RSS
 

Archiwum - Listopad, 2012

Kocham spać!!!

26 lis

Mały nie daje nam się ostatnio wyspać, gdzieś tak od dwóch miesięcy budzi się kilkakrotnie w nocy i za każdym razem długo trwa, nim znowu uśnie. Wygląda to tak: godzina 1:30, mały stoi w łóżeczku i jęczy, zawodzi. Wstaję, kładę go lub nawet sam się przytula do poduszeczki, oczka zamknięte, smoczek w buzi, super – wskakuję pod kołdrę. Nie zdążę jeszcze dobrze się umościć, powtórka z rozrywki – mały stoi w łóżeczku i czegoś się domaga. Taki cykl kładzenia i wstawania potrafi się ciągnąć i dwie godziny oraz powtórzyć np. o 4 rano. Czasem synek ułożony zaśnie od razu, ale za to budzi się co godzinę. Kilka razy spałam na waleta, żeby sięgnąć ręką przez szczebelki do łóżeczka – kiedy mały czuł moją dłoń, nie podnosił się tak często (ale jednak!). Trzymanie ręki w wygiętej pozycji, z lekko zablokowanym przepływem krwi było zapłatą za kilka godzin względnego spokoju w nocy.

Kiedy z niewyspania zaczęłam już mówić rano głupoty w stylu „życie nie ma sensu” i „rozumiem samobójców”, wstawanie przejął mąż i noc mijała mi nieco lepiej, budziłam się oczywiście za każdym razem, kiedy mały stęknął, ale przynajmniej nie musiałam uprawiać musztry padnij-powstań. A w minioną niedzielę w ogóle doświadczyłam królewskiego odpoczynku, bo mężydło rano (jakoś po siódmej) zabrało z sypialni rozchachanego synka, ja odizolowałam się od nich drzwiami, korkami w uszach i okularami do spania (podstawowe gadżety maniaka spania) i wpadłam w sen jak w studnię. Spałam do 10, pierwszy raz od 1,5 roku chyba! Jezu, jak to dobrze się wyspać! Przypomniało mi się, jak jeszcze w okresie nocnych karmień też chodziłam niczym żywy trup i mąż zrobił mi prezent w postaci spokojnego poranka bez kochanego bachorka. Po jakimś czasie próbował mnie łagodnie przywrócić do rzeczywistości, machając mi przed nosem filiżanką świeżo zaparzonej kawy… Z całych sił uśmiechałam się wtedy i powstrzymywałam się od wyrzucenia go z sypialni razem z tą kawą, byle jeszcze dalej spać… Czasem czuję się jak narkoman uzależniony od snu.

Nie wiem, czy to zęby czy inna cholera, w każdym razie wg poradników wszystko robimy wzorcowo – mały umie sam zasnąć, nikt go wieczorem nie buja i nie głaszcze, leży sam w łóżeczku i po prostu usypia. Tak samo powinien więc robić w nocy, kiedy się obudzi. Nie będę kombinować nic z jedzeniem czy piciem, bo – nie daj Boże – przyzwyczai się i będę, niczym moja siostra, co noc szykować gorącą wodę w termosie na nocne podkarmianie. Co to, to nie! Zimno mu nie jest, gorąco też nie, co wnioskuję z macania szyi i kończyn, pieluchę mu zmieniam, jeśli czuję, że zyskała sporo na wadze. Nic chyba więcej zrobić nie możemy i jak zazwyczaj z różnymi kłopotami z małym dzieckiem i tu zadziała zasada – przeczekać.

A propos zębów, oto stan obecny paszczęki mojego ósmego cudu świata:

Może nie tyle taki uśmiech wszystko wynagrodzi, jak to się zazwyczaj mówi, ale wiele ułagodzi na pewno, w tym kolejną przerywaną noc…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Do żłobka i co dalej…?

23 lis

Mąż chce oddać małego do żłobka, aby się „cywilizował i uspołeczniał”. Nie teraz-zaraz, ale chce. Ja po ostatnich doniesieniach z polskich żłobków boję się oddać dziecko w obce ręce, bo mogą się okazać plugawymi łapskami. Może jak synek nauczy się werbalizować swoje odczucia, będzie bezpieczniej – przynajmniej będzie umiał się poskarżyć.

Zdaję sobie sprawę, że pod pewnymi względami dziecko w żłobku może się lepiej rozwijać, darujcie, ale nie lepię z synkiem figurek z plasteliny, nie bawię się w teatrzyk, a o moim umiłowaniu do placu zabaw pisałam już kilkakrotnie. Pewnie więc prędzej czy później chwila rozstania na kilka godzin dziennie nadejdzie. Teraz oddawanie go gdziekolwiek wydaje mi się bezcelowe, mały w dzień śpi 3 godziny, nie będę przecież płacić za to, że wyśpi się gdzie indziej, zwłaszcza, że jest nauczony spania na dworze, żadne układanie w łóżeczku nie wchodzi w grę. Najchętniej bym się go pozbyła tak po 16, a to jest chyba pora odbierania, a nie oddawania :)

Zapisanie małego do żłobka, klubiku, punktu przedszkolnego – jak zwał, tak zwał – będzie rewolucją dla nas obojga. Dla mnie oznacza to szukanie pracy, jakiej i gdzie – Bóg raczy wiedzieć. Czuję się totalnie zawieszona, w próżni. Nie wiem, w którą stronę pójść. Oglądam w TVN te babskie pomysły na biznesy, wszystkie zaczynają się od odejścia z korporacji, wszystkie panie pracowały od rana do nocy w krwiożerczych firmach, aż w końcu się wyzwoliły, zaczęły szyć dizajnerskie lalki, bądź piec babeczki i jest cool. U mnie jest w pewnym sensie na odwrót. W korporacji nie robiłam, więc uciekać nie mam skąd. Szyć nie umiem, babeczki to też nie do końca moja działka, co robić, co robić?

Chwilami mam takie przebłyski – w końcu będzie okazja sprawdzić się na innym niż do tej pory polu, może trafię na coś naprawdę fascynującego i moje życie nabierze nieco sensu. Częściej jednak myślę, że nie trafię na nic i do reszty sczeznę robiąc porządki w domu, bo przecież bezczynnie siedzieć to już całkiem śmierć.

A jak pogodzić ewentualną nową pracę z częstym chorowaniem synka, bo przecież wszystkie dzieci tak mają, gdy zaczynają chodzić do żłobka?

Oto ja – setki wątpliwości, lęk i brak wiary we wszystko niemal. Jeśli przekażę te beznadziejne cechy małemu, będzie to największa porażka w moim życiu.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

1000 kalorii

13 lis

Tyle, wg mnie, dziś spaliłam, usiłując zapiąć małego w wózku, po tym, jak uznałam, że pora wracać z placu zabaw… Siła piętnastomiesięcznego dziecka zdumiewa. Szacun.

Ostatecznie odniosłam zwycięstwo, ale fizyczne i psychiczne straty odniosłam wielkie. Skopany zapiaszczonymi butkami płaszcz też do tej pory nie może się pozbierać. Dodatkowo – nie jestem pewna, czy ktoś nie zadzwonił na niebieską linię i nie założono mi sprawy o znęcanie się nad dzieckiem. Liczę na ludzką znieczulicę…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Upodobania

12 lis

Mały jest już na tyle duży, że potrafi pokazać, co lubi, a co mu nie odpowiada. Mimo braku porozumienia lingwistycznego, rozumiemy się świetnie :).

Na pierwszym miejscu ex aequo są reklamy w TV oraz biszkopciki. Zrobiliśmy pewną zabudowę przed telewizorem, żeby gościu nie miał do niego dostępu (składa się ta zeriba z ławy, pufa, krzesła i fotela i, jak można się domyślić, wygląda uroczo), nie ma więc możliwości klepania ekranu rączkami tudzież samochodzikami, nic jednak nie możemy poradzić na oglądanie reklam. Kolory migają, muzyczka gra – jest super! Mały stoi jak zahipnotyzowany i nic do niego nie dociera. Włączamy funkcję mute i to trochę odbiera atrakcyjności prezentowanym filmikom, jednak jeśli nie chcemy wychować telemaniaka, telewizor musi być jak najrzadziej włączany.

Wszystko, co się lubi, jest tuczące i niezdrowe – znacie pewnie tę zasadę, poznał ją i mały. Nawet będąc w największej histerii i fochu, kiedy to wrzask przekracza bezpieczną granicę decybeli, a łzy tryskają jak fontanna, kiedy to, jak się wydaje, nic do purpurowego ze wściekłości człowieczka nie dociera, mały nie omieszka przegapić okazji zjedzenia biszkopcika. Kątem oka dojrzy, że trzymam go w dłoni i… CCC – Ciasteczko Czyni Cuda. Nagle zapada cisza, zakłócona jedynie chrupaniem i ciamkaniem. Alleluja! Byłby świetny w reklamowaniu tych ciastek.

Całe szczęście wizja otyłego nastolatka zalegającego przez telewizorem niekoniecznie się urzeczywistni – otóż mały lubi ruch i to dość wyczynowy, bo po schodach. Mamy zamontowaną furtkę, ale jeśli tylko zostaje ona uchylona, synek natychmiast zaczyna się wspinać. Próbuje różnych metod – na czworakach, z jedną ręką na poręczy lub (to najczęściej praktykujemy) podtrzymywany za ręce przez mamę (to ja! :)) lub tatę.

Prócz wspinaczki mały trenuje taniec. Buja się na boki i płynnie wymachuje rączkami… Jeśli ktoś kojarzy taneczne ruchy Joey’a z „Przyjaciół”, przypominające nieco mieszanie gigantyczną chochlą w równie wielkim kotle – to będzie mniej więcej to! I nie nabijam się z własnego dziecka, skąd! Jestem jego pierwszą i największą fanką! Czasem ćwiczymy w parze, zazwyczaj walca lub tango i też nam nieźle wychodzi…

Jeśli synek nie zostanie tancerzem, to być może perkusistą – stukanie wszystkim, co pod ręką, we wszystko, co pod ręką, to kolejne zajęcie, któremu oddaje się pasjami. Mamy już podziurkowane krzesła i parkiet, jako tako udało się uchować wspomnianą ławę – okryta jest prześcieradłem i kocem. Jeśli wspomnę, że stoi centralnie w salonie i przypomnę, iż stanowi główną zaporę przed telewizorem, możecie sobie wyobrazić, jak cudnie to wygląda…

Nie mogę się doczekać, kiedy mieszkanie znów zacznie przypominać to sprzed ery małego człowieka-demolki. Kiedy meble staną na swoich pierwotnych miejscach, z szafek i szuflad znikną tajemnicze zamki, a spod zabawek będzie widać dywan…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Mała choroba – wielki strach

04 lis

Przeżyliśmy ostatnio chwile grozy. W nocy obudził nas dziwny dźwięk, coś jakby dławienie się. Wyskoczyliśmy z łóżka jak poparzeni, pierwszy raz widziałam męża działającego tak błyskawicznie. Okazało się, że mały na czworakach wymiotuje na poduszkę. Był równie przestraszony jak my, a do tego bardzo zdziwiony. Przebrałam go, zmieniłam poduszkę, położyliśmy się, ale za kwadrans było to samo, tyle że wymiotował już prawie samą wodą. Znowu trzeba było zmienić ubranko, zamiast poduszki dałam mu ręcznik w poszewce i już do rana nie mogłam zasnąć, mimo że ostatnie noce też nie należały do spokojnych. Mały budził się o drugiej, trzeciej, czwartej trzydzieści… Co przyłożyłam głowę do poduszki, to musiałam wstawać – synek marudził, wstawał, rzucał smoczkiem, po czym natychmiast chciał go mieć z powrotem… Koszmar. W takich sytuacjach niezastąpiona jest pozytywka z utworami Bacha i Mozarta, każdemu rodzicowi gorąco polecam! Mąż albo nie słyszy tych jęków, albo nie chce mu się reagować, ja natomiast nie umiem leżeć spokojnie słysząc, jak mały się nakręca. Efekt jest taki, że przez ostatnie tygodnie chodzę niewyspana i rozkojarzona, przez co ciągle o czymś zapominam i wszystko mi ginie.

Ale wracając do tematu – rano niby było OK, mały wypił kaszkę jak zwykle, potem jogurcik, po czym wruuuu! Poooszło w pieluchę. I to tak poszło, że musiałam go przebrać całego, od bodziaka, przez rajtuzki do spodenek i bluzy. Kto przebierał choć raz roczne dziecko wie, jaka to męka. Ufajdane ubranka bynajmniej nie ułatwiają sprawy. Człowiek odnosi wrażenie, że ma do czynienia z rozwścieczoną ośmiornicą, wydzierającą się wniebogłosy w dodatku. W końcu potwór poszedł spać.

Spał normalnie, jak zwykle 3 godzinki, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że wszystko jest w porządku. Po drzemce próbowałam mu dać obiad, lekki – ze względu na okoliczności ugotowałam mu ryż z jabłuszkiem. Marudził strasznie, ale to jest niestety norma przy obiedzie, w końcu wziął do buzi łyżeczkę ryżu… i natychmiast zwymiotował tysiąckrotność takich łyżeczek. Przeraziłam się już nie na żarty. Mały do wieczora już nic nie jadł, a następnego dnia tylko trochę kleiku na wodzie i biszkopciki. Co dziwne, miał doskonały humor!

Teraz już jest OK, wróciliśmy do normalnego menu, a to musiał być jakiś wirus, bo po dwóch dniach przeszedł na męża i zgotował mu straszną noc… Ja się uchowałam, odpukać.

Lekka gorączka, trochę wymiotów czy sraczki u dziecka to w sumie nic takiego, tak sobie powtarzałam, ale w środku umierałam ze strachu. Starałam się nie panikować, bo to tylko pogarsza sprawę, muszę jednak przyznać, że odpowiedzialność za dziecko przytłacza mnie w takich momentach jak wielki kamień. Najchętniej bym uciekła, scedowała opiekę na kogoś innego, na fachowca, specjalistę, bo ja mogę popełnić błąd, czegoś nie zauważyć, zaspać, przeoczyć…

PS

Pisałam ostatnio o mojej koleżance, która poddała się in vitro. Pierwsza próba nieudana. Będą kolejne. Życzę jej z całego serca powodzenia. Z drugiej strony wydaje mi się, że nie wie, na co się decyduje… Macie czasem takie poczucie co do niektórych osób starających się o dziecko?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS