RSS
 

Archiwum - Luty, 2013

Nerwy, stresy, nerwy

26 lut

Małemu wyłazi górna trójka, już widać białe fragmenty. Być może z tego powodu, ale cholera wie, czy na pewno, ostatnio zachowuje się okropnie. Zwłaszcza przy jedzeniu. Mamunia skacze dookoła księciunia, dogadza jak może, truskaweczki rozmraża i miksuje, kotlecik pokroi na mikroskopijne kawałeczki, ulubioną jajeczniczkę serwuje, a mały co? Macha rękami na oślep, byle tylko wszystko zrzucić na podłogę, nie zwraca nawet uwagi, co jest w miseczce, wykręca głowę, wstaje z krzesełka, płacze/krzyczy etc. I tak już od tygodnia. Żyje głównie na porannej kaszy (bo chyba po nocy najbardziej jest głodny), a kolejne posiłki to jakiś koszmar, zarówno dla mnie, jak i dla niego. Żebym mu jakąś brukselkę wciskała, ale nie, dziś nawet ulubiony słodki jogurcik został całkowicie zignorowany. To nie na moje nerwy. Jak to było w tym żłobku? „Jedz, bo cię do psa zaprowadzę”? Hmmm…

Wieczorem marudzi, jęczy, rzuca smoczkiem, ale za to gdy już się do niego podejdzie, jest cały zadowolony i chętny do zabawy. O 22 na przykład. No, spoko! Nie ma sprawy. Codziennie od 20 do 22 mam fitness, jak to się nazywało, to co na studiach miałam na wf-ie? Step? Tak, wchodzenie i schodzenie ze schodka. Bo mały śpi (tj. ma łóżeczko) na piętrze i mniej więcej co 10 minut muszę do niego wejść, położyć, włączyć pozytywkę, ewentualnie wymienić zaplutą poszewkę i jeszcze bardziej zapluty śliniak, bo inaczej rzęzi jak na torturach. Nie wiem już, ile razy pokonałam te schody, może chociaż pośladki sobie wyćwiczę…

Gdzie te czasy, gdy się go kładło, a on bach, głowa na poduszkę i zasypiał! W pięć minut!!! A jeszcze wcześniej, jak był całkiem taki ślimaczek-robaczek, to się go bujało lekko w łóżeczku (takie popychanie w plecki, jak leżał na boku) i też oczka zamykał. Albo zasypiał przy cycu lub butelce i się go na paluszkach i bezdechu odkładało pod kołderkę… Zajmował wtedy 1/4 łóżeczka, hihi… Trudno uwierzyć.

Często wracam do tych naszych początków, przy tak szybkim rozwoju dziecka wydają się śmieszne i bardzo odległe. To, że jak się go posadziło w leżaczku, to siedział… I to było takie normalne! Teraz skacze z kanapy na podłogę… To, że nosił te mikroskopijne ubranka, w których teraz „chodzi” córka naszych znajomych… A w kąpieli trzymało się go na przedramieniu i tak się pluskał… A najbardziej chce mi się śmiać, jak sobie przypomnę nasze pierwsze opakowanie mleka Bebilon (w puszce). Nie miałam kupionego na zapas, bo przecież miałam karmić pełną piersią. No, ale koniec końców pierś była nieco mniej pełna i mąż musiał na złamanie karku lecieć do sklepu i kupić mleko w proszku. I tak: mały drze się z głodu, ja prawie płaczę z nerwów, mąż czyta, ile miarek mleka dać, otwiera puszkę i… GDZIE JEST MIARKA???????!!!!!!!! Jak odmierzyć, Jezus Maria, wadliwe opakowanie, nie dali miarki!!!!!!!! Wyobraźcie sobie, że cała spanikowana wpisałam wtedy w Google „gdzie jest miarka w mleku Bebilon” i dzięki Bogu (i jakiejś internautce) znalazłam wpis – „miarka jest zagrzebana w mleku”… Swoja drogą, zaje…ty pomysł, gratuluję panom z Nutricii. Panom, bo to ich sposób myślenia: jest puszka z mlekiem, jest miarka, co robimy? Ciach, miarkę w piach (tj. w mleko) i po kłopocie, inni niech szukają.

Gdybyśmy żyli w Hameryce, to moglibyśmy wytoczyć proces o odszkodowanie za stres, nerwy i brak informacji na opakowaniu…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

A tymczasem w żłobku…

21 lut

Kolejne wesoła historia ze żłobka upewniła mnie w przekonaniu, że najlepiej o moje dziecko zadbam ja sama. Ty bulisz ciężkie pieniądze za opiekę, a opiekunki pozwalają sobie na krzyki, wyzywanie, groźby i walenie ręką w stół. Nie wiadomo zresztą na co jeszcze, wszak nagrany został tylko wycinek żłobkowej codzienności. Albo ten filmik z Rosji sprzed dwóch bodajże tygodni, cudna niania chce oglądać telewizję, obok niemowlę w leżaczku przeszkadza kwileniem. No to łup je ręką w głowę, raz i drugi. Nie pomaga? No to jeszcze raz. Coraz głośniej płacze? To może jeszcze trzepnąć trzeba?

W dodatku mam obawy, że to, co wycieka do mediów, może być tylko wierzchołkiem góry lodowej. Ile mamy w Polsce (że skupię się tylko na naszym pięknym kraju) żłobków, punktów przedszkolnych, klubików i innych „przyjaznych dziecku” miejsc? Ile z nich jest monitorowanych? W ilu przypadkach rodzicowi przyjdzie do głowy zaszyć w ubranku dziecka dyktafon? Strach pomyśleć, co działo się w takich miejscach kiedyś, 10-20 lat temu, kiedy w ogóle słowa ‚monitoring’ nie znano i nikt nie spodziewał się, że zostanie nagrany, sfilmowany…

Ani ja święta nie jestem, ani dzieciaki. Wychodzę ze skóry z nerwów nie raz, nie dwa w ciągu dnia. Czasem coś tam krzyknę, ale grożenie wielkim psem do głowy mi nie przyszło. A dzieci bywają męczącymi, upartymi, piszczącymi potworkami-demolkami, które nie chcą jeść, nie chcą zmieniać pieluch, nie chcą się ubierać i uciekają przed łyżeczką z witaminą D. Szlag człowieka trafia, OK. Ale, ale, pani w żłobku powinna mieć 100 razy więcej cierpliwości od zmęczonej matki i wręcz dawać jej przykład, bo jest, kurde, od tego, by dzieckiem zajmować się dobrze i fachowo! Bo się tego od niej oczekuje, za to jej płaci i powierza się jej w zaufaniu najukochańsze istoty.

Ja się na stanowisko opiekunki żłobkowej nie pcham, bo wiem, że ani cierpliwość nie ta, a ni nie te nerwy, ani uwielbienie dla obcych dzieci nie za wielkie. Od pani w żłobku/przedszkolu oczekuję, że mnie przewyższy w tych cechach charakteru i będzie pedagogiem po prostu. Ot co.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Ile to dosyć?

13 lut

„Po pierwszym dziecku natychmiast chcesz mieć kolejne” – powiedziała Penelope Cruz w rozmowie z hiszpańską gazetą. Cóż, niech mówi za siebie…

Rozpatrując kilkakrotnie za i przeciw, zawsze miałam o wiele więcej argumentów przeciw…  Przeróżnej natury. I chylę czoła przed tymi kobietami, które urodziły drugie i trzecie, i kolejne… Ale tylko tymi, które można nazwać prawdziwymi matkami-opiekunkami; patologia, czyli dziesięcioro dzieci + bijący konkubent i pijąca matka to zdecydowanie inna historia…

 
Komentarze (17)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Weekendowe świrowanie

11 lut

Parę dni temu mały pierwszy raz zrobił pa, pa w sposób świadomy, samodzielnie. Od jakiegoś miesiąca przy każdym pożegnaniu potrząsałam jego łapką i w końcu przyniosło to efekty. A ja chyba mogę zrobić pa, pa swoim zdrowym zmysłom… Ostatnio świruję, mam huśtawki nastrojów, wyolbrzymiam problemy lub je stwarzam i wszystko skrupia się na mężu. No bo na kim, skoro chcę oszczędzić małego?

Moja kondycja psychiczna to zapewne wynik monotonii dnia codziennego, siedzenia z dzieckiem i tylko z dzieckiem prawie non stop, życie podporządkowane szykowaniu posiłków i sprzątaniu po nich. Najlepsze jest to, że nie mogę narzekać. Naprawdę! Zawsze byłam domatorką, lubię dbać o dom i nie mam pędu do wykonywania jakichś szalenie ambitnych i nowatorskich czynności. A jednak bije mi na dekiel, bo chyba coraz bardziej czuję się nie sobą, a mamą, w głowie mam tylko – co zje mały, czemu tego nie zjadł, trzeba wyprać mu poduszkę, bo oślinił, zrobił kupę, czyli zmiana pieluchy, gdzie jest smoczek!?, trzeba z małym wyjść na dwór, trzeba położyć go spać, trzeba go podnieść, zanieść, umyć, zabawić, zadbać, zapewnić, ochronić…

Z utęsknieniem wyczekuję weekendów, ale to wtedy jest największy horror – zderzenie moich oczekiwań i działań męża = mega awantura. Bo ja chcę odmiany, choć raz nie pamiętać o zmianie pampersa, chcę wyjść z rytmu dnia powszedniego. I chcę, żeby było odświętnie i super… I chyba trudno mi się dziwić.

Mąż natomiast chce odpocząć po domowemu, poleżeć, poleniuchować… I nie zaprzątać sobie głowy zmianą pampersa… I trudno mu się dziwić. Jednak kiedy widzę, że sobota i niedziela nie różnią się od poniedziałku, wtorku etc., bo znowu dziecko na mojej głowie, śniadanie, obiad, kolacja też i jeszcze trzeba by wszystko ogarnąć, bo nie cierpię syfu w domu, to dostaję szału, SZAŁU!!!

Nie jest tak, że mąż mi nie pomaga. Muszę tylko o wszystko go prosić, kazać mu zrobić. Nie mogę go do końca za to winić, bo to ja najlepiej się orientuję w opiece nad małym i w dbaniu o mieszkanie, oznacza to jednak, że i tak muszę o wszystkim pamiętać i wszystko przygotować. Wygląda to tak, że owszem, mąż poda małemu obiad, jeśli wcześniej ja go ugotuję, odpowiednio pokroję, podam na talerzyku, podam śliniak, znajdę odpowiedni widelczyk, przyniosę drugi, gdy ten pierwszy spadnie, przyniosę picie, a po wszystkim umyję buzię dziecku, umyję stolik, umyję podłogę pod krzesełkiem pełną zrzuconego jedzenia itp., itd.

Moja sytuacja przypomina te weekendowe dolegliwości, kiedy to cały tydzień człowiek lata z jęzorem i daje radę, a kiedy przychodzi weekend i ma być tak fajnie i relaksująco, nagle wyskakuje opryszczka na gębie, łeb pęka albo jakieś przeziębienie się pojawia. Biedny człek luzuje, opuszcza gardę i dostaje po łbie – spada mu odporność…

Mąż mi od dawna powtarza – wyjdź gdzieś, spotkaj się z kimś. Byłoby super – myślę sobie, ale już dawno temu zrobiłam przegląd moich znajomych i oto, co mi wyszło:

- koleżanki z podstawówki mieszkają w moim rodzinnym mieście, w którym dorastałam i chodziłam do szkoły podstawowej właśnie;

- przyjaciółka z liceum mieszka za miastem + ma niepełnosprawne dziecko, więc praktycznie nie rusza się z domu ani nie zaprasza do siebie

- koleżanki ze studiów – żadna nie została we Wrocławiu

- przyjaciółka, koleżanki i koledzy z pracy nr 1 – mieszkają albo poza Wrocławiem, albo się przeprowadzili np. do Poznania

- koleżanki z pracy nr 2 – mieszkają poza Wrocławiem

- moja siostra, przyjaciółka przez całe życie – mieszka w górach od 5 lat

- inna bliska przyjaciółka od kilku lat mieszka w Niemczech

- przyjaciel – od 2 lat mieszka w Londynie

- kilkoro fajnych kolegów – mieszkają w Szwecji.

Chyba jestem jakaś przeklęta pod tym względem – nie jestem typem osoby, która ma 1000 znajomych na każdym rogu, zaprzyjaźniam się rzadko, nie mam tuzina koleżaneczek w sąsiedztwie, więc może nie było tych bliskich mi osób tak wiele, ale czy naprawdę WSZYSTKIE musiały dokądś wyjechać???

W dodatku zauważyłam, że z biegiem lat trudniej się zaprzyjaźniać, człowiek staje się taki okrzepły w swoim mieszkaniu, w rodzinie – to już nie te lata, kiedy wynajmowało się kawalerkę, piło browara na ławce, pożyczało sobie szminkę na dyskotekę, balowało do piątej rano… i codziennie poznawało się nowych ludzi.

No, ale odbiegłam od tematu. Tak czy siak został mi tylko i aż mąż i jest on jak mój prywatny piorunochron. Ja mogę się tylko starać, by burza przechodziła bokiem…

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Spryskiwacz do kwiatów, chochla i drewniana packa, czyli ulubione zabawki małego

04 lut

Pokój małego prawie tonie w zabawkach – samochodziki, klocki, książeczki, misie, przeróżne grające cudeńka… Sama bym mu nigdy tyle nie kupiła, ale od czego jest rodzina? Sporo też odziedziczył po kuzynostwie. Żeby można było jako tako przejść przez pokój synka, część zabawek po prostu chowam, po jakimś czasie wymieniam na te, które się opatrzyły. Ostatnio po generalnym sprzątaniu mąż zauważył: o, widać wykładzinę!

Pod choinkę kupiliśmy małemu jeździk, czyli takie spore autko, na którym mały może siąść okrakiem i pomykać, odpychając się nogami. Myśleliśmy, że to będzie hit!!! Niestety, mimo zachęt, prób i demonstrowania, w czym rzecz, mały ledwo na jeździk spojrzy, czasem, ale tylko czasem, pozwala się pchać, zadarłszy nogi wysoko, by nie haczyć o podłogę…

Mimo wspomnianej tony zabawek przeróżnej maści ulokowanych w dziecięcym pokoju mały i tak zazwyczaj buszuje w kuchni i salonie, a jego ulubione zabawki to worek foliowy, pudełko tekturowe, katalog IKEA oraz:

I po cholerę było wydawać 150 zł na jeździk??!!!!

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS