RSS
 

Archiwum - Październik, 2012

Przyszłość

30 paź

Bardzo często, gdy patrzę na synka i widzę, że jest miniaturką dorosłego człowieka, zastanawiam się, jak będzie wyglądała jego przyszłość. Zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić, że ta rączka zmieni się w rękę i będzie pisać, trzymać młotek, zmieniać biegi, gładzić czyjeś ciało… Tak tak, myślę też o seksualności małego :)

Odnośnie tego ostatniego, to zastanawiamy się z mężem, kiedy przestać pokazywać się synkowi nago. Teraz jest zimno, więc nikt po domu na golasa nie biega, ale przyjdzie kolejne lato i chyba to już będzie ten czas, by przestać epatować nagością. A równocześnie nie chować się jakoś przesadnie… Hmm…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Pełne napięcia wieczory…

22 paź

Jak można się tak przejmować filmem? To niedorzeczne. A jednak, żeby jako tako wrócić do równowagi po obejrzeniu ostatniego odcinka czwartego sezonu „Dextera”, musiałam sobie zaserwować kilka drinków! Scenarzyści tego serialu są zbyt dobrzy! Jacyś magicy, czy co? Jestem pod ogromnym wrażeniem ich kunsztu motania fabuły.

Zawsze mocno przeżywałam losy bohaterów, z którymi dane mi było „przebywać” dłuższy czas. Pamiętam swoja rozpacz, kiedy zakończyła się emisja bajki „Dżeki i Nuka” o dwóch niedźwiadkach. Było cholernie smutno, kiedy skończyłam czytać trzeci grubaśny tom „Winnetou”, a do serii książek o Ani Shirley wracałam wielokrotnie, no bo jak, towarzyszyła mi tyle czasu, a teraz koniec?

Jesteśmy z mężem wielkimi oglądaczami seriali, z tym że nie mam tu na myśli tych emitowanych w naszej wspaniałej telewizji – nie śledzimy losów bohaterów „M jak miłość”, „Klanu” czy, uchowaj Panie Boże, „Mody na sukces” :) Za to upajamy się serialami, że tak powiem, z wyższej półki. „Rodzina Soprano”, „Battlestar Galactica” (pamiętam, jak było mi bardzo smutno po obejrzeniu ostatniego odcinka), „Lost”, „Dr House”… Po zakończeniu tego ostatniego wpadłam niemal w nastrój żałoby, wieczory stały się puste, w dodatku wydawało się, ze profanacją będzie zacząć oglądać nowy serial…

No, ale po jakimś czasie głód oglądania znowu się uruchomił i nastał czas oglądania „Dextera”. I niech to szlag, jak oni, ci scenarzyści, reżyserzy i wszyscy inni, jak oni tam motają! Nie można w spokoju obejrzeć ani kwadransa! I tak jak napisałam, bez drinka czy piwka jest ciężko! Czy jednak przerwiemy serial w połowie? Skądże znowu! Czy i dziś zasiądziemy przed telewizorkiem i obejrzymy ze dwa odcinki, obgryzając z nerwów paznokcie? A jakże!

Kto czuje się znudzony i otępiony przez aktualną propozycję najpopularniejszych stacji telewizyjnych niechaj sobie obejrzy „Dextera”, nie ma siły, by się nie wciągnął, by serce nie zadrżało raz, drugi i dziesiąty. Nawet mój mąż zdradza oznaki napięcia, a to jest coś!

Dla pary z dzieckiem, która nie może się wybrać do kina czy klubu, oglądanie dobrych filmów to zbawienie. Oboje czekamy zawsze na tę chwilę, kiedy mały, wykąpany i nakarmiony, zasypia w swoim łóżeczku, a my zasiadamy na kanapie. „Najlepszy moment dnia” – powtarza często mężydło…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Śliniak i inne gadżety

19 paź

Mały ślini się na maksa. To niezaprzeczalny fakt, niestety. Średnio na dzień schodzi mi 4-5 sztuk tych półokrągłych szmatek podbitych ceratką, przy czym pisząc „schodzi mi” mam na myśli to, że mały zaślinia je dokumentnie, tak że aż są ciężkie. Moja siostra, matka dwójki dzieci, obserwując mojego synka, powiedziała: dopiero teraz rozumiem, czemu to się nazywa śliniak… Sama bowiem używała śliniaków jedynie do ochrony ubranka przed plamami z jedzenia.

Małemu wychodzą zęby, to go trochę tłumaczy. Górna piątka jest nadal w natarciu, a na dole po obu stronach idą chyba czwórki. Dziąsła ma spuchnięte i obolałe, muszę bardzo delikatnie czyścić mu paszczę, żeby nie urazić i tak już bolących miejsc. Oględziny paszczęki mojego dziecka pozwoliły mi wysnuć wniosek, że problem ślinienia nie zniknie z dnia na dzień. Postanowiłam przeszukać Allegro pod kątem śliniaków właśnie, licząc na jakąś atrakcyjną ofertę zakupu hurtowego, bo chociaż co chwila piorę te cholerstwa i tak po jakimś czasie nabywają na stałe jakichś brązowo-pomarańczowych niespieralnych plam.

Przeglądając oferty doznałam kilku wstrząsów. Pierwszy był związany z odkryciem, że ludzie (przedsiębiorcze matki zapewne) sprzedają śliniaki używane! Pomysłowość ludzka nie zna granic. Po drugie odkryłam, że można żądać za śliniak 30 zł, tylko dlatego, że jest firmy Babybjorn i „pasuje” do nosidełka tejże marki. Wow! Trzy dychy za kawałek „oddychającej tkaniny frotte” to też przejaw sporej pomysłowości. Po trzecie, trafiłam na ofertę chusteczek będących alternatywą dla bohatera dzisiejszego wpisu. Ładne, kolorowe i dizajnerskie. Cena – prawie 30 zł. Pewnie sprzedają po kilka sztuk w paczce – pomyślałam. Nic bardziej błędnego, 30 zł to koszt jednej sztuki kawałka szmatki wielkości chustki do nosa. Niepodszytej w dodatku żadna folią, przez co mój syn po jakiejś godzinie miałby już mokrą bluzkę i bodziaka, czyli nadawałby się do przebrania. A tego właśnie chcę uniknąć!

Spasowałam w temacie śliniaków z Allegro, ale zaczęłam przeglądać inne wynalazki. Mojej mamie zdarzyło się raz pomacać pupę małego z komentarzem: może ma mokro, a chwilę później wygłosić pochwałę pampersów oraz słyszałam, jak z podziwem mówiła do mojego taty o mnie szykującej kolację dla małego: ty wiesz, mleko z proszku zmieszała, kaszkę dodała i już, żadnego gotowania, przypalania garnka… Mniej więcej tak się czułam oglądając cuda w necie: nakładki na skarpetki zapobiegające ich zsuwaniu (sic!), nocnik składany na płasko, który można również dopasować do deski sedesowej, do tego  jednorazowe wkłady z „pochłaniaczem cieczy” (czyli koniec z wygrzebywaniem kupska ze środka…) oraz, uwaga, to mój faworyt: obrotowa łyżeczka z odważnikiem na końcu, który utrzymuje ów kosmiczny sztuciec cały czas jest w pozycji poziomej, „co zapobiega spadaniu jedzenia z łyżki”, jak zapewnia sprzedawca. Ciekawe, czy zapobiega wściekłemu rzutowi pełną łyżką o podłogę lub ścianę, nie wiem, może ta łycha ma też funkcję lewitacji…?

Odnośnie łyżeczek do nauki jedzenia - zakupiłam ostatnio małemu taką krzywą, ułatwiającą trafienie do buzi, ale synek odniósł się do niej ze sporą dozą podejrzliwości (czytaj – nie chciał jej wziąć do rączki, a jak już wziął, to po to, by rzucić na podłogę). On widzi, że coś z nią jest nie tak – skomentowało mężydło. Cóż, może obrotowa zyskałaby większą aprobatę, w końcu kosztuje nie 3 zł, a 33…

Na koniec odkryłam coś, o czym mówiłam żartem, kiedy mały obijał się o meble stawiając pierwsze kroki – kask do nauki chodzenia! „Wyposażony w 30 otworów co gwarantuje właściwy poziom wentylacji głowy”! Skomentuję to w ten sposób – wydaje mi się, że mój synek nauczył się bezpiecznie pokonywać przeszkody oraz schylać się pod stołem, bo po prostu kilka razy najzwyczajniej w świecie się walnął. Ot co.

Nie jestem przeciwniczką przeróżnych udogodnień dla dziecka, a przede wszystkim dla rodzica, broń Boże. Sama z wielu korzystam, byłaby to więc hipokryzja. Według mnie trzeba jednak zachować umiar, żeby, po pierwsze, nie wychować kosmity, który nie będzie wiedział, co się robi ze zwykłą łyżką a pierwszy raz w głowę uderzy się w wieku 10 lat (i poczuje to!); po drugie, żebyśmy nie utonęli w zalewie dizajnerskich gadżetów, zapominając, co tak naprawdę jest ważne i sprawdza się w potrzebie. Moi znajomi np. zaopatrzyli się w monitor oddechu, a zapomnieli zakupić termometr dla dziecka; nabyli najdroższy na rynku laktator, zamiast dowiedzieć się, jak dziecko powinno chwytać pierś, by popłynęło z niej mleko; pół roku wybierali kolor wózka i rodzaj kół, a przegapili datę pierwszego szczepienia…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Pomysł na biznes w czterech punktach

17 paź

Żłobków i przedszkoli jest za mało. Więcej jest chętnych niż wolnych miejsc. To raz.

Czesne można dać naprawdę spore, 800 zł/m-c to norma, plus 400 bezzwrotnego wpisowego, plus parę złotych dziennie na jedzenie, plus jeszcze jakieś dodatkowe zajęcia płatne ekstra – można i tysiaka za jedno dziecko wyciągnąć. To dwa.

Dzieci nie umieją mówić i w ogóle nie są rozumne, można zrobić z nimi, co się chce. A rodzice nic nie zobaczą, bo ich nie trzeba wpuszczać, niech odbierają dzieci w przedsionku. Nikogo w ogóle nie trzeba wpuszczać, działalność gospodarcza i już. To trzy.

Ponieważ jednak dzieci to dzieci, czyli płaczą, krzyczą i wierzgają, najprościej jest je związać i zakneblować. I kłopot z głowy. Święty spokój. To cztery.


http://www.polskatimes.pl/artykul/677895,skandal-we-wroclawskim-zlobku-opiekunki-zwiazywaly-dzieci,id,t.html?cookie=1

PS

Można też pozować w stroju kąpielowym do gazety, ludzie to kupią, każdy chce zobaczyć oskarżoną o zabicie własnego dziecka siedzącą na koniu w majtkach i staniku. Im więcej takich wystąpień, tym lepiej. Może jakiś „Taniec z gwiazdami” się trafi? Nie, lepiej coś większego, własny talk show! Na temat – jak radzić sobie z półrocznymi dziećmi. W końcu jakoś zarabiać trzeba.

 

Zdradliwe guziczki

12 paź

- Zdejmij mu tę bluzkę, OK? – mówię do męża.

Po chwili słyszę płacz małego.

- Co się stało?!

- A bo tu przy szyi są jakieś ukryte guziki…

Mało brakowało, a głowę by dziecku urwał…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Hop i już – nie dla każdego, czyli fiku miku kontra zastrzyki w brzuch

08 paź

Odebrałam kilka dni temu paszport małego. Wyprawa do miasta z wózkiem to niezły sprawdzian uczynności dla wrocławian. Muszę powiedzieć, że zdany na piątkę. Ale z drugiej strony szkoda, że taki test muszę przeprowadzać. Nie ma jednak takiej opcji, żebym sama wtargała wózek z małym do tramwaju. Akurat pod urząd jeździ pojazd starego typu, taki z dwoma wielkimi schodami. Gdyby nie pomoc przypadkowych osób, nie byłabym w stanie wsiąść, nie wspomnę o wysiadaniu. Tak jak wspomniałam, ludzie byli bardzo uczynni, sami oferowali pomoc, przeżyłam jednak chwile grozy w drodze powrotnej, kiedy to tramwaj coraz bardziej pustoszał. Dzięki Bogu ostał się jeden pasażer i pomógł mi wyjść, w przeciwnym wypadku pozostawały mi albo nerwowe okrzyki do ludzi stojących na przystanku (jeśliby takowi byli) albo podróż na pętlę i pomoc motorniczego. Już nigdy nie wsiądę do drugiego wagonu, bo nie miałam nawet możliwości zastukać do kierowcy.

Moja przyjaciółka dwa tygodnie temu poddała się zabiegowi in vitro. Jutro robi badanie z krwi na obecność ciąży. Inna moja koleżanka już dwa lata temu przeszła całą tę kosztowną procedurę i dziś cieszy się córeczką. Zawsze przy takich okazjach nachodzi mnie refleksja, jak to jest – w jednym przypadku (np. w moim) wystarczy miłe fiku miku i już, i raczej większość uwagi w tej kwestii poświęca się na niedopuszczenie na powtórkę z rozrywki, a w innym (i to coraz częściej) trzeba stanąć na głowie (wziąć kredyt, przejść badania, robić sobie zastrzyki w brzuch), żeby dać sobie szansę na zajście w ciążę.

Jedni dużo wydają na antykoncepcję, a drudzy na in vitro. Ironia losu.

Nigdy nie zastanawiałam się, co by było, gdybym nie mogła zajść w ciążę, to się po prostu stało. Ci, co mają mniej szczęścia, miewają na ten temat obsesję. To chyba trochę jak z tymi schodami w tramwaju – nikt, kto pokonuje je w dwie sekundy, nie rozmyśla nad ich istnieniem. Hop – i już.

Trochę marne porównanie, wiem, ale coś w tym jest.

 

Plac zabaw oraz kto powinien wychowywać dziecko

05 paź

Plac zabaw to moja zmora, w przeciwieństwie do mojego dziecięcia. Mały biega po trawie, zbierając co lepsze śmieci, szura się po piasku w piaskownicy, szarpie huśtawką łańcuchową, zdziwiony, że im mocniej szarpie, tym bardziej ona go „atakuje”, rusza huśtawką-wagą, ryzykując utratę przez wybicie zębów wyrżniętych z takim wysiłkiem oraz klepie pulchną łapką w wyślizganą zjeżdżalnię. Jednym słowem – ubaw po pachy. Dla małego, oczywiście. Za to dla mnie to przede wszystkim nuda, muszę mocno się skupiać, by pilnować dzieciaka, bo co chwila odpływam gdzieś myślami, gdy tymczasem mały szarpie cudzym wózkiem albo próbuje, czy głowa mu się między palikami ogrodzenia zmieści.

W sumie więc jest to nuda poprzetykana stresem, dość dziwaczny i męczący stan, który po opuszczeniu tego zabawowego miejsca wbrew pozorom nie zmienia się w relaks, wręcz przeciwnie, nuda co prawda ulatuje, ale stres się mocno zwiększa. A dlaczegóż? A dlategóż, iż moje dziecko z całych sił się drze, ryczy i rzęzi, kiedy próbuję je wsadzić do wózka, by udać się w końcu do domu. Wyje i rzuca się całą drogę do klatki, wrzeszczy, gdy niosę go po schodach do mieszkania oraz histeryzuje w domu jeszcze jakieś pół godziny. KOSZMAR. Słychać go chyba w sąsiedniej galaktyce. Mnie z jednej strony pęka serce, z drugiej czuję wściekłość. Znowu jakiś dziwaczny rozdarty stan ducha.

Poskarżyłam się mężowi, jaki to stres mam z placem zabaw i zapowiedziałam, że never ever i w ogóle. A on mi na to, że, przeciwnie, powinnam częściej TAM chodzić. Wściekłam się na nowo, tym bardziej, że wiedziałam, że mężydło ma rację.

Co robić, co robić?

Byłam TAM znowu dziś. Poszło trochę lepiej, znalazłam chyba sekret spokojnego opuszczenia tego przybytku – za rączkę, spacerkiem. Chodzenie na własnych nogach jest dla małego atrakcją samą w sobie, więc wyjścia na chodnik i dalej w stronę domu nie uznał za koniec zabawy. Poza tym na placu nie było dodatkowych atrakcji w postaci innych dzieci, o tej porze (południe) są pewnie w żłobkach, przedszkolach i Bóg wie gdzie, jestem, kurna, chyba jedyną matką na osiedlu, która nigdzie i nikomu dziecka nie oddała. Jeśli ktoś się pokazuje z wózkiem, to albo młodziutka dzieweczka, czytaj: niania, albo starsza pani, czyli babcia.

Ostatnio rozmawiałam ze znajomą, która pół roku temu oddała opiekunce sześciomiesięczne niemowlę (oczywiście na czas, kiedy ona sama jest w pracy). Z rozmowy wynikało, że trochę machnęła na nie ręką, w końcu to ta opiekunka spędza z dzieckiem więcej czasu niż rodzice, więc co się będzie wcinać.

Chyba bym tak nie potrafiła, a jeśli bym musiała, trafiałby mnie szlag co chwila. Bo ktoś inny by mi moje dziecko wychowywał, po swojemu pokazywał świat, pozwalał na to, co według niego jest OK, a zakazywał tego, co, jego zdaniem, nie jest OK. Mnie bierze cholera nawet jeśli widzę minimalne odstępstwo od moich zasad w opiece nad małym. Jeśli ja uważam, że wieje i czapka ma na głowie być, to komentarze ‚ po co ta czapka’  mam głęboko w nosie, obojętnie czy to robi moja mama czy siostra czy jeszcze ktoś. A już do furii doprowadza mnie zasypywanie synka słodyczami przez teściową i gadanie, że czemu dziecku nie daję, ależ można już dawać, takie delikatne ciasteczko, a te czekoladki to są specjalnie dla dzieci (bo mają „kinder” w nazwie) i w ogóle jestem jakaś dziwna. No całkiem wyrodna matka! Nawet nie próbowałam artykułować argumentów o zdrowiu, próchnicy, otyłości i uczeniu smaków, bo nie trafią one do kogoś przekonanego, że najlepszym napojem dla dziecka jest słodzona herbata z własnej szklanki.

Daję małemu biszkopciki naprawdę przeznaczone dla dzieci i to max dwa dziennie, bo widzę, jak się na nie rzuca, co świadczy o tym, że łakomstwo odziedziczył po rodzicach i nie mam zamiaru bardziej go rozbuchać. Spytałam tej znajomej, czy wszystko w wychowywaniu jej dziecka jest po jej myśli. Przyznała, że nie spodobało się jej, gdy zobaczyła, że mała dostaje czekoladę (SIC! dziecko ma rok), ale nic z tym nie zrobiła, bo ta opiekunka tak dobrze się dzieckiem zajmuje… Machnęła ręką po prostu. Nie wtrąca się, oddała pole obcej osobie, z wygodnictwa myślę, ależ też z pewnej lekkomyślności i bezrefleksyjności. Bo jeśli teraz niania coś w dziecku „popsuje”, to przecież nie zostanie to bez konsekwencji. Ale w przyszłości będzie to problem rodziców, a nie opiekunki z lat niemowlęcych.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Drzemanie i spanie

02 paź

Poprzednia notka ma być dowodem, że nie tylko dzieckiem żyję i oddycham. Że znajduję czas na poczytanie książki i prasy! No!

Ale dziś znowu głównie o małym. Jakiś czas temu zrezygnował z popołudniowej drzemki. Przez wiele miesięcy było tak, że około 11 zasypiał na jakieś 2 godzinki, o 13 jadł obiadek i potem, około 15, znowu miałam go z głowy na godzinkę z hakiem. Od jakiegoś czasu rytm dnia mu się zmienił – nie chce iść tak szybko spać po śniadaniu, skumałam to po kolejnym bezowocnym bujaniu go w wózku na tarasie. Teraz mały po porannej kaszy szaleje do 12, zjada drugie śniadanie (zaskakuje mnie apetytem, potrafi wrąbać całego banana, a dziś np. zjadł calutką kajzerkę, trochę okruszków jeno zostało). Po 12 zasypia bez problemu na 2-3 godziny, po czym hula do wieczora.

Z jednej strony jest to wygodny rozkład dnia, wiem, kiedy czego mogę się spodziewać, z drugiej – to jakieś ograniczenie. Te dwie stosunkowo krótkie drzemki kiedyś można było lekko modyfikować, przesuwać, bądź z jednej w ogóle zrezygnować. Teraz ta jedna solidna jest szalenie mało elastyczna. Wydarzenia typu wyjazd do dziadków wybija małego z rytmu, jest problem z zaśnięciem, potem jest problem z niedospanym dzieckiem i jakoś tak lewo wszystko wychodzi.

Ostatnio jednak udało się nam oszukać synka, że wszystko jest OK i bez zmian :) Otóż, wybawiliśmy się na weselu, a w tym czasie niczego nieświadomy mały spał u siebie. Oczywiście na wszelki wypadek ściągnęliśmy dziadków. Był to pierwszy nasz wspólny wypad gdzieś bez dziecka. Miłe uczucie przerywane tylko czasem zerkaniem na telefon, bo a nuż się obudził, zobaczył babcię zamiast mamy i zrobił wojnę? Mały ma niestety niedobry zwyczaj natychmiastowego siadania lub wręcz wstawania, jeśli tylko coś go w nocy obudzi. Ponieważ jest ledwo przytomny, kończy się to tak, że leci jak kłoda na szczeble… i zyskuje kolejny guz na czole. Nie wspominając o płaczu. Sytuację zawsze ratuje i łagodzi smoczek i jestem pełna niepokoju, jak my go kiedyś wyeliminujemy i poślemy precz z buzi małego.

Wracając do ślubu, który poprzedził wspomniane wesele – młodzi oprócz standardowej przysięgi (był to ślub cywilny) wygłaszali do siebie poetyckie wyznania miłości. Młoda swoje po szkolnemu odklepała. Natomiast młody ledwo wyduszał słowa ze ściśniętego gardła; wszystkie panie na sali nerwowo zaczęły manipulować chusteczkami przy powiekach, ratując makijaż. Mężydło stwierdziło, że to niemęskie i żenada. Dla mnie było to piękne, bo pełne uczucia, emocji i szczerości. Nie wyznaję zasady, że chłopaki nie płaczą. Jak zwykle różnię się z mężem w tego typu kwestiach. Ty to nawet na swoim ślubie nie byłeś wzruszony – powiedziałam. Ależ byłem, ale trzeba było się trzymać – on mi na to.

Mój mąż to twardziel, z tego wynika…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS