RSS
 

Archiwum - Marzec, 2013

Wielkanoc

29 mar

Wesołych, pełnych rodzinnego gwaru Świąt Wielkanocy, smacznych jajków z majonezem i żurków z kiełbachą. Jak najmniej telewizji, jak najwięcej poszukiwania wiosny w parkach, na skwerkach i ogródkach :-)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

TAKIE dni

28 mar
Na pewno też macie TAKIE dni (tak się pocieszam, że nie jestem z tym sama). Czasem kilka z rzędu. I nie mam na myśli okresu. To są TE dni, kiedy dzieciak jest nieznośny, wyciera umazaną jogurtem buzię w skórzaną kanapę, zanim podlecicie ze ścierką, wgniata jabłko w dywan, dostaje się do kosza ze śmieciami i w nim grzebie (w czasie gdy wy myślicie, że ogląda TV i spokojnie oddajecie mocz) oraz jęczy, domaga się noszenia, biszkopta, noszenia, biszkopta… A ubieranie kurteczki trwa pół godziny i połączone jest ze śmiechem przechodzącym w płacz przechodzącym w ryk i nadwerężeniem waszych biednych kręgosłupów (bo trzeba się naschylać i nawyginać jak cholera).
Te, które nie maja dzieci, też mają TAKIE dni. Obserwują aukcję na Allegro do ostatniej minuty, by w razie czego zareagować, bo zależy im na wygranej, po czym w ostatniej sekundzie ktoś podbija stawkę i… niespodzianka!!! koniec aukcji, czas minął, „niestety nie wygrałeś licytacji”!!! Włączają telewizor i okazuje się, że „telewizja osobista” Dialog/Netia zawiesiła się po raz osiemnasty w miesiącu, a pani w telecentrum, po czterdziestu minutach ich oczekiwania na połączenie, ma dla nich jedną i tę samą radę: zresetować urządzenie!
Co jeszcze można zrobić w TAKIM dniu? Wylać herbatę, odkryć, że znowu w kuchni panoszą się mrówki, walnąć się w drzwiczki od szafki, rozerwać torebkę z ryżem tak umiejętnie, by rozsypać go po całej kuchni – możliwości jest nieskończenie wiele. Najgorsze jest to, że w TAKIM dniu występują wszystkie, naraz i po kolei.
A te, które mają dzieci,doświadczają kumulację kumulacji, wszystko się sypie, urywa i rozmazuje, dzieciak wali kupę w pieluchę nałożoną dwie minuty wcześniej, a w telefonie teściowa oznajmia, że wpadnie  za chwilę na chwilę, przy czym ta pierwsza chwila to naprawdę chwila, a ta druga to trzy godziny.
Powiedzcie, że też macie TAKIE dni, bo jeśli nie, to uznam, że Pan Bóg się na mnie uwziął i chce mi pokazać, kto tu, na tym łez padole, rządzi. I szlag mnie trafi ostatecznie.
 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

I bądź tu mądry

25 mar

Parę dni temu byliśmy u lekarza. Mały bilansik + ostatnie (czwarte) szczepienie na pneumokoki. 290 zł poooszłoooo! Dobrze, że to już koniec, dobrze, że jako tako nas na to stać. Mamy spokój ze szczepionkami przez najbliższe kilka lat.

Na wizytę wzięłam ze sobą męża, bo pamiętam, co mały ostatnio wyprawiał. Wielki chojrak w domu, nawet wśród obcych, w gabinecie pani doktor zmienia się w płaczące nieszczęście walczące o wolność. Do tego strasznie silne, więc mąż jest niezbędny, żeby gościa przytrzymać przy badaniu. Osłuchanie plecków to było kręcenie się w kółko, bo mały za żadne skarby nie chciał spuścić doktorki z oka. O, dziwo, ważenie poszło dobrze, jakimś cudem synek przez kilka sekund trwał na wadze bez ruchu. I wyszło szydło z worka, mój ból pleców ma solidne uzasadnienie – 13,13 kg. Z gardłem poszło gładko, bo mały się po prostu darł, więc buzia była szeroko otwarta. Wzrost musieliśmy zmierzyć sami, pani doktor się schowała za biurko, dzięki czemu synek zgodził się stanąć przy centymetrze i wyszło 82 cm. Całkiem więc pokaźny chłop z tego naszego małego.

Nie wiem, czemu synek aż tak panicznie reaguje na lekarkę, pani jest bardzo miła, ta sama od jego pierwszej tam wizyty, ma kolorowe zabawki i ciemne włosy jak mama. No nic, trudno. Nie przemówię mu teraz do rozsądku.

Teraz inne aspekty wizyty: pierwszy raz mam wątpliwości, czy pani doktor nie jest nadgorliwa. Mam dylemat, bo jeśli ma rację, to ja nie mogę czegoś nie dopilnować. Z drugiej strony…

Po pierwsze, lekarka bardzo przeżywa wygięte nóżki małego. Nie są jakoś specjalnie pałąkowate. Kilka miesięcy temu oglądał je ortopeda, a były wtedy bardziej wygięte i powiedział, że jest OK, normalny fizjologiczny rozwój. Taka szpotawość jest normalna do drugiego roku życia. O taki rozstaw bioderek walczyliśmy, pieluchując szeroko małego przez jakieś pół roku. A teraz nagle doktor każe nam przyjść znowu za dwa miesiące, bo szpotawość, bo okrągłe. Spytałam wprost – czy powinien mieć teraz proste nogi jak dorosły? No, nie, absolutnie. Więc o co chodzi? O kontrolę. No ok. Mamy kupić solidne kapcie, chociaż niektórzy specjaliści zalecają bieganie w skarpetach, a więc dwie skrajności. Hmm…

Druga rzecz – mały ma otwartą buzię dość często. Jakiś rok temu sprawdzaliśmy to u laryngolog i nic niepokojącego nie znalazła. Do tej pory doktorka nie zwracała na to uwagi. Teraz nagle każe nam zrobić badanie kamerką wprowadzaną przez nos, by sprawdzić, czy trzeci migdał nie jest za duży. Najlepiej prywatnie, bo na NFZ się czeka. Jak pomyślę o takim badaniu u małego, to MNIE się słabo robi. Gdy pomyślę, że paznokcie obcinam mu tylko, jeśli mąż trzyma mu rączki i nóżki, a katar mogę odciągnąć fridą tylko, jeśli niemal sama się na małym położę, by unieruchomić go własnym ciężarem, bo inaczej wyrywa się, szarpie i kopie, to ja ten endoskop z kamerką widzę w nosie, ale u pana doktora, a nie u małego. Zostanie mu tam wepchnięty kopniakiem małą nóżką… Mam wątpliwości, czy coś takiego jest konieczne, wolę jeszcze sprawdzić na normalnej wizycie u laryngologa.

No i trzecia sprawa – siusiak. Już od dawna lekarka kazała odciągać napletek. Odciągaliśmy. Teraz mówi, żeby jeszcze mocniej to robić. I tu mam opory i wątpliwości – boję się, że coś naderwiemy. Że to nie jest konieczne, bo kiedyś tego nie robiono i było OK. Dlaczego właściwie lekarze każą to robić małym chłopcom, skoro dopiero w wieku 3-4 lat (jak czytałam) napletek SAM oddziela się od reszty. Mały nie ma żadnej wady, podejrzenia stulejki, kłopotów z siusianiem. W necie, książkach i prasie są prezentowane dwie przeciwstawne opinie:

1. Rozciągać napletek, bo mogę być potem kłopoty i trzeba będzie rozcinać chirurgicznie.

2. Nie rozciągać, w ogóle nie ruszać, bo można uszkodzić, zrobią się blizny i dopiero będzie problem.

No żesz kurna, zwariować można. Pytałam moją mamę i – tak jak myślałam – 40 lat temu nic podobnego nie robiła mojemu bratu i w ogóle się o czymś takim nie mówiło. Brat jest zdrowy i ma dwoje dzieci. Żadnych stulejek po drodze.

Wkurza mnie to rozdwojenie w medycynie. Nie wiadomo, komu ufać, kto ma rację, kto jest nadgorliwy, a kto się nie douczył. Ech…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

How much is the baby?

22 mar

Ile kosztuje dziecko? Ostatnio moja koleżanka stwierdziła, że  nie zdecyduje się na dziecko, dopóki nie będzie miała zagwarantowanego bytu na wysokim poziomie przez trzy lata siedzenia z dzieckiem w domu. A że na to się, wg niej, nie zapowiada, z dziecka nici.

Z jednej strony – mądre to i przemyślane, kto by chciał w biedzie dzieci wychowywać i batonika im odmawiać. Z drugiej – dla niektórych kobiet myślących w ten sposób nigdy nie będzie korzystnego czasu na macierzyństwo. Nawet jeśli wygrają w totka 6 milionów – bo wtedy to przecież trzeba będzie korzystać z życia, podróżować, a nie zasrane pampersy zmieniać o 3 w nocy.

No i dobrze, wolnoć Tomku w swoim domku. Ja też, zanim męża bez antykoncepcji do sypialni wpuściłam, zastanawiałam się mocno nad finansami. Po pierwsze – odpadnie moja pensja, po drugie – pojawią się nowe, czasami nieprzewidziane koszty. O tym za chwilę. Koniec końców ustaliliśmy jednak, że damy radę, mąż pracuje, ja płatnego macierzyńskiego będę mieć pół roku (teraz szczęściary mają rok!), a potem najzwyczajniej w świecie „się zobaczy”, bo nigdy nic nie wiadomo.

Trzy lata naprzód zaplanować trudno. Łatwiej wcześniej nieco zadbać o przyszłość finansową – nie brać pięciu kredytów, bo zanim spłacimy raty, stracimy zdolność do rozmnażania się oraz odłożyć trochę, skoro zarabiamy tak dużo, że szkoda nam zrezygnować z pensji na rzecz wrzeszczącego noworodka w łóżeczku. Uff, zdanie wielokrotnie złożone, komuś narysować wykres?

Czy wy też znacie takie osoby, które mówią: „chciałabym mieć teraz dziecko, ale Marek zarabia 3000, z czego 1500 idzie na nasz kredyt na mieszkanie, a 1000 na kredyt na skórzane meble, telewizor i wczasy w Hiszpanii. Ja z kolei spłacam nowego volkswagena i płacę rachunki. Zostaje trochę na jedzenie”. No tak, w tej sytuacji to można się pokusić jedynie o kupno psa. Na kredyt, rzecz jasna.

Przejdźmy jednak do meritum. Z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że dzidziuś wcale nie jest w pierwszych latach wysysaczem każdej złotówki z portfeli rodziców i dziadków, jak się dość powszechnie uważa. Trzeba po prostu mieć kogoś w rodzinie lub wśród przyjaciół, kto ma nieco starsze dziecię od naszego oraz wybić sobie z głowy gwiazdorskie myślenie „moje dziecko będzie miało wszystko najlepsze” oraz „nie będę żałować pieniędzy na dziecko”. Jak to działa? Korzystamy po prostu z rzeczy używanych, życzliwie nam oddanych. Ludzie bardzo chętnie pozbywają się dziecięcych ubranek, wózków, łóżeczek, kołderek, śpiworków, zabawek, przewijaków, podgrzewaczy i grających chodzików, gdyż najnormalniej w świecie zawadzają i zagracają im domy. Niemowlak, zanim zacznie się szurać po podłodze, nie jest w stanie niczego zniszczyć. Potem też raczej prędzej ze spodenek wyrośnie, niż je porwie lub zaplami na „ament” (jak to mówiła moja koleżanka).

U mnie w rodzinie ubranka i inne niezbędniki dla niemowlaka krążą już od kilku lat, w międzyczasie „obskoczyły” też dzieci koleżanek. Zawsze też któraś mama dokupi coś nowego lub dostanie i zbiór się odświeża. Jeśli nie ma dzieci w rodzinie, można rozpuścić wici w pracy – moja znajoma od współpracowników dostała ogromną torbę wypełnioną ciuszkami. Tu mam radę: jeśli dostajemy ubranka od różnych osób, które chcą je potem dostać z powrotem – sfotografujmy dary, dzieląc je w zbiory – co od kogo. Łatwo będzie później wyłowić konkretną bluzeczkę i nie trzeba się bawić w jakieś mozolne znakowanie nitkami.

Jeśli chodzi o ubrania, zawsze można się też wspomóc lumpeksem lub serwisami aukcyjnymi. W sklepach ceny są obłędne, body kilkanaście złotych, piżamka 35, czapeczka 20. Jakiś czas temu znajoma w ciąży, której proponowałam używane ubranka, podziękowała mi mówiąc, że chce mieć „wszystko nowe”. No OK. Przeszła się po sklepach i… zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy oferta aktualna…

Na co tak naprawdę trzeba szykować pieniądze? Pampersy (ale tu też są drogie i tańsze, o połowę), materacyk (ale wystarczy zwykły gąbkowy, bo jeśli dziecko posika nam kokosowe cudo, będzie tak samo do wyrzucenia jak gąbka za 20 zł), elementy laktatora, które mają styczność z mlekiem (bo np. silnik pożyczyłam, a to najdroższa część). Sporo kosztuje mleko modyfikowane, ale jeśli w użyciu będzie pierś, nie będzie nam potrzebne (wtedy odpada też laktator i butelki). Bardzo drogie są szczepionki, jeśli nie weźmie się tych sanepidowych. Ale tu mamy wybór – te z sanepidu są bezpłatne.

Drogie są buty dziecięce, dlatego jak najdłużej każmy dziecku raczkować… Żartuję!!!

Jeśli chodzi o zabawki, to wielokrotnie już pisałam, że mój syn woli drewniane łyżki i trzepaczkę od drogich samochodzików, hitem jest też plastikowa butelka. Ostatnio udało mu się wsadzić do środka gryzako-szczoteczkę i był z tego niesamowicie dumny…

Kto może, niech idzie w wersję de lux, proszę bardzo. Gadające w dwóch językach chodziki, kosiarki puszczające bańki mydlane, grające misie i rżące koniki na biegunach… Daję głowę, że dziecko i tak będzie miało najwięcej radochy z turlającego się z nim po podłodze rodzica, niż z tony zabawek Fisher Price. Myślę, że na super zabawki edukacyjne (i drogie) przyjdzie czas w okresie przedszkola, wtedy pewnie dochodzi rywalizacja i porównywanie, co kto ma. Całe szczęście, gdy dziecko jest w przedszkolu – to rodzic może być w pracy i na te wszystkie ciężarówki, płaczące lalki i interaktywne zwierzątka zarobić…

 

PS

Mądre oszczędzanie można zacząć już w ciąży i podczas porodu. Kluczem jest zdrowy rozsądek i szukanie alternatyw. Z ubraniami ciążowymi warto postępować tak, jak wyżej opisałam w przypadku ubranek dziecięcych. Można iść do modnej drogiej szkoły rodzenia, ale są i bezpłatne, prowadzone przy przychodniach i szpitalach przez doświadczone położne. W niektórych szpitalach za poród rodzinny się nie płaci, w innych trzeba wykupić cegiełkę – warto wcześniej to sprawdzić. Można opłacić położną do porodu (rok temu we Wrocławiu znajomi płacili 1000 zł), ale wiele kobiet radzi sobie bez takiej pomocy, zresztą nigdy nie mamy gwarancji, czy nasza położna nie będzie miała dyżuru, urlopu albo biegunki akurat, kiedy zaczniemy rodzić.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Mały jako Ikar…

14 mar

Spełnił się koszmar, który miałam gdzieś w tyle głowy od początku narodzin synka, a mianowicie mały wypadł z łóżeczka… Od razu dodam, że nic mu się nie stało, ja to chyba mocniej przeżyłam, niż on.

Zawsze miałam ten lęk, że wchodzę do pokoju, a dziecko leży bezwładne poza łóżeczkiem, na podłodze. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale sporo mam takich strachów w sobie, no i proszę. Nigdy chyba tak naprawdę nie wierzyłam, że to się może stać. Wiedziałam, że to irracjonalny lęk, który muszę wyprzeć z głowy, żeby nie zwariować, bo przecież łóżeczka są robione specjalnie dla dzieci i muszą być bezpieczne…

Łóżeczko mamy standardowych wymiarów, w środku żadnych pluszaków ani zabawek, żeby właśnie mały nie miał się po czym wspinać. Po zmianie pieluchy włożyłam go jak zwykle do wyrka, żeby umyć ręce. Nie zdążyłam ich nawet wytrzeć, kiedy usłyszałam głuche łupnięcie (mamy parkiet). Nie jestem w stanie powiedzieć, czy od razu był płacz, mam jakby wymazane z pamięci te kilka sekund, kiedy dopadłam do synka leżącego na podłodze twarzą do dołu. W głowie miałam przerażenie pomieszane z niedowierzaniem. Łomot był taki, że mignęło mi przez głowę, że może mały skacząc przeważył całe łóżeczko na bok, ale nie – ono sobie spokojnie stało, a mały przed nim, na podłodze… Jezus Maria, myślałam, że zwariuję ze strachu o niego. Płakał, nie wiedziałam, czy czegoś nie złamał, czy jest cały, co powinnam robić? Najpierw tylko go tuliłam i modliłam się, dla uspokojenia też.

Potem położyłam go na łóżku i powoli sprawdzałam, czy ma jakieś obrażenia. I cały czas miałam w głowie pytanie – jak to się mogło stać??? Jak on to zrobił???

Całe popołudnie obserwowałam synka, czy aby nie ma jakichś dziwnych zachowań, ale bardzo szybko doszedł do siebie, a jako jedyny ślad upadku zaobserwowałam czerwonawy ślad na czole. Szczerze mówiąc, zdarzało mu się bardziej i dłużej płakać po zwykłym upadku na podłodze (nie wspomnę o przytrzaśnięciu palca) niż po tym skoku z łóżeczka. Choć dla mnie było to sto razy poważniejsze. Wieczorem razem z mężem spróbowaliśmy dokonać rekonstrukcji zdarzeń. Kołderka leżała tak jak przedtem, wstawiliśmy małego do łóżeczka, a ten stanął niemal na palcach na skotłowanej kołderce (ale bez przesady, nie był to też jakiś mega wał), rączki wywiesił poza łóżeczko i dalejże się wychylać… Doszliśmy do wniosku, że musiał fiknąć jak na trzepaku, wychylił się, podskoczył, głowa przeważyła  i… poleciał jak kamień. Prawdopodobnie na rączki i czołem się oparł o podłogę, stąd brak jakichś większych obrażeń.

Sprawdziłam potem w necie i okazało się, że to, co mnie wydawało się raczej niemożliwe, zdarza się dość często – piszą babki na różnych forach o dzieciakach wyskakujących z łóżek. Ponoć najlepszą radą na to jest wyjęcie szczebli, w moim przypadku tak średnio wchodzi to w grę – sypialnię mamy na piętrze, gdzie schody są niezabezpieczone i śpimy przy otwartych drzwiach, ale z tym to można sobie jakoś poradzić (zamknąć drzwi lub zamontować kolejną furtkę), gorzej, że mały, nim zaśnie, strasznie harcuje, mając wolne wyjście z łóżeczka będzie po prostu szalał w piżamie na bosaka po pokoju i wtedy to chyba uśnie dopiero o północy, jak mu sił braknie…

Na razie wymieniłam kołderkę na cieńszą, którą i tak wyciągam, gdy mały jest w łóżeczku, a w miejscu poprzedniego twardego lądowania leży teraz koc i poduchy, w razie jakby co. Ale i tak niedługo trzeba będzie obmyślić jakieś bardziej długoterminowe rozwiązanie.

Znajomych córka, która skończyła 7 miesięcy, parę dni temu sturlała się z sofy. A mówiłam im już dawno, że w tym wieku dziecko to już nie nieruchoma kłoda, tyle że jak się człowiek przez pół roku przyzwyczaił, że jak położy się to to na pleckach to leży, to trudno potem wyobrazić sobie inny przebieg zdarzeń. Ja teraz tez już nie patrzę na łóżeczko jako bezpieczny azyl dla synka, w którym zawsze go mogę zastawić bez pilnowania…

 
Komentarze (14)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nauka mówienia

09 mar

Mały wskazuje na lampę:

- Tada? – pyta.

- Lampa – mówię.

- Tada?

- Lampa.

- Tada.

- LAMPA!

- TADA!

- LAMMMM-PAAAA!!!!

- TAAAA-DAAAA!!!!

 

Za to ostatnio słyszałam, jak synek sobie… nuci podczas zabawy. Nie zdążyłam tego powiedzieć mężowi, ale na drugi dzień mnie poinformował: ty wiesz, że mały sobie nuci?!

 

To tyle na dziś, dziękuję Państwu.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jak mnie to denerwuje…

05 mar

Nie umiem dobrze rysować, jak widać (moim niedoścignionym wzorem jest Kura z bloga kuraaktualniedomowa.blox.pl), ale chyba udało mi się oddać sens sytuacji. Otóż nadkładam drogi (40 minut szłam), by dostać się na przystanek, z którego będzie odjeżdżał pasujący mi autobus niskopodłogowy. Niskopodłogowy, abym mogła bez proszenia i brudzenia kogokolwiek zabłoconymi kółkami wsiąść i wysiąść. Mogłam iść na inny przystanek 20 minut zaledwie, ale nie miałam tam niskopodłogowca. No nic, doszłam, nawet wsiadłam, wepchnąwszy wózek sama, ale, kurna, przy wysiadaniu zastałam to, co na rysunku. Co z tego, że kierowca z sykiem obniżył podłogę (a raczej przechylił cały autobus only for me and my baby), kiedy do asfaltu nadal było daleko (w dół), a do chodnika jeszcze dalej (w dal…).

Efekt był taki, że zablokowałam wejście/wyjście, przednie kółka wpadły mi w tę „fosę”, mało zębów sobie nie wybiłam rączką, mały, Bogu dzięki, szelkami przypięty, więc mi nie wyleciał, no i koniec końców jakiś facet musiał mi pomóc. Dobrze, że akurat jakiś się znalazł, bo bym sama ani w te, ani we wte nie ruszyła. Mandat by był za opóźnianie odjazdu.

Jak rozumiem, kierowca obniża podłogę, no bo taki ma autobus i guzikiem mu zasugerowałam, że będę tego potrzebować. Ale to, że nie mam jak z tego dobrodziejstwa skorzystać, już go zupełnie nie interesuje. Dziękuję, panie kierowco, że mnie pan drzwiami chociaż nie przytrzasnął…!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS