RSS
 

Archiwum - Maj, 2013

Małe wielkie radości

28 maj

Nie chcę zapeszać, ale od kilku dni jest mi fajnie z moim synkiem. Cały weekend spędziliśmy u rodziny w domu z ogródkiem, gdzie mały był przeszczęśliwy. Bawił się z innymi dzieciakami, latał po dworze niemal tyle, ile chciał, wsuwał najwymyślniejsze potrawy (moja bratowa jest mistrzynią kuchni) i zachowywał się jak wzorcowe dziecko. Kupił całą rodzinę. Słyszałam tylko – on, jak on pięknie je! jak się ładnie bawi! jak się uśmiecha! jak lata po trawniku! o, znowu je!

Muszę tu wyjaśnić, że mój synek jest piątym dzieckiem z kolei w rodzinie, a pierwszym, które je. Ma oczywiście swoje wzloty i upadki, nad którymi łamię ręce, ale na rodzinnych spędach zawsze wsuwa więcej niż w domu, dlatego cała rodzina wręcz pieje z zachwytu. Nie ma wybrzydzania, wypluwania, rzucania jedzeniem, grzebania widelcem w potrawie przez godzinę bez efektu, jak to się dzieje u pozostałych dzieciaków.

Bardzo dużo mi ten weekend dał, odpoczęłam psychicznie przede wszystkim, wyrwałam się z jakiegoś zaklętego koła jęków, stęków i wrzasków. Mały też się jakoś odblokował. Wczoraj byłam z nim na podwórku i pierwszy raz sam zjechał ze ślizgawki (do tej pory, jak go wkładałam, to zazwyczaj wycofywał się rakiem albo zjeżdżał tylko od połowy) oraz również po raz pierwszy wyraził chęć huśtania się na tej huśtawce-wadze. Wcześniej tylko sobie rączką nią ruszał, nie chciał siąść okrakiem, a wczoraj – usiadł i heja, musiałam wykonać jakieś sto przysiadów w sumie… Na zdrowie mi wyjdzie :) Cieszył się bardzo i z tej ślizgawki, i z huśtania, jak to się mówi – cieszył się jak dziecko. Jak to napisała kiedyś Basia na swoim blogu, można pozazdrościć tej dziecięcej radości i umiejętności zachwytu nad byle czym. Dla dorosłego to nic, a dla dzieciaka wielka radość i przeżycie.

Pękam z dumy i cieszę się radością małego. Oby tak dalej.

PS

Nie pamiętam takiego maja, w weekend nie udał się nam grill przez ten ziąb, dziś pada i jakieś nędzne 13 stopni na termometrze, ludzie, tyle się czeka na wiosnę, a tu co? Tak jakby nadal był marzec, trzeci miesiąc mamy marzec!!! Musiałam na nowo wyciągnąć z dna szafy małemu ciepłą kurtkę i rajtuzy. Coś okropnego.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nieustanna walka, czyli moje dziecko to wrzeszczący potwór zamieniający matkę we wrak człowieka

22 maj

Nie mam sił ani czasu, by zrobić porządny wpis. I jestem załamana. Sfrustrowana. Wściekła i bliska płaczu. Wypompowana psychicznie i zmęczona fizycznie.

Poprzednie histerie małego to był pikuś. Teraz dopiero się zaczęło być ciekawie… Od paru dni walczę z moim dzieckiem o wszystko. O to, by zjadł, a wcześniej usiadł w krzesełku, o to, by mu zmienić pieluchę, potem jest szarpanina z ubieraniem na dwór, następnie są wrzaski i kopanina przy wychodzeniu z domu, potem kotłujemy się przy wózku. Jeśli jakimś cudem uda się nam dotrzeć na plac zabaw, jest chwila normalności i mój syn zachowuje się po prostu jak dziecko; nawet obsypywanie się piaskiem czy ucieczki z placu jestem w stanie spokojnie znieść.

Zawsze jednak jest ten moment, gdy trzeba wrócić do domu albo zrobić zakupy. Kolejna walka przy wózku – żeby wsiadł. Poziom mojego stresu rośnie gwałtownie, bo wiem, co będzie dalej. Najlepsze zaczyna się na klatce, wrzask taki, że od razu boli mnie głowa, młody wije się, wierzga, kopie, nie chce stać, nie chce na ręce, nie chce iść, k…wa, nijak nie mogę sobie z nim poradzić. Muszę go wnieść na trzecie piętro, w tym czasie robi wszystko, by wyrwać mi się z rąk.

Po powrocie do domu jest wściekły i drze się nawet i godzinę. Jest to tak głośne i wkurzające, że zaczęłam stosować stopery do uszu. Wszędzie radzą, by przeczekać taki cyrk i nie zwracać uwagi. Trudno jednak olać pękające bębenki w uszach. Nie dociera do niego nic: ani że jest spragniony (dwie godziny w słońcu bez picia, bo nie), ani głodny, ani brudny (mycie rąk to czysty wrestling). Ja jestem wykończona psychicznie własnym nieradzeniem sobie z synem plus czuję normalne zmęczenie fizyczne – bo długi spacer był, bo zakupy, bo nosiłam gościa tu i tam i wniosłam na trzecie piętro. Muszę do toalety, chce mi się pić i jeść, marzę o kawie, ale jak mam to wszystko zrobić, kiedy ten rzuca się po meblach??? Przytulam, uspokajam, tłumaczę, a w środku chce mi się wyć. I też kopać, bić i wrzeszczeć.

Sytuacji na pewno nie ułatwia fakt, że próbuję wyeliminować smoczek. Ze smokiem mały był bardziej skory do współpracy, jednak boję się, że pokrzywi sobie zęby, zresztą strasznie się z nim ślini i postanowiłam sobie, że w drugi rok życia synek wejdzie z pustą buzią. Powiedzmy, że wrzaski dzienne mogę jakoś znieść, chociaż zauważyłam, że trzęsą mi się ręce jak alkoholikowi jakiemuś (widocznie nawet, gdy mam pokerową twarz, nerwy muszą się jakoś pokazać), gorzej z nocą. Młody nie uśnie bez smoczka w gębie, zresztą jakie: uśnie, nawet nie przyłoży głowy do poduszki. Zabieramy mu smoka, jak już śpi, ale po jakiejś godzinie budzi się z głośnym ciamkaniem i po chwili daje koncert a’la Vader. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie, że kiedyś nie będzie chciał smoczka i strasznie mnie to frustruje.

Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, było pięknie. Synek, gdy tylko widział, że się zbieram do wyjścia, sam leciał do drzwi, chwytał swoje buciki, potem wybiegał na klatkę, schodził grzecznie za rączkę po schodach. Widać było, jaką przyjemność mu to sprawiało i po prostu cieszył się, że wychodzimy na spacer. Cieszyłam się razem z nim. Zdarzało mu się nawet wracać w spokoju i samodzielnie, schodek po schodku. Teraz jest problem z ubieraniem, z wychodzeniem, z wchodzeniem, z jedzeniem, z kąpaniem, ze wszystkim!!! Chodzę z wielką kulą nerwów w gardle, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Doszło do tego, że chciałabym, żeby padało przez tydzień, byle tylko mieć wymówkę i nie wychodzić z młodym z domu.

A odnośnie jedzenia – od czterech dni mały nie je obiadów, ot tak. Dostaje histerii, gdy tylko stawiam przed nim talerz i wszystko jedno, czy są to jego ukochane niegdyś racuszki z ricottą, rosołek z makaronem czy kotlecik. Z kolacją nie jest lepiej, dziś np. poszedł spać bez. Luzik – rano niemal na siłę zjadł trochę kaszki, potem z łaską Danonka i banana i to by było na tyle. Kur…ca mnie bierze, gdy to wszystko widzę.

To tyle na dziś z pola walki. Jak tak mają wyglądać słodkie chwile z dzieckiem w wieku przedszkolnym, to czarno widzę swoją kondycję psychofizyczną.

PS

Mąż znalazł taki linka, przez chwilę po przeczytaniu było mi lżej.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Skarpetkom mówimy NIE!

12 maj

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Być jak mama i tata

07 maj

Mały ostatnio chętnie je, co jest miodem na moje serce. Stawiamy przed nim talerz (my, bo tata w wolne dni wyręcza mamę, a w pracujące zajmuje się kolacją), a on chwyta za widelczyk/łyżkę i heja, pakuje do buzi. Muszę go oczywiście wcześniej do tego przygotować, czyli zawiesić gigantyczny foliowy śliniak na szyi i odchylić w nim kieszonkę, żeby łapała kawałki spadającego jedzenia tudzież lejącą się zupkę. Trochę mu pomagamy nadziewać na widelec czy nabierać łyżką, generalnie jednak syn nam samodzielnieje, a my pękamy z dumy.

