozbyć, przy jedzeniu trzeba zabawiać. Czasem mi naprawdę z tym źle. Nie pomaga tu powszechna rywalizacja matek. Na urlopie udało mi się przeczytać świetną książkę „Wyznania upiornej mamuśki” Jill Smokler i oprócz tego, że zostałam pozytywnie zaskoczona (myślałam, że to jakiś wydumany amerykański poradnik), to doznałam olśnienia w kwestii rywalizacji między matkami właśnie. Że ona, ta rywalizacja, faktycznie istnieje i to ona niejednokrotnie psuje mi krew. A może nawet jest to wojna?

Wesoło zaczyna się już w ciąży, zewsząd można usłyszeć nokautujące wyznania i porady: ” ja przytyłam tylko 9 kilo, a ty?”, „wcale nie wymiotowałam”, „jadłam tylko ekologiczne produkty, przecież nie można truć dziecka”, „codziennie ćwiczyłam jogę i medytowałam”, „pijesz kawę?! w twoim stanie?!”. Dalej jest jeszcze ciekawiej, rozmowy, która ma jakiego lekarza, jakie badania zrobiła, gdzie, z kim i jak rodzi, za ile wykupiła osobistą położną potrafią wpędzić w poważną depresję przedporodową.

Po porodzie mamy dalsze szufladkowanie – na te matki doskonałe – rodzące siłami natury (chyba raczej mięśni brzucha i krocza, hmm…) i te gorsze, po cesarce; dalej: na te karmiące cyckami (i tu są też podziały, w zależności, ile to karmienie trwało, odnoszę wrażenie, że najwyżej punktowane są te karmiące 2 lata) i te wyrodne od mleka w proszku i butelek. I tak dalej, i tak dalej.

Jak pisze autorka, po porodzie należy ustalić, do jakiej grupy się pasuje: „Czy należę do mam nastawionych ekologicznie, noszących dziecię w chuście i  głoszących peany na temat pieluch tetrowych? Czy mam zadatki na mamę aktywną i zamiast leniwie spacerować z wózkiem po galerii handlowej, wolę za nim biegać (…) A może na mamę starającą się nadążać za najnowszymi trendami mody?”. Uff, zwariować można. Tyle jest do roboty z noworodkiem, a tu jeszcze trzeba się opowiedzieć za daną opcją.

Jedynym rozsądnym wyjściem w tym całym wyścigu szczurów, tj. matek, wydaje mi się głębokie skupienie na samej sobie, wsłuchanie się w swoją intuicję i machnięcie ręką na te wszystkie złote porady i uwagi, bombardujące nas na spacerze, w przychodni i u cioci na imieninach. Co słabszym jednostkom (do których się zaliczam) może być trudno. Ale po lekturze „Wyznań…” czuję się nieco pokrzepiona. Zwłaszcza, gdy przypomnę sobie reakcję autorki na po raz setny zadane jej pytanie przez obcą kobietę, czy karmi piersią. „A czy ty golisz swoja cipkę?” – odparła, na co tamta się zapowietrzyła, że nie życzy sobie osobistych pytań. Otóż to!

PS Do książki jeszcze wrócę.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Mamy i dzieci…

02 wrz

Dziś na placu zabaw błąkało się tak na oko trzyletnie dziecko. Byłam ja z małym i jeszcze jedna mama z synkiem i gdy okazało się, że ów trzylatek nie jest ani mój, ani jej, to się mocno zdziwiłyśmy. Wydobyć żadnych informacji się od niego nie dało, biegał, kręcił się na karuzeli, wołał „mama”, spychał pozostałe dzieci ze zjeżdżalni i tyle. Miałam już pomysły w głowie typu wzywanie policji, coś mnie jednak tknęło i poszłam do pobliskiej przychodni. W korytarzu stał pusty wózek, więc byłam już prawie pewna, że dzieciak jest stąd. Zapytałam jeszcze rejestratorki, czy wie coś na temat wózka, bo na placu biega samotnie dziecko. Babka zajrzała do gabinetu z pytaniem „czy to pani dziecko???”, po chwili faktycznie wyszła stamtąd pacjentka, chwyciła za wózek i poszła na plac. Mówię jej, że chłopak sam biegał i pytał o mamę, a ona na to, że musiała iść do lekarza, a lepiej, żeby był na placu zabaw niż przeszkadzał w gabinecie. Zatkało mnie z lekka. Koło placu jest droga, którą jeżdżą auta. Poza tym na placu też można sobie zrobić kuku. Nie wyobrażam sobie zostawić dziecka samego w miejscu, gdzie może sobie zrobić krzywdę! Przecież jakby chłopak wpadł pod auto, to matka odpowiadałaby w sądzie na zarzut narażenia na utratę życia lub zdrowia, mogliby jej go odebrać!

Czy ja przesadzam?

Kolejna moja koleżanka jest w ciąży. Niestety nie ta, co stara się o dziecko przez in vitro. Może się jej jeszcze uda. Natomiast ta, która w ciąży jest czasami mi się wydaje moją własną karykaturą. OK, ja jestem przeżywaczka straszna, rzadko wrzucam na luz, lubię sobie zaplanować wszystko od A do Z i raczej nie idę na żywioł. Ciążę przeżywałam bardzo, badań pilnowałam wszystkich, wyprawkę kompletowałam sumiennie. Ale Karolina mnie pobiła. Będąc w niecałym drugim miesiącu zdążyła już być u 4 lekarzy i zrobić 3 USG. Wcześniej zrobiła 4 testy, chociaż każdy pokazywał to samo. Już pyta, od kogo dostanie przewijak i kojec. Planuje też zrobić wszystkie badania, łącznie z genetycznymi, bo jakby co, to ma możliwość zrobienia aborcji. Odnośnie porodu (przypominam, że dziecko ma dopiero 2 cm!) to na pewno zażąda znieczulenia, a jeszcze lepiej, żeby zrobili cesarkę. A po szczęśliwych narodzinach też już jest ustawiona, bo babcia zaoferowała pomoc („jak dla mnie bomba, niech się zajmuje” – tak to określiła). Dodam, że ciąża ta jest owocem półtorarocznego próbowania, więc nie wyskoczyła z kapelusza i była chciana. Jednak po spotkaniu z Karoliną mam strasznie mieszane uczucia i kwadratową głowę. Bardziej planuje, jakby tu oszczędzić sobie kłopotów niż cieszy się, że będzie mamą. Pragnie tego dziecka czy nie? Zaplanowała ciążę, bo tak wypada, bo koleżanki już dzieciate? Czy po prostu lęk przed nieznanym tak miesza jej w głowie? Nie wiem. Z lekkim przerażeniem czekam na ciąg  dalszy.

 

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS