RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2013

Odczepcie się od szczepień

30 kwi

Za każdym razem, kiedy słyszę, że szczepionki szkodzą i powodują autyzm, a tak w ogóle to po co truć dziecko i lepiej nie szczepić, wołam o pomstę do nieba i pytam: czy my żyjemy w średniowieczu? W tzw. wiekach ciemnoty i zabobonu? Czy też może mamy XXI wiek, usuwamy blizny laserem, na zapalenie płuc stosujemy antybiotyki, badamy się tomografem, sprawdzamy rozwój płodu przez USG oraz – uwaga – szczepimy się na te choroby, na które, dzięki Bogu i naukowcom – wynaleziono szczepionki.

Może trochę faktów:

„W 1980 r. zniknęła czarna ospa, zbierająca wcześniej obfite śmiertelne żniwo. Z kolei szczepionka na polio wyeliminowała tę chorobę w Ameryce i Europie, co spowodowało, że kilkadziesiąt tysięcy dzieci nie staje się każdego roku kalekami.

A jednak od lat 90. XX w. niechęć do szczepionek systematycznie rośnie. W 2010 r. Kalifornia odnotowała 5,2 tys. przypadków krztuśca (ostrej choroby zakaźnej wywoływanej przez bakterie), najwięcej od ponad pół wieku. W tym roku nastąpił zaś 13-krotny wzrost, w porównaniu z 2011 r., liczby przypadków tej choroby w stanie Waszyngton. Prof. Steven Salzberg z Johns Hopkins University, wybitny specjalista od chorób zakaźnych, tak komentuje te dane na swoim blogu: „z powodu antyszczepionkowej histerii Stany Zjednoczone znajdują się w środku największej epidemii krztuśca od 70 lat”. W innych rejonach Ameryki wybuchają z kolei lokalne epidemie odry. Podobnie dzieje się w Wielkiej Brytanii. A wszystko to spowodowane jest wzrostem liczby osób odmawiających szczepienia dzieci na te choroby.”

I trochę historii genezy antyszczepionkowej propagandy:

„26 lutego 1998 r. dr Wakefield (chirurg specjalizujący się w chorobach układu pokarmowego – przyp. mój) wystąpił na konferencji prasowej [...], podczas której poinformował dziennikarzy, że istnieje „uzasadnione podejrzenie” związku między potrójną dziecięcą szczepionką MMR (przeciw odrze, śwince i różyczce) a autyzmem. Dwa dni później prestiżowe czasopismo medyczne „The Lancet” opublikowało artykuł na ten temat, którego głównym autorem był ów brytyjski chirurg. Dowodził, że przewlekłe zapalenie jelita grubego u dzieci jest związane z autyzmem. A obydwie choroby miałby wywoływać wirus odry. Przy czym dostawałby się on do organizmu w trójskładnikowej szczepionce MMR.

Choć większość specjalistów od początku bardzo sceptycznie podchodziła do tej publikacji, opartej jedynie na analizie 12 przypadków chorych dzieci, dopiero w 2004 r. prawda wyszła na jaw. Teoria brytyjskiego chirurga oraz mające udowadniać ją badania okazały się zwykłym oszustwem (wszystkie podkreślenia moje). Zostało ono wykryte w wyniku jednego z najdłuższych śledztw w historii dziennikarstwa, przeprowadzonego przez znanego w Anglii reportera Briana Deera z „Sunday Times”. Za jego sprawą Brytyjska Komisja Medyczna wszczęła dochodzenie. Potwierdziło ono, że Wakefield fałszował wyniki, m.in. licząc na zarobek. Dogadał się bowiem z firmami mającymi produkować zestawy diagnostyczne do wykrywania rzekomego schorzenia jelit wywoływanego przez wirusa oraz alternatywne wobec MMR szczepionki.

W 2010 r. „The Lancet” wycofał publikację Wakefielda sprzed 12 lat. Natomiast Brytyjska Komisji Medyczna w maju 2010 r. uznała chirurga za winnego nieuczciwości, nieetycznego postępowania i poddawania dzieci nieuzasadnionym, inwazyjnym badaniom klinicznym. Dlatego został on usunięty z rejestru lekarzy.”

Mimo tych niezaprzeczalnych faktów, nadal słyszę wśród rodziców małych dzieci, że boją się je szczepić, bo to może spowodować autyzm, bo gdzieś coś o tym słyszeli, a że słyszeli niedokładnie, na wszelki wypadek boją się wszystkich szczepionek, nie tylko oskarżonej o najgorsze MMR. Czyli idą o krok dalej niż twórca całej tej pseudoteorii.

Drugi winny szczepionkowej histerii to tiomersal (w USA występujący pod nazwą thimerosal), czyli substancja konserwująca zawierająca rtęć (a dokładnie jej organiczny związek zwany etylortęcią). Obecnie wycofany ze szczepionek, również w Polsce. Nie ma dowodu, że był to rzeczywiście niebezpieczny konserwant, jednak znowu: „…nieliczni naukowcy zaczęli głosić teorie o związku szczepień z autyzmem. W USA był to duet lekarzy Mark i David Geier, ojciec i syn, niezatrudnieni w żadnej instytucji naukowej, za to posiadający bardzo kiepsko wyposażone własne laboratorium, mieszczące się w piwnicy ich domu.

Tezy Geierów trafiły na bardzo podatny grunt w postaci prężnych amerykańskich stowarzyszeń rodziców dzieci chorych na autyzm. Dla nich wskazanie przyczyny choroby, a więc również winnego, było niezwykle ważne z psychologicznego punktu widzenia.”

Bardzo współczuję rodzicom dzieci chorych na autyzm, samym dzieciom również, rozumiem też, że trudniej zaakceptować chorobę „znikąd” od takiej, która ma konkretne przyczyny. Nie akceptuję jednak nagonki na szczepienia, uważam, że jest niebezpieczna, bo skłania niezdecydowanych do unikania szczepionek, a konkretniej – do narażenia własnych dzieci na ryzyko zachorowania na groźne choroby. A to wszystko w imię ich dobra… Nie wspomnę już o „wskrzeszaniu z martwych” chorób, o których dawno już wszyscy zapomnieli, lekarze też, dlatego często maja kłopot z rozpoznaniem, gdy już trafi im się taki „prehistoryczny” przypadek.

W artykule, który tu cytuję (Zastrzyk strachu Marcina Rotkiewicza z Polityki z 31.07.12) opisana jest Jenny McCarthy, była modelka, prezenterka, aktorka i matka autystycznego chłopca. „Kilka lat temu zaczęła prowadzić w USA szeroko zakrojoną kampanię przeciw szczepieniom [...]. Od tamtego czasu gorąco propaguje tezy Geierów oraz Wakefielda (napisała nawet przedmowę do jego książki) oraz niebezpieczne „alternatywne metody” leczenia autyzmu.

W 2007 r. wydała własne dzieło „Louder Than Words: A Mother’s Journey in Healing Autism”. W trakcie promocji tej książki była zapraszana do najpopularniejszych telewizyjnych talk-shows w Ameryce. Gdy gościła u słynnej Ophry Winfrey [...], w pewnym momencie padło pytanie, skąd czerpie specjalistyczną wiedzę na temat zgubnego wpływu szczepionek. McCarthy bez mrugnięcia okiem odpowiedziała: „Swój tytuł zdobyłam na uniwersytecie Google” (czyli posiadam wiedzę wyłącznie z Internetu), a poza tym „kieruję się instynktem matki”.

Gratuluję…

Osobiście większe zaufanie mam do nieco lepiej wykształconych osób, dlatego gorąco polecam blog pani Ewy Krawczyk – dr nauk medycznych i specjalistki w dziedzinie mikrobiologii lekarskiej. Pani doktor jest absolwentką Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, a od ponad 7 lat pracuje na Georgetown University w Waszyngtonie.  W Polityce z 13.03.12 ukazała się rozmowa z nią, dotycząca wprawdzie leczenia raka (Wyhodować pacjenta), ale zahaczająca również o temat szczepionek:

Zajmuje się też pani popularyzowaniem nauki – m.in. prowadzi po polsku blog 
http://sporothrix.wordpress.com
. A w nim sporo energii poświęca histerii wokół szczepionek. Dlaczego akurat ten temat wydał się pani tak istotny?

Niestety, wielu ludzi daje posłuch szarlatanom twierdzącym, że szczepionki przed niczym nie chronią i że są szkodliwe. Nie jest to zjawisko nowe, ale przybiera na sile. Efektem tego jest wzrost liczby przypadków chorób, które dzięki szczepionkom były już bardzo rzadkie. Histeria wokół szczepionek stanowi zatem zagrożenie dla nas wszystkich. Popularyzowanie nauki jest w tym wypadku dawaniem oręża do walki z pseudonauką – oręża, którego czasem może brakować niespecjalistom. Uważam więc, że warto to robić, i chciałabym mieć na to trochę więcej czasu.”

Nic dodać, nic ująć.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Histeria

25 kwi

No i proszę, wywołałam wilka z lasu. Ledwie napisałam, że jest OK, a tu wczoraj mały zrobił mi taką aferę, że przez całe popołudnie nie mogłam się uspokoić. Tak, ja, bo niestety może i umiem zachować kamienną twarz przed ludźmi, że oto dziecko się drze i wije na chodniku, ale ja, rozsądna matka, spokojnie czekam na zakończenie teatrzyku, w środku jednak gotuję się maksymalnie, ciśnienie mam przedzawałowe, a potem szum w uszach nie pozwala mi się na niczym skupić.

Histeryczna reakcja małego pojawiła się oczywiście w odpowiedzi na zakaz. Otóż mamy na osiedlu kawiarnię z miejscem zabaw dla dzieci i mały wiecznie mnie tam ciągnie, chociaż o tej porze roku wszystkie dzieci są na placu zabaw (z którego zresztą mały mi prysnął), do zabawy na wykładzinie trzeba zdjąć buty, no i mama musi coś zamówić. Dwa razy już tam siedziałam, z tym że za drugim razem w chwili, gdy stawiałam zamówioną kawę na stoliku mały jednak postanowił zarządzić odwrót i wybiegł mi w skarpetkach na zewnątrz. W efekcie musiałam synka zabawiać, w pośpiechu pić kawę, by wyjść z miejsca, do którego mnie na siłę zaciągnął.

Wczoraj nie pozwoliłam mu tam wejść. Efekt? Ryk na całą dzielnicę, smarki do pasa, bicie, kopanie, wyrywanie się, wściekłe rzucanie wszystkim, co mu dałam do ręki itp. itd. i tak przez GODZINĘ!!! Zabrałam go do domu, wył całą drogę, rzucał się w wózku tak, że myślałam, że go rozwali, potem na 3. piętro musiałam księciunia wnieść i siłować się z nim, żeby mi się nie wyrwał, następnie w domu był jeden wielki ryk, spazmy, niełapanie powietrza, zachrypnięcie od wrzasku, tzw. zanoszenie się płaczem, k…, myślałam już, że to jakiś atak. Nic nie pomagało, a jeśli już, to na minutę, po czym wszystko zaczynało się od nowa. Naprawdę myślałam, że oszaleję.

K…, nie wiem, co robić. W poradnikach radzą z dzieckiem rozmawiać, tłumaczyć etc. Jak mam to zrobić, kiedy dzieciak rycząc jest w innym świecie, nic do niego nie dociera, pomijając już, że mnie nie rozumie, tj. nie rozumie znaczenia słów.

Z tego, co obserwuję, dzieci w jego wieku siedzą w piaskownicy z łopatką, a ich mamy plotkują na ławce. Mój nie usiedzi na miejscu dłużej niż kwadrans, zaraz gdzieś mnie ciągnie, no i urządza te swoje histerie o byle g… Na poważnie zaczęłam się zastanawiać, co jest z nim nie tak?? Albo to ja aż tak się nie nadaję na matkę?

Jestem zła, że nie umiem zapanować nad synem i nad sobą. I żałuję, że dziś nie pada deszcz, bo w ładną pogodę wypada wyjść na dwór…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Ptak Nakręcacz kręci

24 kwi

Nie chcę w złym momencie powiedzieć, ale Ptak Nakręcacz łagodnie ostatnio kręci i naciąga tę swoją tajemniczą sprężynkę. Jest dobrze, jest spokojnie. Oczywiście użeram się z małym codziennie, ze wszystkich sił powstrzymuję się, by nie zaserwować mu klapsa podczas jego licznych histerycznych wystąpień, kiedy to drze się NIE WIADOMO DLACZEGO, PO CO I W JAKIM CELU. Zazwyczaj, kiedy coś odwróci jego uwagę (np. reklamy w TV), natychmiast się uspokaja i zachowuje się, jakby nic się nie stało i wcale przez ostatni kwadrans nie usmarkiwał się po szyję zatracony w swym żalu i rozpaczy. Wczoraj przekroczył granice, bo ze wściekłości zaczął mnie bić na oślep rękami po twarzy. Moim zdaniem to już gruba przesada, ale co mam z tym zrobić? Dostał reprymendę groźnym głosem, co z tego zrozumiał i zapamiętał, nie wiem, chyba niewiele, bo dziś znowu oberwałam, kiedy poważyłam się małemu królowi przeszkodzić w turlaniu się w kapciach po pościeli.

Generalnie jednak jest OK, pewnie przez tę pogodę. W końcu można obyć się bez rajtuz, grubych kurtek i czapek, co niesamowicie ułatwia sprawę. Wychodzimy codziennie na dwór, wczoraj mały nawet trochę posiedział w piaskownicy i odkrywał uroki robienia babek. Łudzę się, że kiedy w końcu złapiemy kontakt słowny, to   będę mu mogła więcej tłumaczyć, a i on przedstawi mi swoje argumenty. Teraz to jak rozmowa z obcokrajowcem, niezbyt zresztą zainteresowanym tym, co mam mu do przekazania.

Aha, z newsów – mały połamał łóżeczko. Tzn. stelaż, na którym leży materac. Tak skakał, że wyskakał. Usłyszałam trzask i oczywiście pomyślałam, że leży już na podłodze z całą boczną ścianką, ale nie – on się zapadł do środka. Nie wiem, co jeszcze wystroi z tym łóżeczkiem, przestał się z niego wychylać, to zaczął skakać i o, proszę. Dobrze, że mój tato coś na to zaradzi po stolarsku, na razie jednak w ruch poszła taśma klejąca, pufka i moje dwie deski do krojenia, jako podtrzymanie od dołu. Fajnie, co?

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Syndrom rozciętej bułki

18 kwi

Mój tato opowiedział mi, jak kiedyś, dzieckiem będąc, chciał dostać rozciętą bułkę, ale rozciętą nie do końca. Taką bułkę z „zawiasem”. Nie umiał tego pragnienia zwerbalizować i jego mama, niestety, przecinała buły do końca. Wyglądało to tak – Zygmuś, chcesz bułeczkę? Tak! No to mama zaczyna przecinać, mały się cieszy, po czym nóż rozcina bułkę do końca i mały w bek. I tak z kilkoma bułkami. Tato nie pamięta, jak ostatecznie zakończyła się ta historia, pewnie dostał w tyłek, na pewno nie dostał bułki. Mała-wielka dziecięca tragedia.

Bardzo często przypomina mi się ostatnio ta opowieść, bo mój mały włada tylko jednym językiem, niestety nie zawierającym polskich słów, więc komunikacja nasza mocno szwankuje. Ni cholery się nie rozumiemy, co rodzi masę płaczu i histerii, co z kolei mnie wyprowadza z równowagi.

Dopóki trwała zima i zimo-wiosna, spacerowaliśmy po osiedlu, bo plac zabaw był błotnisty, a wszystkie huśtawki i ślizgawki mokre. Niech no tylko zrobi się ciepło – myślałam sobie – mały będzie biegał po placu z dzieciakami, a ja na ławeczce poczytam gazetkę, zerkając jedynie od czasu do czasu, czy przypadkiem nie ma bitwy o łopatkę. Otóż proszę bardzo, zrobiło się niemal upalnie, zakupiłam akcesoria do piaskownicy i dalejże małego prowadzić między dzieci. Pierwszego dnia jeszcze łopatką wymachiwał i grabkami grabił. Głównie jednak przyglądał się innym i chyba stwierdził, że babki z piasku to nuda, bo kolejnego razu po dziesięciu minutach po prostu zwiał mi za ogrodzenie placu. Kilka razy go przyprowadzałam, kusiłam zjeżdżalnią i huśtawkami, ale gdzie tam. Ryk, tryskające łzy i usmarkany nos na czerwonej buzi były czytelnym sygnałem, że pora się zbierać. Za ogrodzeniem mały odzyskał dobry humor i wigor, a kiedy dostał jeszcze do prowadzenia swoją kosiarkę, to już w ogóle było super.

Zrobiliśmy z tą kosiarą spory kawał (sprawdzałam na mapie, co najmniej 2 km), ja jedną ręką pchałam wózek obwieszony torbami – w jednej wiaderko z gadżetami do piaskownicy, w drugiej piłka, w trzeciej moje rzeczy (gazetka do czytania!!!), drugą prowadziłam małego. Tzn. trzymałam smycz, na końcu której są szelki, a w nich mój synek. Łatwo sobie wyobrazić, co działo się, kiedy pchałam wózek w jedną stronę, a mały ciągnął w drugą, najczęściej prosto pod nadjeżdżające auto… Cyrk na kółkach.

Odnośnie tych szeleczek – to bardzo praktyczna rzecz, ale wszyscy mi się podejrzliwie przyglądają, kiedy prowadzę w niej małego. Tylko raz widziałam dzieciaka w takiej uprzęży i było to za granicą. Może polskie matki się wstydzą, bo to kojarzy się z prowadzeniem psa? Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Nie mam zamiaru dostać nerwicy i urazu szyi równocześnie, rozglądając się co chwila, czy nadjeżdża jakieś auto i czy mały nagle nie odbiegnie ode mnie, zwłaszcza że jedna rękę mam zajętą manewrowaniem wózka. A wózek na tych naszych kilometrowych spacerkach mieć muszę, chociaż niewygodnie mi tak iść bardzo. Kłopot w tym, że synek, kiedy obierze sobie już kierunek wycieczki, nie zmienia go, skręcanie albo, nie daj Boże, zawracanie nie wchodzi w grę. Próby nakłonienia go, by może po 40 minutach marszu zaczął nawracać w kierunku domu kończą się histerią i rykiem okraszonym tymi wszystkimi wydzielinami (łzy, smarki, ślina…). Kiedy kilka razy musiałam go wlec za rękę ryzykując wezwanie przez co wrażliwszych przechodniów policji do matki-potwora i gdy kilka razy musiałam nieść te 13 kilo wyrywające się i kopiące mnie zabłoconymi butami, nie ruszam się już nigdzie bez wózka. W sytuacjach krytycznych ładuję doń gościa i dziękuję producentowi za mocne szelki.

Nie chcę mieć rozpieszczonego dziecka. Boję się mieć takiego tyranka w domu, a jak na razie wszystko wskazuje na to, że mój synek do uległych nie należy. Łudzę się, że gdy zaczniemy się porozumiewać, będzie trochę łatwiej, bo na razie moje argumenty w stylu – wracajmy do domu, bo już późno i czeka nas długa droga powrotna – zupełnie do synka nie trafiają. Najwyżej mi odpowie – Tadadadana tadana!! I rób co chcesz, matko-Polko.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rewolucja w szafie i obyczajowa

11 kwi

Uroczyście ogłaszam, że dziś pierwszy raz położyłam małego spać na dworze nie w zimowym kombinezonie!! Mało tego, rewolucja zatacza coraz szersze kręgi: od dwóch dni nie noszę czapki (którą pierwszy raz wcisnęłam na łeb 7 (słownie: SIEDEM) miesięcy temu. A wczoraj na spacerze zgrzałam się w kurtce puchowej!! To już chyba koniec tej pie… zimy.

A propos „pie…”. Niedługo dojdą nam, rodzicom małego, kolejne ograniczenia. Zaczęło się od ograniczeń snu (bo nie chce spać, chce jeść/bawić się/ryczeć), seksu (bo się zbudzi albo już nie śpi i zerka), wychodnego (bo… wiadomo, 1000 razy „bo”, jest mnóstwo powodów niewychodzenia z dzieckiem do kina, restauracji, pubu, znajomych etc.), długich podróży (bo jęczy, stęka, marudzi, ryczy, chce jeść, chce pić, chce kupę, robi kupę itp.), nocnych Polaków rozmów (bo rano trzeba wstać, ZAWSZE, w sobotę i niedzielę też) i kilku jeszcze innych czynności i spraw. Do tej listy niedługo dojdzie ograniczenie słownictwa:

- w moim przypadku wszelkich przejawów złości, wkurzenia i zniecierpliwienia;

- w przypadku mężydła wszelkich erotycznych skojarzeń, komentarzy i powiedzonek.

Powiem szczerze, nie będzie łatwo. Jak mi zupa wykipi na świeżo wymytą kuchenkę, pierwszym stwierdzeniem, które mi przyjdzie do głowy, nie będzie ‚motyla noga’. Mąż też chyba mocno się natrudzi, by nie skomentować tego i owego… Efekty naszych starań powinny być takie, bym bez strachu o zapadnięcie się pod ziemię mogła pójść na plac zabaw :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bałwan??!

03 kwi

Ta zima mnie wykończy, ten wredny wiatr zawiewający non stop padającym śniegiem doprowadza mnie do rozpaczy. ILEŻ MOŻNA??? Na Wielkanoc dzieciaki ulepiły w ogródku bałwana i wcale nie wydaje mi się to śmieszne. Mój mały zresztą się go przestraszył. I słusznie, śniegowy bałwan w kwietniu to przerażająca rzecz. Nie zastąpi krokusów, śpiewających skowronków, zielonych listeczków na gałęziach drzew i krzewów, ciepłych powiewów wiosennego zefirka na twarzy… Tego wszystkiego, co tak kocham w wiośnie. I o czym myślę od października…

Pakując się do wyjazdu do rodziców na Wielkanoc uświadomiłam sobie, że zabieram cieplejsze rzeczy, niż na Boże Narodzenie. Nie wspomnę już, jaki dostaliśmy rachunek za ogrzewanie, a końca tej piep… zimy nie widać. Tyle wieści z frontu.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS