RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2013

Pierwsze dwa lata

23 lip

Przy okazji sprawy pięcioletnich bliźniąt trzymanych w odosobnieniu w telewizji wypowiadała się pani psycholog Aleksandra Piotrowska (link poniżej).  Zapytano ją o wpływ takiego traktowania na przyszły rozwój tych dzieci. Powiedziała, że jeśli do 2 roku życia były wychowywane normalnie, a izolacja nastąpiła dopiero po tym czasie, to da się jeszcze uratować ich psychikę. Jeśli jednak od początku były chowane w pokoju przed całym światem, to może mieć to nieodwracalne negatywne skutki w ich przyszłym życiu. Bardzo mi to utkwiło w pamięci – że pierwsze dwa lata są tak determinujące. Niby się o tym wie – że nieprzytulane niemowlę nie rozwija się prawidłowo, że odczuwa porzucenie i nic na to nie poradzą różne przyszywane ciocie, np. w szpitalu. Z drugiej strony czasem ma się takie myśli –  małe to takie, nic nie kuma, czy nie jest mu wszystko jedno, kto je przewija czy buja? Zaskakujące jest, że wpływają na człowieka sprawy i wydarzenia, których nie jest w stanie zapamiętać.

(
http://tvnplayer.pl/programy-online/uwaga-odcinki,351/odcinek-3639,dzieci-izolowane-od-swiata,S00E3639,20580.html
)

W każdym razie my intensywnie ostatnio spędzamy razem czas. (Na wszelki wypadek, bo synek jest jeszcze przed drugimi urodzinami… mhm…). Byliśmy np. z małym w Zoo. Ze zwierzaków największą uwagę synka przykuły pływające pod wodą kotiki, skaczące małpy oraz słoń, pewnie z uwagi na swoje gabaryty. Ponieważ mały uwielbia wszelkie kładki i drewniane mostki, a w Zoo ich nie brakuje, latał po nich w te i we wte jak szalony. Przez co nabrał takiego apetytu, że pożarł całą moją porcję pierogów (zazwyczaj odstępuję mu dwa, tym razem zostawił mi pusty talerz), po czym usnął snem sprawiedliwego. Nie zobaczył więc zbyt wiele, ale przyjdzie na to czas.

Wrocławskie Zoo wciąż się zmienia, pojawiają się nowe pawilony (np. Madagaskar), a obecnie budowane jest ogromne afrykarium. Dla mnie bomba – ma tam być spore akwarium, przynajmniej tak pokazują na wizualizacjach. W naszej części Europy trudno o takie atrakcje, byliśmy jesienią w Berlinie w tamtejszym akwarium, ale to nie to. Mnie się marzy co najmniej coś takiego, jak w Nowej Zelandii – ogromne akwaria, tunele dla ludzi między taflami szyb, wielkie ryby… (
http://www.nationalaquarium.co.nz/
).

Wracając do naszego Zoo – widać, że sporo się myśli o atrakcjach dla dzieci  - pokazy karmienia zwierząt (to też jest super dla starych…), wielki plac zabaw, a dla mniejszych dzieciaków (a raczej dla ich rodziców) udogodnienia – przewijaki, punkty podgrzewania butelek. Jak sobie przypomnę, jak to wszystko wyglądało w czasach mojego dzieciństwa… Jedna jadłodajnia, brudne płatne toalety, o umożliwieniu dzieciakom pogłaskania małej kozy czy owcy nikt wtedy nawet nie myślał. Tylko z parkingiem jest nadal wielki problem, a byliśmy w dzień powszedni i mało słoneczny. Strach pomyśleć, jak to wygląda w weekendy.

Sporo też ostatnio spacerujemy po parkach, pogoda jest tak piękna, że szkoda siedzieć w domu, a mały szybko się nudzi w jednym miejscu. W ostatni weekend zrobiliśmy minimum 5 kilometrów (synek głównie w wózku, cwaniak), łażąc po ogromnym Parku Grabiszyńskim i oglądając m.in. wiewiórki:

Ale co tam wiewióry. Największą atrakcją dla małego i tak było to, że mógł ganiać się dookoła głazu z tatą… :)

 

Natrętne skojarzenie

22 lip

Nie wiem, czy to moja, powiedzmy, specyficzna wyobraźnia, czy zbyt duża ilość lektur o tematyce oświęcimsko-żydowsko-wojennej, ale ten automat z napojami (stoi na pętli autobusowej we Wrocławiu) kojarzy mi się li i jedynie z komorą gazową/piecem do palenia zwłok…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - wrocławianka

 

Bajka o robalu

18 lip

Był sobie pewien nieduży robal,

Co to nikomu się nie podobał,

Bo obły był, bez rąk, bez nóg,

uciekał od niego, kto tylko mógł.

 

Ten biedny robal na imię miał Robek

i w małej jamce miał ładny domek.

Samotnie w nim spędzał wszystkie wieczory

i noce, i ranki, i inne dnia pory.

 

Nasz Robek marzył, by mieć przyjaciela,

by być proszonym na śluby, wesela,

nikt jednak Robka polubić nie chciał

i albo wyśmiewał, albo uciekał.

 

Wszyscy wołali: fe, co za robal!

Taki nikomu się nie podoba!

Niech lepiej siedzi w tej swojej jamie,

niech nie wyłazi, niech tam zostanie.

 

Pewnego razu, a był to wtorek,

do wielkiej dziury wpadł królik Florek

i siedział tam biedak, do wieczoru środy

bez marchwi, sałaty, kapusty i wody.

 

Szukano wszędzie dla Florka drabiny

lub jakiejś grubej długaśnej liny.

I piesek, i kotek, i myszka, i kurka

biegali, szukali chociaż pół sznurka.

 

Najgorszy zresztą był taki fakt,

że królik Florek bał się być sam.

I popiskiwał, i płakał, i skakał,

o towarzystwo tak bardzo błagał.

 

Nasz Robek o tym wszystkim usłyszał

I przypełzł tak szybko, aż sapał i dyszał.

Nie myśląc wiele, zsunął się na dół

na zabawianie, na gadu-gadu.

 

A królik Florek tak się ucieszył,

że dzielny Robek do niego pospieszył,

że kicnął i mu dał szybko buziaka,

choć przecież robal to poczwara taka.

 

Na pomoc zatem już razem czekali,

śpiewali, tańczyli i w rebusy grali,

aż w końcu, wreszcie, a to nowina!,

znalazła się dobra długa drabina.

 

I razem po szczeblach wyleźli z dziury

do kotka, do pieska, do myszki i kury.

Robkowi wszyscy tak dziękowali,

że, rety!, mało go nie zdeptali!

 

Nikt już z naszego robala się nie śmiał,

każdy podziwiał, po plecach klepał.

Wszyscy się tylko z nim bawić chcieli,

tak od soboty aż do niedzieli!

 

Nieważny jest wzrost, nieważny wygląd,

To może być pchła, wróbel lub wielbłąd.

I nawet nasz  mały robak niebożę.

Bo przyjacielem każdy być może!

 

Matko, usłysz, co mówi Orłoś…

09 lip

Jestem znudzona i zmęczona, zmęczona swoim dzieckiem. Ten stan powraca cyklicznie. Przez jakiś czas jest dobrze, spokojnie poddaję się rutynie dnia codziennego, jednak po tygodniu-dwóch takiego życia zaczynam się czuć jak więzień i pojawia się bunt. Nigdzie sama, nie wtedy kiedy chcę, nie w tej chwili, kiedy potrzebuję – bo mały musi zjeść, zrobić drzemkę, bo marudzi i płacze, trzyma kurczowo za palce aż do zsinienia, szarpie, drze i rozwala.

Co jakiś czas mam „wychodne”, ostatnio (jakiś miesiąc temu) wyszłam prawie na cały dzień, w dodatku z muzyką w uszach, to było coś! Wpadłam w euforię, mogąc sobie słuchać na cały regulator Placebo, nie martwiąc się, że nie usłyszę, jak mały coś broi. Byłam tylko ja, TYLKO JA. Czułam się lekko (jakoś tak głupio bez wózka…) i… dziwnie, jakbym skądś uciekła a wszyscy dookoła o tym wiedzieli. Euforia mija błyskawicznie, kiedy staję z powrotem w drzwiach mieszkania i widzę ten niesamowity burdel, który „zrobił się” podczas mojej nieobecności, bo przecież mąż zajmował się synkiem, jak więc miał rozładować i załadować zmywarkę, odkurzyć i powiesić pranie?? Ciekawe, jak ja to robię w takim razie??

Na co dzień jestem ja i dziecko, nierozerwalny tandem. I to jest takie męczące właśnie.  Kojarzy mi się to z urlopem z najlepszą przyjaciółką (czy tam inną bliską osobą). Miało być fajnie, wszędzie razem, zakupy, posiłki, wycieczki, plaża, wszystko w towarzystwie przyjaciółeczki. Po pięciu dniach, góra tydzień!, człowiek jest wykończony i jedyne o czym myśli, to pobyć samemu. Znacie to? A wyobraźcie sobie jeszcze, że ta ukochana przecież osoba nie potrafi formułować myśli i pragnień, często sama nie wie, czego chce i gdy tylko może, pakuje się w kłopoty. Za które wy odpowiadacie i z których zawsze musicie ją wyratować. I nie rozumie, że możecie być zmęczone, senne, zdenerwowane, z bolącym brzuchem i/lub głową oraz że chcecie obejrzeć Teleexpress i słyszeć (sic!), co mówi Orłoś!

No to sobie pomarudziłam.

PS

Obejrzałam ostatnio „Poradnik pozytywnego myślenia”. Spodziewałam się odprężającego, lekkiego,  a zarazem mądrego filmu. A to jest jakiś nudny gniot bez pomysłu na siebie, wtórny do bólu i męczący beznadziejnym scenariuszem. Skąd mu się wzięły te wszystkie nagrody??? Ech, to już lepiej „Świnkę Peppę” obejrzeć.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Raport ze stanu przyszłego dwulatka

02 lip

Coraz częściej jestem dumna z małego. Pokazuję mu różne rzeczy, tłumaczę i widzę, że coraz więcej kuma i zapamiętuje. Jeśli coś mu smakuje, potrafi to samodzielnie zjeść, wczoraj np. dałam mu na talerzu pokrojone na kawałki pierogi i sam sobie z nimi poradził, nabijając na widelec. Umie pokazać w książeczce różne zwierzaki i przedmioty, rozumie, co znaczy „przynieś”, „zostaw”, „zamknij”, „otwórz”, „daj”. Poproszony pokazuje nos, włosy, oko, ucho, brzuch, nogę, palce, siusiaka (lub miejsce, gdzie jest ukryty pod pieluchą).

Ostatnio pokochał kąpiele pod prysznicem; gdy tylko mówię wieczorem o kąpieli, natychmiast biegnie do łazienki (nawet, jeśli akurat ogląda reklamy!!!), ładuje się do kabiny (w ubraniu oczywiście i kapciach…) i czeka. Kiedyś bał się lecącej z góry wody, teraz płacze, kiedy ją zakręcam. Rozbroił mnie raz, gdy znalazł w kabinie  jakiś patyczek czy paproch, wziął go w dwa palce i z wstrętem wyrzucił za drzwi – nie będzie się przecież kąpał z jakimiś śmieciami! :)

Na nowo polubił schody (Bogu dzięki!), schodzi na podwórko za rękę 3 piętra w dół, zdarza mu się też wejść z powrotem, niestety rzadziej. Jeszcze kilka kilogramów i naprawdę nie dam rady go wnieść, już teraz brakuje mi tchu i po prostu co piętro muszę odpoczywać. Mam nadzieję, że w końcu zrozumie, że mama już więcej nie ma sił (ani ochoty) na bycie osobistym tragarzem. Gdybym była np. w ciąży, byłby kłopot…

Co jeszcze? Uczę synka podawać rękę na powitanie, przybijać piątkę i witać się żółwikiem. Zawsze sprawia wrażenie zakłopotanego, kiedy to ćwiczymy, ale daje radę. Nauka dawania buziaka niestety spełza na niczym… Ja to nadrabiam i całuję go milion razy dziennie.

Od paru tygodni mały jest fanem Świnki Peppy, raz nawet przez sen w środku nocy powiedział na cały głos PE-PA. To też sukces, bo do niedawna jedyne, na czym potrafił się skupić w telewizji, to reklamy.

Jeszcze jakiś miesiąc temu byłam przerażona, kiedy lekarka powiedziała nam, że na bilansie dwulatka będą sprawdzać, czy dziecko rozpoznaje na obrazku kaczkę czy kota. Teraz myślę, że mały pokaże o wiele więcej, pod warunkiem, że nie będzie histeryzował. Nadal niewiele mówi, w sumie prócz mama, tata, pepa i papa to nic zrozumiałego, jakieś arabskie eherekhe gehre gehre i węgierskie kszereszegresze geresze, ale uznaję to jako wprawki do polskiego.

Powolutku, powolutku nasze życie wraca do normy, tj. do stanu sprzed ery małego. Zaczynam prać jego rzeczy razem z naszymi, czyli ogłaszam koniec z proszkiem dziecięcym i niedopranymi plamami (te proszki dziecięce są beznadziejne w porządnym dopieraniu). Kilka razy jechałam w samochodzie z przodu, zerkając tylko przez ramię na małego. Co za ulga, po niemal dwóch latach siadania z tyłu! Synek stał się też bardziej elastyczny w kwestii drzemki, tzn. nie ma już wielkiej afery, jeśli ją pominiemy. Nie zrozumcie mnie źle, drzemka w dzień to błogosławieństwo i oby jak najdłużej mały ją praktykował, ale czasem coś trzeba załatwić akurat w tych drzemkowych godzinach, np. zjeść wyjątkowy obiad w restauracji :) Byliśmy ostatnio świętować naszą rocznicę ślubu (we włoskiej knajpie z włoską obsługą, pozdrowienia, Basiu! Dla Ciebie pewnie nie byłoby to nic odświętnego :)) Mały nie zamierzał przespać takiej atrakcji i trochę nam przeszkadzał, ale… dało się zjeść.

Jak dla mnie, już teraz bilans dwulatka ma zaliczony. Jak tylko jeszcze zacznie kojarzyć nocnik z siusianiem i kupką, będzie gicio. I będę wtedy dumna i z niego, i z siebie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS