RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2013

Przed końcem osiemnastego miesiąca twoje dziecko powinno…

23 sty

W poradniku „Drugi i trzeci rok życia dziecka” wypunktowane są umiejętności, które dziecko winno opanować w danym miesiącu. Jak w grze komputerowej: nowy etap – nowe skille. Otóż mały przyswaja wiedzę dość wybiórczo, uczy się tylko tego, co mu się na bieżąco przydaje… Sprytne, prawda? Nic sobie nie robi z tego, że napisano tam, iż „Przed końcem osiemnastego miesiąca twoje dziecko powinno umieć: używać 3 słów, wskazać na żądany przedmiot” oraz PRAWDOPODOBNIE będzie umiało: „biegać, posługiwać się łyżką/widelcem (nieporadnie), wskazać na 1 część ciała, gdy się je o to poprosi”. Najlepsze jest na końcu: „Przed końcem osiemnastego miesiąca twoje dziecko może nawet umieć (…) użyć więcej niż 50 słów” [sic!].

Otóż mój synek rozmowny nie jest. Artykułuje co prawda tata, mama (tata częściej – nie ma sprawiedliwości na tym świecie), ale niezbyt adekwatnie do sytuacji. Najczęściej komentuje rzeczywistość słowami tjatja, dadadada (często z pytajnikiem na końcu) oraz dzidzi; to ostatnie nawet czasem wtedy, kiedy jest jakiś niemowlak w zasięgu wzroku. I to wszystko, moi drodzy, co nie znaczy, że w moim domu panuje rozkoszna cisza! Lub ze można w spokoju obejrzeć „Perfekcyjną Panią Domu” (o tym innym razem).

Ze wskazywaniem żądanego przedmiotu różnie bywa, chyba że jest to przedmiot żądany przez małego i zwie się biszkopcik. Mały potrafi ciągnąć mnie za nogawkę lub palca prosto do szafki z ciastkami i nie mam wtedy żadnych wątpliwości, o co mu chodzi, choć nie pada między nami żadne sensowne słowo. Rozwiązania są wtedy dwa – ulec i przez minutę mieć spokój lub umiejętnie rozproszyć uwagę i broń Boże nie używać słowa biszkopcik, a najlepiej żadnych słów na b. Nie mogę więc powiedzieć, że mam dziecko niekumate. Za to łakome z całą pewnością.

Co tam jeszcze w poradniku wypunktowano? Posługiwanie się sztućcami? Proszę bardzo, mały umie, jeśli chce jeść, jeśli zaś obiadek mu nie podchodzi, to nie umie. Krótka piłka. A propos piłki – całkiem nieźle sobie z nią radzi, turla, rzuca i kopie, a to też wymieniają w tej książce, jako jeden z ważnych skilii. Uff! Z bieganiem też nie ma żadnego problemu, już od dawna. A wskazywanie na część ciała? A po co? Jaki sens pokazywać nos czy oko? Nuuuda. Lepiej już ugryźć mamę w kolano.

Uczymy synka robić papa, jako że tata codziennie wychodzi do pracy, ma ku temu sporo okazji. Wydaje mi się, że dzieci w tym wieku dobrze sobie już z machaniem łapką radzą. Ale nie mały. Rozpacz z powodu wychodzenia taty z domu jest tak wielka, że na żadne papa nie ma ochoty.

I tak to się ma teoria do rzeczywistości. Jak zwykle nijak.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Cholerna dorosłość

16 sty

Chciałabym jeszcze na chwilę wrócić do minionych Świąt. Odkąd przestałam być dzieckiem, straciły dla mnie magię, niby to oczywiste i nie ma o co rozdzierać szat, a jednak mi żal. W każde Święta Bożego Narodzenia przypomina mi się, jak kiedyś bardzo na nie czekałam, jak bardzo byłam podekscytowana ubieraniem choinki, czekaniem na prezenty, wypatrywaniem pierwszej gwiazdki, która była w moim domu znakiem do rozpoczęcia Wigilii. To chyba przez te drobne elementy tradycji dziecko tak mocno przeżywa ten czas i pewnie dlatego wspomnienie Świąt z lat dziecięcych wraca do mnie co roku.

Mój mąż nie przywiązuje do budowania atmosfery świątecznej zbyt wielkiej wagi, zapewne dlatego, że nie robiło się tego w jego rodzinnym domu. Nie pisał nigdy listu do Gwiazdki (u mnie w domu zostawiało się go potem na parapecie, by rano radośnie stwierdzić, że zniknął), nie czekano na pierwszą gwiazdkę, by usiąść do stołu i pominięto kilka innych rzeczy, dla mnie tak istotnych. W tym roku zrozumiałam, że to na mnie będzie głównie spoczywało budowanie atmosfery świątecznej dla mojego synka. Doceniam teraz bardzo wysiłki moich rodziców w tej kwestii i czuję wielką odpowiedzialność za to, by dla mojego dziecka Święta Bożego Narodzenia były tak wielkim wydarzeniem, jak kiedyś dla mnie. By przez wiele lat wierzyło, że prezenty przynosi Gwiazdka, ale nie wolno jej przy tym podglądać! By pokochało atmosferę pasterki, by chciało śpiewać kolędy, było ciekawe szopki etc.

Na przykład kwestia choinki – dla mnie i męża może jej u nas w mieszkaniu nie być, bo zawsze gdzieś wyjeżdżamy. Ale jak mały podrośnie chyba się już nie wywiniemy, zresztą chcę, aby wiedział, że skoro są Święta – to jest choinka. No i nie odbiorę mu przecież frajdy jej ubierania! W tym roku zresztą kupiłam kilka świerkowych gałązek i ugotowałam kompot z suszu, by choć na chwilę, dzięki zapachom, przywołać atmosferę z dzieciństwa, ale nic z tego – to już nie wróci.

I kiedy uświadamiam sobie, że teraz moja kolej, by budować świąteczną atmosferę, to czuję się tak cholernie dorosła… i odpowiedzialna…, i trochę smutna.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

W jednym łóżku

08 sty

Od jakiegoś miesiąca mały wymusza na nas zabieranie go do łóżka. Od urodzenia sypiał w łóżeczku sam, nawet w okresie karmienia piersią nie było z tym problemu. I byłam z tego faktu bardzo zadowolona – jedno odzwyczajanie mniej (bo przecież trzeba będzie małego odzwyczajać od smoczka, od pampersów etc.). Aż tu proszę, nagle mamy alternatywę – wysłuchiwanie wycia dochodzącego z łóżeczka lub zabranie małego pomiędzy siebie do łóżka.

Najpierw te akty wymuszenia zdarzały się sporadycznie i tylko nad ranem – ot, przesypiał tę godzinkę około 7 wtulony w jedno z nas. Ostatnio jednak domagał się przenosin już o północy (przetrzymaliśmy go niemal do drugiej i nie ugięliśmy się, zasnął u siebie), a kolejnej nocy zaczął rzęzić o czwartej. Dokładnie wtedy wiadomo, o co mu chodzi – stoi w odpowiednim narożniku, najbliższym naszego łóżka, rączki ma wczepione w tę listewkę nad szczebelkami i jest nie do ruszenia w innym kierunku prócz: w górę, na ręce. Kostki mu bieleją na rączkach, stoi sztywno jak kołek, nie jestem w stanie go położyć; nie do wiary, jak takie dziecko może być silne, zresztą nawet ostatnio pani od szczepień zdziwiła się bardzo herkulesową siłą naszego syncia. Mało jej strzykawki nie wyrwał. Czwarta rano to jest rzeźnia, nikt nie ma siły na żadną walkę, mały oczywiście wygrywa.

Mam mieszane uczucia – rano jest naprawdę słodki, kiedy tak przytula się do mnie lub do męża, kiedy zaspany otwiera oczka (czasem śpi tak długo, że budzę się wcześniej) i cieszy się na nowy dzień. Po przebudzeniu błyskawicznie staje na nogi i szaleje po łóżku, oczywiście bez jednej skarpetki (jeśli poszedł spać w dwóch) lub z jedną stopą uwolnioną od nogawki śpiocha (a myślałam, że śpiochami załatwię sprawę gołych nóg) – patrz zdjęcie powyżej. No więc to jest takie słodkie - brykające po łóżku przeszczęśliwe dziecko. Z drugiej strony, jak zwykle, trochę jestem zła, że całe to nasze uczenie go od maleńkości spania samemu idzie w pierony. I mam obawy, że nie uwolnimy się od niego do dziesiątego roku życia…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Po co nam te dzieci?

03 sty

No i mamy kolejny rok. Jedna z pierwszych myśli, jakie przyszły mi do głowy odnośnie tego wydarzenia, to: mały w tym roku skończy 2 lata. I tu pojawić się musi banalny okrzyk: kiedy to minęło?! Naprawdę, trudno uwierzyć w upływający czas, kiedy każdy dzień jest niemal identyczny z poprzednim… Mały co prawda rośnie i ciągle ma nowe pomysły na zdemolowanie naszego mieszkania, jednak ogólny rozkład dnia jest niezmienny – ubieram go, zmieniam pieluchy, chodzę na spacerki, karmię, usypiam, uspokajam, zabawiam, wieczorem kąpiel, piżamka, kolacja… A rano od nowa.

Zmiany oczywiście są, zwłaszcza jeśli ma się pod ręką małe dziecko do porównania. Byliśmy u znajomych na Sylwestra, mają czteromiesięczną dziewczynkę i nagle przy niej mój synek okazał się kolosem :) Nie mogłam też wyjść z podziwu (i lekkiej zazdrości) jak łatwo idzie przebieranie i zmiana pieluchy u takiego dzieciątka. ONO PO PROSTU LEŻY! JEDYNE ZAOBSERWOWANE RUCHY TO LEKKIE MACHANIE RĄCZKAMI I NÓŻKAMI! Moje dziecko podczas przebierania zamienia się w ośmiornico-wija i jeśli matka (czyli ja) nie okaże się dość pomysłowa w zabawianiu, ze zmiany pampersa nici, a kupsko rozmazane na plecach. Powzdychałam więc nad tym czteromiesięcznym maleństwem, wysłuchałam, jak to zaniepokojeni rodzice uczą je turlania, żeby biedactwo nie leżało tak bez ruchu na pleckach, po czym skoczyłam ratować podłogę przed zalaniem, bo kątem oka zobaczyłam, że mój synuś dorwał konewkę z wodą, beztrosko postawioną w zasięgu jego rączek.

Taaaaaak, mieszkania ludzi z dzieckiem niechodzącym różnią się znacznie od tych, w których grasuje mały krasnal na pałąkowatych nogach. U tych moich znajomych na kanapie leżał laptop z kablem, z monitora na szafce też zwisał kabelek, na niskich półeczkach stały figurki i kwiatki, w kącie na podłodze choinka pełna bombek, a po imprezie sylwestrowej w kuchni butelki po winie i szampanie, których brzdęk natychmiast usłyszeliśmy, kiedy wkroczył tam mój mały.

Ogólnie Sylwester wyglądał tak, że na zmianę biegaliśmy do pokoju obok, by setny raz położyć małego spać w łóżeczku turystycznym (musieliśmy przecież nocować, bo niby jak po północy wracać ze śpiącym dzieckiem w piżamce?). Synek usnął w końcu po 22, wtedy koncertować zaczęła mała, potem mnie się zachciało spać, bo przecież ludzie z dzieckiem, to ludzie niewyspani… Towarzysząca nam para znajomych starających się dopiero o potomka obserwowała nasze działania, a ich miny mówiły: czy my naprawdę musimy mieć to dziecko?

To jest trudne to wytłumaczenia, a nawet chyba niemożliwe, ta chęć posiadania dzieci. Z dzieckiem jest masa roboty niemal non stop, nie masz swojego życia – jak stwierdziła bezdzietna z premedytacją Maria Czubaszek. Przed jakimś większym wyjściem nie malujesz w skupieniu paznokci, tylko sprawdzasz, czy zapakowałaś mleko i butelkę, i pampersy, i smoczek, i łóżeczko turystyczne, i sto innych rzeczy (to opis mojego szykowania się na Sylwestra). Przy wigilijnym stole nie rozkoszujesz się uszkami z barszczykiem, tylko latasz po sali za swoim dzieckiem, szarpiącym za obrus tudzież wlatującym paniom kelnerkom pod nogi (to opis mojej ostatniej Wigilii).

A jednak chcemy mieć te dzieci. Staramy się o nie, a potem dbamy i kochamy do szaleństwa. Wydajemy na nie majątek, najpierw żeby w ogóle się poczęły, potem urodziły, a następnie dobrze chowały. Nie widzę w tym za grosz logiki.

I tu muszę chyba zakończyć pompatycznym stwierdzeniem, że miłość nie jest logiczna, po prostu. A innej motywacji, niż miłość, do posiadania tych małych terrorystów nie widzę.

Miałam pisać o czymś konkretniejszym, ale chyba ten deszczowy początek nowego roku tak mnie nastroił filozoficznie.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS