RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2012

Pełen relaks na basenie

19 gru

Znacie taki sen, że wyglądacie jakoś tak beznadziejnie, włosy tłuste albo podarte kapcie, albo wręcz nago i stoicie przed tłumem przystojniaków i chcecie zapaść się pod ziemię? Otóż ja miałam coś takiego ostatnio na żywo.

Poszliśmy na basen z małym, znów na taki kameralny, dla dzieci, w dodatku w poniedziałek rano – cały był dla nas, oprócz ratowniczki nie było nikogo, normalnie privat pool. Już w samochodzie usłyszałam od męża uwagę, że wyglądam dość surowo, co, jak mi wytłumaczył, miało znaczyć, że nie mam make-upu. Ja wiem, że nieumalowane oko kobiety wygląda jak rozgotowany agrest (nie moje określenie, ale bardzo trafne) i rzadko można mnie zobaczyć bez wsparcia tuszu i kredki, jednak basen to basen – mały chlapnie raz i drugi i będę wyglądać jak panda. To już wolę wersję „surową”.

No i tak chlapiemy się, pluskamy, ja w stroju jednoczęściowym spłaszczającym biust, no i z tą niewyraźną twarzą, ale co tam, przecież tylko mały i mąż. Synek trochę kwękał na początku, zapomniał już, że ostatnio mu się podobało i musieliśmy go mocno przekonywać, że jest fajnie. Aż tu nagle hol wypełnia się jakimiś facetami w strojach WKS Śląsk (hol widać z wody), a po chwili na basen wkracza chyba ze dwudziestu typa w kąpielówkach, wszyscy z płaskimi brzuchami i rozbudowanymi klatami, no po prostu, kalendarz dla kobiet. Część z nich wlazło do jakuzzi, kilku do basenu, a reszta klapnęła na leżaczki i nuż się gapić. To byli piłkarze WKS Śląsk, przed budynkiem stały ich dwa zielone autobusy. Bardzo mili i grzeczni, wszyscy wchodzili z „dzień dobry”, uśmiechali się do małego, jeden klepał się po płaskim brzuchu, widząc wielkie zainteresowanie synka. Ja nie wiedziałam, gdzie oczy podziać.

Ja już kobieta dzieciata i mężata jestem, o żaden podryw mi nie chodzi, ale daleko mi było do komfortowego samopoczucia w tym stroju, z tą twarzą, no i figury Rubikowej też nie mam. Nasz czas powoli się, całe szczęście, kończył, mężydło widząc moje skonfundowanie, zaoferowało się, że przyniesie mi klapki, które beztrosko zostawiłam przy brodziku, w najdalszym kącie sali. Wylazłam z gracją z basenu uważając, by nie pośliznąć się na drabince, przejęłam dziecko od męża i uciekłam czym prędzej do szatni.

Taki to relaksujący wypadzik sobie zrobiliśmy…

Wiecie, jak to jest. Jak wbijecie się w kieckę i niewygodne, acz wysokie szpilki, to psa z kulawą nogą nie spotkacie…

 

Jogurcik

12 gru

No i dlaczego ta zaraza nagle nie chce jeść nic innego oprócz jogurtu? Chwała Bogu, naturalny też wchodzi w grę, ale co z tego? Moje wszystkożerne rzucające się na różnorodne pokarmy dziecko nagle zaczęło wypluwać wszystko, co ma inną konsystencję i smak niż wspomniany jogurcik.

Kto szykuje jedzenie i lubi, żeby innym smakowało i by docenili wysiłek, ten wie, jakie to wkurzające (nie będę przeklinać w notce o moim dziecku…), kiedy jajeczko sadzone z ziemniaczkami i fasolką szparagową, pomidoróweczka na indyczku z makaronkiem, duszona wołowinka z marcheweczką tudzież gotowana rybka z ryżem i warzywkami i inne dania, nad którymi się głowię lądują na podłodze (podczas próby karmienia) lub w koszu (po próbie karmienia). Ewentualnie dojada to wszystko zrozpaczona i wkurzona matka.

Śniadanie – jak na razie, tfu tfu – przebiega bez zmian i bez problemów – 210 ml kaszki: przygotowane, wypite, finito. Drugie śniadanko – już gorzej, kanapki totalnie popadły w niełaskę, wyczywalne owoce w jogurcie/serku są eliminowane poprzez wyplucie. Podczas obiadu jest masakra, chyba że podam ryż z jabłkami lub – ewentualnie – naleśnika z serem, ale i to nie zawsze i też raczej pokryte jogurtem. Podwieczorek – do tej pory pałaszowany banan, jabłko, grucha etc. są bleeeeee, nieeeeeeeeeeee, aaaaaaaaa!!!!!!!!!! Jogurtu zarazie nie podaję, bo ileż można. Chrupki kukurydziane przejdą, ciastka też, ale z tym ostrożnie, bo przecież przed nami kolacja i marudzenia kulminacja.

Przez wiele miesięcy kolacja to była powtórka ze śniadania, czyli kaszka, 5 minut i po sprawie. Boże, jak było cudnie. Potem było trochę kaszki i trochę kanapeczek, też ujdzie. Teraz to jest godzina jęczenia i albo podam jogurt lub ryż z jabłkami z obiadu, albo mogę się walić. Tak to wygląda i tak to odczuwam. I szlag mnie trafia.

Koniec notki.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Precz z łapami!!!

06 gru

Bardzo, bardzo nie lubię, kiedy obcy ludzie w sklepie czy na chodniku dotykają mojego synka! Nie życzę sobie tego i kropka, co to za, kurde, spoufalanie się! Ręka nie wiadomo kiedy myta, nie wiadomo, co dotykała chwilę wcześniej (klamki, poręcze, klucze i milion innych syfiastych miejsc, a może dłubała w nosie pełnym paciorkowców, a może karmiła gołębie spleśniałym chlebem, a może sprzątała kupsko po psie???), otóż TA RĘKA DOTYKA DELIKATNEJ BUZI MOJEGO DZIECKA!! Szlag mnie trafia i następnym razem chyba się nie powstrzymam.

Otóż byłam wczoraj w aptece i jakaś starsza baba postanowiła podotykać sobie policzków małego. Po pierwszym ataku cielesnym natychmiast odsunęłam od niej wózek, a w domu czym prędzej umyłam małemu buzię. Może to lekka paranoja, a może nie. Nie życzę sobie i basta, ani twarzy, ani rączek – rączki nawet gorsze, bo zazwyczaj prędzej czy później wędrują do buzi.

Jak grzecznie dać babie do zrozumienia, żeby trzymała łapy przy sobie? Może też ją pomiziać? Zapewne się oburzy: co pani robi, czemu pani mnie dotyka itp. No właśnie!!!

Moja bratowa opowiadała mi o problemach z częstowaniem cukierkami – obcy ludzie, zapewne z dobrej woli, wyciągają z kieszeni płaszczy i kurtek jakieś zatęchłe cukierki czy lizaki i dalejże częstować dzieci. Zgroza! Takie coś jeszcze mi się nie zdarzyło, zapewne przez widoczną małoletność synka. Wszystko przede mną. I wyjdzie człowiek na nieuprzejmą zołzę…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS