RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2013

Toksyczne relacje, czyli uszczęśliwianie na siłę

26 cze

Wrócę jeszcze do Jerzego Pilcha. W jego ostatniej powieści „Wiele demonów” znalazłam smakowity opis rodziny, a głównie matki, która w robieniu z igły wideł powinna dostać Oscara i wpis w Księdze Guinessa. Znacie takie osoby? Bo ja tak. I wiem jedno, należy maksymalnie ograniczać czas przebywania z kimś takim, jeśli nie można go w ogóle uniknąć (bo osoba jest z bliskiej rodziny). Uff, zobaczcie sami:

„Odkąd ojciec sprowadził nowoczesną aparaturę do domu, krojenie po staremu zostało zabronione i uchodziło za ryzykowną bezmyślność. Odłóż ten nóż! Przecież jest krajarka! (…) I matka rzucała się do sieni, i nadludzkim wysiłkiem wpierw przesuwała, potem przenosiła rozmiarami przypominający niewielkie działo przeciwlotnicze  - sprzęt do kuchni. (…) Juliusz i pan Wzmożek spieszyli z pomocą, odganiała ich wściekle (…) – Taki mój los, taki mój los (…). Dwaj mężczyźni w domu, a ja i tak wszystko muszę – była prawie na miejscu, gdy padała pointa – robić sama (…).

- Tak Juliuszu, powiedz, na co masz ochotę, zaraz ci ukroję.

- Mam ochotę na kromkę chleba.

- Jedną? Ukroję ci dwie albo trzy. A z czym? Z czym masz na ten chlebuś ochotę?

- Z niczym. Mam ochotę na kromkę chleba.

- Wykluczone! Samego chleba nie będziesz jadł! Chcesz się zasuszyć! Chcesz, żeby ci mózg wysechł i sił zabrakło? (…)

- Poproszę w takim razie o kawałek kiełbasy.

- Bardzo dobrze… To rozumiem, zaraz ci zrobię z chlebusiem…

- Nie chcę chleba…

- i masełkiem… – rozpędzona matka nie była w stanie wyhamować przy chlebusiu. – Jak to? Samą kiełbasę? Samą kiełbasę bez chleba będziesz żarł? – z wolna podnosiła głos, młodszy definitywnie, pospiesznie i na wszystkich liniach kapitulował.

- Dobrze, poproszę kromkę z kiełbasą.

- Bez masła! Może mi powiesz – matka darła się wniebogłosy – że bez masła! (…) Wiesz, że bez masła się ślepnie? Chcesz być ślepy? Dlaczego mnie zabijasz? Dlaczego mordujesz mnie i ojca? Dlaczego nie chcesz jeść jak człowiek?”.

 

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Skrajności, czyli w Polsce wiosną nie występuje temperatura 25 stopni, mamy do wyboru 16 lub 36

19 cze

No i pięknie, najpierw nie można było z dzieckiem wyjść z domu, bo nieustannie lało i wiało, co groziło przeziębieniem jakimś, teraz – dla odmiany –  można dostać udaru lub co najmniej zasłabnąć, na termometrze od kilku dni ponad 30 stopni. I weź tu, człowieku, nie narzekaj. Wychodzę z małym, nasmarowanym pięćdziesiątką, sama też sobie nie żałuję, bo nie chcę się zesmażyć na skwarkę pilnując synka na karuzeli, tudzież łapiąc go zjeżdżającego na brzuchu ze zjeżdżalni (raz nie zdążyłam i wpadł, biedak, z otwartą buzią w hałdę piachu…).

Najlepsza zabawa w taki upał to – wg mnie – taplanie się w baseniku. Powiedzcie to mojemu synowi, please… Rok temu siedział i się taplał. W tym roku najlepszą zabawą jest noszenie wody w koneweczce z łazienki na taras i wlewanie jej tam do basenika. O zamoczeniu choćby jednej nogi nie ma mowy, nie mam zielonego pojęcia dlaczego. Przez dwa dni go namawiałam, sama wlazłam, ledwo się mieszcząc, zabawki powrzucałam te same, którymi bawi się w wanience… Kolorowy basenik wypełniony wodą w upalny dzień służy do tego, by wlewać doń wodę lub wychlapywać ręką na zewnątrz, broń Boże nie wchodzić do środka – tak uważa mój syn. Amen.

Taki z tego pożytek, że polatał bez pieluchy, goluteńki. Znalazł też sekundę, kiedy go nie pilnowałam i zsikał się w pokoju pod stołem. O żadnym wołaniu na nocnik nie było mowy…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Opole, czyli Rodowicz, Santor, Rodowicz… jeszcze trochę Rodowicz i Kozidrak – tak było 10 lat temu, tak jest teraz

17 cze

Nie dałam rady obejrzeć Opola. Nie to, że się specjalnie szykowałam na posiadówkę przed telewizorem, ale przełączyłam na trochę, bo czemu nie. Wyje jakaś nieznana twarz, a co gorsza nudne to wycie. Przełączam. Za chwilę, nadal lekko zaciekawiona, wracam na TVP1. Siostra Steczkowskiej, no, popatrzmy. Mój Boże, tekst to było coś takiego: Odejdź, nie będę płakać, odejdź, jestem silna… (czyli nowsza wersja „O mnie się nie martw, ja sobie radę dam…”), muzyka – jakieś nędzne disco. I nudne, i wtórne. Pstryk, inny kanał.

Potem mignęła mi Rodowicz. Panią Marylę cenię bardzo, świetny głos, świetne utwory, ale czy musi obskakiwać Opole co roku? Hmm, po zastanowieniu dochodzę do wniosku – musi. Wolę słuchać po raz 1568 „Niech żyje bal”, niż jakichś wydumanych i – to jest najgorsze – NUDNYCH młodych wykonawców z okropnymi tekstami okraszonymi wtórną do zrzygania muzyką.  Podobnie jest z panią Santor czy Kozidrak. I tu rodzi się w bólach pytanie: kto będzie nam umilał festiwal polskiej piosenki, kto będzie na nim śpiewał ciekawe utwory z mądrymi tekstami, gdy nam tych pań zabraknie? Na festiwalu piosenki powinny pojawiać się młode uzdolnione twarze, powinny odkrywać się wspaniałe talenty muzyczne, powinno być świeżo i intrygująco. Tymczasem ci młodzi to żenada, nic nie wnoszą nowego do historii polskiej muzyki, w związku z tym, by publika nie popełniła zbiorowego harakiri, wyciąga się dinozaury, każe się im śpiewać, to co wszyscy znają, bo ludzie lubią to, co znają i będą bujać się na boki, palić telefony w wyciągniętych dłoniach i klaskać z uciechy.

Występ pani Moro obejrzałam w necie, z ciekawości, bo słyszałam miażdżącą krytykę i co tu kryć, pani niby-German zasłużyła na cięgi. Ale nic to, na drugi dzień znów widzę tą samą panią, tym razem jako prowadzącą czy zapowiadającą. Rozumiem, że odtwórczyni głównej roli serialu musi być obecnie pokazywana wszędzie. No bo zagrała Germankę, bo taki cudny serial, bo German była taką wspaniałą piosenkarką… W związku z tym pani Moro śpiewa na festiwalu opolskim, chociaż fałszuje, no, ale zagrała Germankę, więc jest namaszczona, by wykonywać jej piosenki, potem znowu musimy ją oglądać, jakby nie było nikogo innego, w roli prowadzącej ów festiwal, jutro pewnie przedstawi prognozę pogody, a za miesiąc wygryzie panią Rozenek z jej programu o sprzątaniu. No bo zagrała Germankę, wiecie… Litości!!!

Ech… W dobie tak wielu programów dla utalentowanych śpiewaków powinniśmy mieć dobrych wykonawców na pęczki. Tymczasem machina zacina się na tekściarzach i kompozytorach. Wiele osób potrafi pięknie śpiewać i fajnie jest posłuchać coveru w nowym wykonaniu, OK, ale to nadal cover. Gdy trzeba dać coś od siebie, jakąś nową jakość, ciekawe słowa w rytmie nieprzypominającym milion innych utworów, wszystko się sypie.

NOWE POLSKIE PIOSENKI SĄ OKROPNIE NUDNE, WTÓRNE, OKLEPANE, BEZ ISKRY I BEZ DUSZY. UWAŻAM, ŻE JEŚLI NA KOLEJNY FESTIWAL NIE UDA SIĘ WYBRAĆ DZIESIĘCIU DOBRYCH NOWYCH UTWORÓW, IMPREZĘ NALEŻY ODWOŁAĆ. EWENTUALNIE ZASTĄPIĆ JĄ RECITALEM MARYLI RODOWICZ Z IRENĄ SANTOR, CO I TAK MA MIEJSCE.

Dziękuję za uwagę.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Prawdziwy czerwiec

13 cze

Coś niebywałego, jest czerwiec i od 3 dni jest tak ciepło, jak w czerwcu! Jeszcze w poniedziałek musiałam wozić małego po folią, ale już przedwczoraj i wczoraj całe popołudnie byliśmy na dworze, w – uwaga – letnich ubraniach!! Krótki rękaw! Czapka na głowie na słońce, a nie z powodu wichru lodowatego! Nadal nie mogę się otrząsnąć…

Mały ma nieco denerwująco długi okres aklimatyzacji, w niedzielę byliśmy pod Wrocławiem w miejscu o nazwie „Sielska zagroda”, z placem zabaw i zwierzętami. Pominę litościwie fakt, iż na fotografiach wyglądało to wszystko znacznie lepiej, sielsko właśnie, a w rzeczywistości… No, wiecie, rzeczywistość/pospolitość skrzeczy, jak pisał klasyk. No, dobra, ale plac zabaw był i zwierzaki (koń, kury, króliki itp.) też. Wielka atrakcja dla dziecka, czyż nie? Dla mojego tak, ale po dwóch godzinach wiszenia to na mamie, to na tacie i jęczenia, i płakania, i marudzenia… Obiadu nie zjadł, jogurcika nie chciał, pić nie, biegać nie… A co tak? Na ręce, do mamy lub taty!

Ja już wysiadam z noszeniem małego na rękach, 14 kilo to naprawdę sporo. Już myślałam, że nici z rozrywki, kiedy w końcu mały dał się namówić na jogurt, czyli wrzucił coś do pustego brzucha i się odblokował. Szalał na zjeżdżalniach (głową w dół…), oglądał zwierzaki, miło było popatrzeć. Szkoda, że tyle czasu zmarnował na biadolenie.

Kiedy przychodzimy na nasz znajomy plac zabaw, jest podobnie. Dziwnie to wygląda, dzieciaki szaleją, karuzela, piaskownica, zjeżdżalnia, a ten z wózka wyjść nie chce. Siadam, czekam cierpliwie, w końcu po dłuższej chwili pozwala odpiąć szelki, ale nadal siedzi. Po jakimś czasie schodzi i… nagle wielki banan na buzi, lata, skacze, popiskuje. Kiedyś nie był taki zdystansowany, to pojawiło się z wiekiem. Pewnie chodzi o większą świadomość, że oto nowe miejsce, jakieś dzieci, jacyś obcy panowie i panie… A dawniej po prostu nie zwracał na to uwagi.

Ciągle mam w głowie to, że powinnam już zacząć uczyć małego korzystać z nocnika. Zupełnie nie wiem, od której strony temat zacząć. Nocnik jest już dawno, mały kilka razy na nim usiadł w ubraniu, raz go próbowałam gołą pupą posadzić, to uciekł. Wydaje mi się, że to jeszcze za wcześnie, z drugiej strony wszyscy dookoła huczą, że już już. Mam puścić małego po domu bez pieluchy i czekać aż się zmoczy? I co wtedy, pokazać nocnik? Przebrać i znowu czekać, próbować trafić w moment? Normalnie, chętnie bym to komuś zleciła, mogę spisać umowę i zapłacić…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Tak zwana trzydniówka

10 cze

Chyba mamy za sobą trzydniówkę. Chyba, bo nie byłam z małym u lekarza, a objawy nie do końca książkowe. Gorączkę miał dość niską, ale nie narzekam, Broń Boże, i tak stracha mi napędził. Przez dwie noce z kolei temperatura wahała się między 37,6 a 38,2, niby nic strasznego, ale gdy się widzi swoje dziecko całe rozpalone, z oczami jakby zamglonymi to jednak taki mały strach chwyta za gardło. Nastawiałam sobie budzik co dwie godziny, żeby sprawdzać, co się dzieje, a i tak budziłam się sama  przed alarmem.

Piszę, że temperatura się wahała, ale może to ten termometr tak mierzy, zależy, jak „złapie”. Nie mam przekonania do tych bezdotykowych pomiarów, z drugiej strony to najprostszy sposób, nieraz jedyny możliwy. Mały niby z gorączką, ale walczył dzielnie, gdy zbliżałam się do jego czoła z termometrem. Nie wyobrażam sobie, jak miałabym mu zmierzyć temperaturę starym (i dobrym! bo wiarygodnym!) sposobem, czyli w tyłku… Hmm, któraś z młodych matek ma w tej kwestii jakieś doświadczenia?

W dzień mały w ogóle nie gorączkował, marudny był tylko strasznie, konsultowałam się telefonicznie z przychodnią i razem zwaliliśmy sprawę na zęby. Trzeciego dnia pojawiła się jednak wysypka, wobec czego sama zdiagnozowałam chorobę. Dziś plamko-pryszczyki powoli znikają. Wyglądałoby na to, że jedną chorobę mamy za sobą. Mam nadzieję, że jutro-pojutrze synek zacznie więcej jeść, a mniej marudzić i jęczeć, bo chwilami mam ochotę zamknąć go w szafie albo samej gdzieś zniknąć…

Boże, daj mi cierpliwość…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Co ma Jerzy Pilch do oszczędnego kupowania ubrań?

05 cze

„Państwo Holeksowie sprawili (…) młodemu kożuch, przy którym płaszcz ogólnowojskowy był jak ciasna kamizelka. Przez dobre trzy lata Tomek miał prezencję chodzącego namiotu, przez następne trzy ogromne i z każdej strony podwinięte skóry nabierały pozorów przyodziewku człowieka neandertalskiego, potem uczłowieczenie ruszyło pełną parą: przez pewien czas Tomek wyglądał niczym jego przodkowie sprzed dwu tysiącleci, potem gigantyczny skok cywilizacyjny: w za dużym kożuchu niczym się nie wyróżniamy – jesteśmy jak wszyscy. Potem zaczęły się tryumfy króla mody – przez ładnych parę lat kożuch był minimalnie luźny, później miarowy, następnie pasował jak ulał, potem rękawy stały się trochę za krótkie, ale w ramionach nadal był pewien luz, następnie rękawy stały się zdecydowanie za krótkie, ale (…) w ramionach było akurat (…). Po piętnastu latach upadków i wzlotów po piętnastu latach łażenia w tym samym okryciu Tomek Holeksa osiągnął apogeum – wyglądał jak pilot Dywizjonu 303 w brytyjskiej kurtce lotniczej.”

Powyższy cytat pochodzi z najnowszej powieści Jerzego Pilcha „Wiele demonów”. Historia kożucha rozbawiła mnie bardzo, przytaczam, by i inni się pośmiali. Prezencja chodzącego namiotu, :lol: !!

Takie podejście do ubrania w dzisiejszych czasach coraz to nowszych kolekcji mody jest nie do pomyślenia, prawda? Troszkę tylko przypomina mi to ciuchy małego, które wcześniej nosiła jego kuzynka, jeszcze wcześniej kuzyn, przed nim zaś inne dwie kuzynki. Niektóre spodenki rok temu robiły za długie, teraz nadal pasują, tylko że stały się rybaczkami. W spodniach na szelkach sukcesywnie przesuwam sprzączki do zapinania, w tych, które mają regulację typu gumka-guziczek w pasie, najpierw rozmiar był nastawiony na maksa, bo mały miał brzuch wytrawnego piwosza, teraz, kiedy się nieco wyciągnął, trochę musiałam pas zwęzić. Rękawy błyskawicznie z podwiniętych robią się za krótkie, najgorzej buty – co kilka miesięcy „ciaśnieją” i z tym nie da się nic zrobić…

Kupowanie dziecku nowych rzeczy w sklepie i to takich akurat uważam za wielkie marnotrawstwo, chyba że ubrania wędrują dalej, do innych dzieci. Przypadek kożucha to trochę ekstremum, ale… daje do myślenia, prawda?

 
 

  • RSS