Wyobraźcie sobie, co się działo ostatnio na zjeździe rodzinnym, gdzie była też moja siostra z dwójką swoich niejadków! Co to rzodkiewki nie, szczypiorku nie, serek wiejski tak, ale już w sumie nie, raczej ser żółty, nie, nie chcę już kanapek z serem, chcę pić, nie chcę pić itp., itd. Mój mały siadł do stołu, chwycił widelec i tylko mu jedzenie podsuwać, a on dziab widelcem i do buzi. A że to imieniny były, potrawy były niecodzienne: klopsy, zapiekany makaron, sałatki, bakłażany. Synkowi smakowało wszystko. Ochom i achom nie było końca. I oby mu tak zostało.

Ostatnio jego ulubioną potrawą jest, niestety, parówka. Kupuję co prawda takie w cenie kiełbasy, ale parówa to parówa, ja od lat nie jem i nie tęsknię. No, ale młody wcina pięknie, raz na jakiś czas dostaje więc na kolację i najeść się nie może. Posmakowała mu też sałatka jarzynowa, nie do końca przeznaczona dla niego. Grubo pokrojona, z cebulą, majonezem i musztardą, byłam przekonana, że będzie pluł. A on niemal wyrwał widelec tacie. Powtórzę – miód na moje serce.

Ale ja o czym innym miałam. Otóż, mały nas naśladuje po prostu perfekcyjnie. Niesamowite, jak taki szkrab, co to mówić nie umie i boi się odkurzacza, potrafi podejrzeć gesty dorosłych i skopiować idealnie. Siądzie taki na skórzanej kanapie, rozwali się wręcz, chwyci pilota i wyciąga z nim rączkę w stronę telewizora… (to tata). Albo chwyci chusteczkę higieniczną, przytknie do nosa i trąbi z całych sił (to mama). Uwielbia też przykładać sobie do głowy moją szczotkę do włosów (że niby się czesze), doskonale wie, że telefon przytyka się do ucha, a kiedy raz, dawno temu, nazwałam plastikowy kubek czapeczką, co jakiś czas nakłada go sobie na głowę. Potrafi dłuższą chwilę przeglądać „Politykę”, domaga się też czasem gazety lub książeczki przy jedzeniu, przekłada kartki i przeżuwa. Musiał to u mnie podpatrzeć, skubaniec, bo uwielbiam czytać przy posiłkach.

Niestety, z mówieniem nadal krucho, wszystko jest tada lub tede, ale słowa rozumie. Przynosi zazwyczaj to, o co poproszę lub o czym jest tylko mowa. Zawsze sobie wtedy uświadamiam, że jednak tam w tej główce się kotłuje i mózgownica pracuje. Kojarzy takie małe kolorowe coś ze słowem pajacyk, to duże na kółkach z autkiem, okrągłe z piłką. Ciągle jednak czekam na przekaz werbalny, na dialog, bo obecnie dyskusja nie wchodzi w grę, co mocno komplikuje relacje.

Po wielu dniach listopadowej pogody w końcu zrobiło się coś na kształt wiosny. Poszliśmy więc wczoraj na podwórko. No i oczywiście nie obyło się bez nerwów. Wściekłam się na dziewuszkę w piaskownicy. Dookoła było mnóstwo zabawek, ale ona uparła się, że chce kopać swoją łopatką, a akurat mały grzebał nią w piachu. Bez ceregieli wyrwała mu ją z rączki i podwórko zatrzęsło się od ryku. Nie chciał żadnej z czterech proponowanych mu innych łopatek i zanosił się płaczem przez jakiś kwadrans. Uspokajając go na rękach miałam ochotę kopnąć to dziewuszysko.

Wiele pewnie jeszcze takich lekcji cierpliwość i taktu przede mną, bo dzieciary na podwórku zachowują się okropnie, a najgorsze jest to, że rodzice nie reagują. Wczoraj jeden chłopczyk przeżuwał znaleziony niedopałek. Musiałam interweniować, bo mamunia siedziała na ławce hen daleko i nawet nie patrzyła, co się dzieje. Wiem, że muszę uspołeczniać synka i pokazywać mu, jak współpracuje się w grupie, więc prowadzam go na plac zabaw, czasami jednak cisną mi się na usta przeróżne komentarze, a i ręka zaświerzbi. Powtarzam sobie, że to tylko dzieci i ich normalne zachowania i że pewnie mojemu małemu też wiele razy zdarzy się zabrać komuś zabawkę, jednak kosztuje mnie to trochę nerwów, bo nigdy wielbicielką dzieciaczków nie byłam. Zaciskam zęby i czekam na rozwój wypadków. Kolejne doniesienia z podwórka wkrótce…

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS