RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2012

Od Mrożka do kryzysu

25 wrz

„… wszystko się rozwarstwia i intensyfikuje i natęża, a przede wszystkim pędzi, pędzi coraz to szybciej. Jeszcze kilka lat temu na przykład (…) zdjęcia rozebranych kobiet można było znaleźć tylko w półtajnych pismach pornograficznych. Nie minęło kilka lat, a żadne już w zasadzie pismo (…) nie obejdzie się bez zdjęć takich, o jakich przedtem marzyłyby najśmielsze pisma specjalistyczne. [...] W tej chwili przemysł konfekcyjny, masowy, rzuca właśnie na supermarkety stosy kostiumów kąpielowych typu „sieć” [...]. Rozpasanie, którego erotyzm jest tylko znakiem, ogólne i apokaliptyczne z każdym rokiem daje się coraz bardziej we znaki.[...] Weźmy typowy samochód rodzinny (…) z roku na rok coraz pełniejszy jest przyborów do letnich rozkoszy, ale właściwie nie tylko przyborów konkretnych, takich jak sprzęt do pływania i łowienia ryb [...]. Mam raczej na myśli tę nieokreśloną kupę śmiecia konfekcyjno-użytkowo-bezużytecznego, owe niezliczone a zupełnie niepotrzebne kapelusiki pseudoletnie (…), świat plastiku bezsensowny, taboreciki, (…) radyjka, (…) pudełeczka, walizeczki, pantofelki z plastiku, koszulki koniecznie specjalnie wyrażające radość życia (…), spodenki krótkie koniecznie, choćbyś miał siedemdziesiąt lat i żylaki jak byki (…), a niech już ręka boska broni, jeżeli ktoś nie jest w Europie opalony pod koniec lata.”

Dalej o tym, że dzieci nie przywiązują się do zabawek, bo wciąż dostają nowe i o nowych modelach samochodów, które nie umywają się do starych, wytrzymałych, porządnie wykonanych. Te nowe tak są specjalnie zrobione, że szybko się psują, by można/trzeba je było jak najprędzej zastąpić jeszcze nowszym modelem…

Kto to pisze? Sławomir Mrożek. Kiedy? W roku, uwaga, 1965, w liście do Stanisława Lema. Miejsce jest tutaj ważne, bo nie poczyniłby pisarz takich obserwacyj w szarym smutnym PRL-u. W tamtym czasie Mrożek mieszkał we Włoszech w nadmorskiej turystycznej miejscowości, do której latem zjeżdża się cała Italia i pół Europy (przynajmniej wtedy). Tak to relacjonuje pisarz: „Więc wyszło z miast włoskich 5 milionów ludzi, a gdzie ci, co wyszli przedtem, gdzie cudzoziemcy, którzy już przyjechali i ci, co właśnie jadą? Odpowiedź prosta: tu, pod moimi oknami”.

Uderzyło mnie w tych obserwacjach, jak bardzo przystają do naszych czasów. Tyle lat minęło, a my nadal w zalewie plastiku i pornografii. Ciągle pod presją zmiany auta na nowsze, telefonu na nowocześniejszy, ciuchów na modniejsze. I przypomniała mi się rozmowa Jacka Żakowskiego z ekonomistą Paulem H. Dembinskim, zamieszczona w 5 numerze „Polityki” z tego roku, dotycząca kryzysu. Dembinski mówi: „Mam wrażenie, że główną przyczyną kryzysu jest zmęczenie. Pogubiliśmy się w rozjeżdżającej się rzeczywistości. Czym ma się zajmować szef firmy – przedsiębiorstwem czy jego rynkową wyceną? Kiedyś to było powiązane. Dziś nie. Zwykli ludzie też są udręczeni. Ile razy w życiu mamy się uczyć nowego menu w telefonie? Gdzie są szampony, spodnie, buty, do których przywykliśmy pięć lat temu? Świat oparty na narzuconej przez finansjalizację nietrwałości jest irytujący. A nie ma pewności, że działa efektywniej”. Dalej też jest ciekawie:

„Szef Deutsche Bank Josef Ackermann apelował do międzynarodowego nadzoru, by instrumenty oferowane na rynku były wystarczająco proste, żeby zarządy banków mogły je zrozumieć (mówi Żakowski).

To jest problem. W wielkich bankach przez lata decydowała presja zysku. Banki kupowały papiery, których nie rozumiały, bo na nich się lepiej zarabiało, a ratingi dawały złudzenie bezpieczeństwa. Ale prywatni szwajcarscy bankierzy próbowali zrozumieć. Jeden z nich opowiadał, co się stało, kiedy poprosił, żeby mu szczegółowo wyjaśnić, jak działa taki papier. Na posiedzenie zarządu przysłano dwunastu matematyków, którzy przedstawili trwający godzinę wywód, a na końcu zaproponowali, że jeśli ktoś nie zrozumiał, to mogą wszystko od początku powtórzyć. Za trzecim razem mało który członek takiego zarządu przyznał się, że wciąż nie rozumie. Ale byli tacy. Głównie w prywatnych bankach, które nie są na giełdzie.

 

Dzięki prawu Zygmunta Solorza: nie robię interesów, których nie rozumiem (Żakowski).

To wymaga odwagi. Jak wszyscy kiwają głowami, trudno powiedzieć, że się nie rozumie. Nie zrozumiałeś, korepetycje ci nie pomagają – pomyślą, że się nie nadajesz. Finansjalizacja to także psychiczna dominacja patentowanych matematycznych geniuszy, którzy rozwijają jakieś niepojęte formuły i hipnotyzują nimi ludzi podejmujących decyzje. Niebywale kosztowne decyzje podejmowano pod wpływem takiej hipnozy. To dotknęło nie tylko zarządy banków czy firm. Rządy także. I organizacje międzynarodowe. Prawie wszyscy tej hipnozie ulegli. Demokratycznie akceptowali rzeczy, których nie rozumieli i których często się zrozumieć nie da. Nie dlatego, że są zbyt skomplikowane. Często za pozornym wyrafinowaniem kryje się coś kompletnie bez sensu.”

 

I tak – od Mrożka do kryzysu. Co dalej z tym światem?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Co wynika z rozpulchnionego dziąsła

20 wrz

Mały od paru dni ma sraczkę. Inaczej tego nazwać nie sposób. Nie jest to biegunka, żadne odwodnienie nam nie straszne, ale trzy raz dziennie wali takiego kupala, że… poszłam wczoraj z nim do lekarza (z małym, nie z kupalem, ten został w pampersie w domu, powoli weń wsiąkając). Doktorka osłuchała, w ucha zajrzała, gardziel obejrzała. Nic złego nie znalazła. Tak zresztą myślałam, bo ani gorączki, ani braku apetytu nie ma. Jedyny podejrzany to ząb. Tzn. kilka zębów, bo idą na potęgę, ale zwłaszcza jeden daje się małemu we znaki, jak sądzę. Myślałam wcześniej, że to czwórka idzie, ale gdy mężydło parę dni temu zajrzało w szczękę i stwierdziło, że małemu idzie ząb „na podniebieniu”, przyjrzałam się sprawie głębiej, a za moją radą i lekarka takoż. Stwierdziła, że to, co widzimy, to piątka przedzierająca się przez zwały dziąsła. Nawet nie chcę myśleć, jak to będzie dalej wyglądać, bo odległość między jednym kawałkiem zęba a drugim to jakieś pół centymetra, pod spodem wiadomo – reszta zęba siedzi. I jakoś wyleźć musi.

Lekarka powiedziała, że jakby starego dopadło ząbkowanie, to mógłby nie przeżyć :) Że to boli, swędzi i dokucza na maksa, do tego przez rozpulchnione dziąsła wnikają bakterie, ot i sraczka gotowa. Podawałam małemu Dicoflor, ale nie było żadnej poprawy, lekarka zaleciła zmianę środka, od dwóch dni dostaje Multilac i chyba jest lepiej (zmniejszyła się częstotliwość i, co ważne, smrodliwość). Odradzam natomiast Floridral. Założenia producenta są szczytne – dwie pokaźne saszetki, w jednej elektrolity, w drugiej dobre bakterie, należy to zmieszać i podać w 200 ml wody. Super, niech mi tylko producent powie, jak zmusić dziecko, żeby wypiło szklankę takiego paskudztwa. Na opakowaniu wprawdzie mamy info o smaku bananowym, ale wg mnie to tyczy się tylko zapachu, smak jest smarkowy i mały przez pół dnia wypił 1/3 tego specyfiku (a powinien tuż po przygotowaniu, tak stoi w ulotce).

Odstawiłam serki i jogurciki, obiadki podaję jeszcze bardziej lekkostrawne, niż dotąd, na deserek gotowane jabłuszko i… oby to pomogło, bo nie daję rady na cały czas zmiany pieluchy wstrzymywać oddechu, a odór jest tak potężny, że na pewno nie pozostaje obojętny dla zdrowia… A nikt mi, kurka, szkodliwego nie płaci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Mały u fotografa

18 wrz

Postanowiliśmy wyrobić małemu paszport. W sierpniu zmieniły się przepisy i przedłużono ważność paszportów dla dzieci z roku na pięć lat, a to jest już jakiś sensowny odcinek czasu, w którym możemy niekoniecznie wyjeżdżać do Indii czy na Madagaskar, ale możemy np. chcieć wyskoczyć na parę dni chociażby do Czech czy Niemiec. I młody bez dokumentu byłby kłopotem. Złożenie wniosku poszło dość sprawnie, zwłaszcza teraz, po wakacjach. Jedyne utrudnienia to kilka osób w kolejce i kilka schodów do pokonania (jest tylko platforma dla niepełnosprawnych, taka jeżdżąca przy ścianie, podjazdu niet). Odnośnie takich jeździdeł jest takie coś niedaleko mojego mieszkania, przy bloku wybudowanym ledwie w zeszłym roku. Są tam bardzo strome schody z podjazdem i zjazdem dość samobójczym, ja się boję po tym wózek sprowadzać. No, ale dla niepełnosprawnych jest właśnie taka winda. Złożona, przykryta brezentem, rozumiem, że należy sobie ją wypakować we własnym zakresie. Jest też tabliczka z instrukcją obsługi, gdzie jak byk stoi – włożyć i przekręcić kluczyk. Owszem, jest dziurka. Ale skąd wytrzasnąć kluczyk? Nie ma żadnego numeru telefonu ani dzwonka do jakiegoś strażnika czy co. Postaram się szerzej zbadać tę sprawę, bo to mi na jakąś kpinę wygląda.

Wracając do tematu, czyli składania wniosku o paszport w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim – sam dokument jest tańszy od zdjęć, kosztuje 30 zł, 4 fotki: 35. Potrzebna jest tylko jedna, ale cóż. Może gdzieś na mieście jest taniej, woleliśmy jednak cyknąć zdjęcia na miejscu, gdzie wiedzą, jakie tło, mina i rozwarcie oczu jest akceptowalne. Weszliśmy nieco spękani do fotografa i mówimy w czym rzecz, pełni obaw patrząc na młodego, czy go coś nie wystraszy i nie uderzy w ryk. Proszę wyjąć dziecko z wózka – fotograf beznamiętnie wydał nam polecenie, a następnie wskazał obrotowy okrągły taboret, jako miejsce, gdzie mamy delikwenta posadzić. Oczywiście nie ma szans, żeby mały na tym usiedział więcej niż 3 sekundy bez upadku, ale mężydło przytrzymało go z boku. Fotograf nadal zupełnie olewający nasze przejęcie zaczął jakby mimochodem machać sobie nad głową jakąś kolorową zabawką, a było to tak pełne rutyny i znudzenia, że zaczęłam się śmiać. Kilka sekund i po strachu, na ekranie pokazał się mały na taboretku objęty ręką męża. Należało teraz z tego wyciąć jedynie głowę i już. Viva nowoczesne narzędzia do obróbki…

Paszport ma być gotowy za dwa tygodnie, mogę go odebrać sama (przy składaniu wniosku muszą być oboje rodzice). Na razie pękam ze śmiechu oglądając fotki małego, przedstawiające zdziwioną gębulę z otwartą buzią z widocznymi dwoma jedynkami na dole.

I absurdzik na koniec – musieliśmy podać wzrost małego! A to zmienia się przecież z miesiąca na miesiąc…

 

Fotoblog

14 wrz

Chciałabym zaprosić wszystkich zainteresowanych do mojego bloga fotograficznego: 
http://okiem-laika.blog.pl/

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Basen

09 wrz

Zupełnie zapomniałam wspomnieć tu o naszej wizycie na krytym basenie. Jakiś miesiąc temu postanowiliśmy sprawdzić umiejętności małego w wodzie :) To, co potrafi wyczyniać w wanience i dmuchanym baseniku już wiedzieliśmy, przyszła pora na większe akweny (zamoczenie pięty w Bałtyku się nie liczy…). Poza tym chciałam wypróbować tzw. pieluchy kąpielowe, kupione, a jakże, na wczasy i ani razu nie użyte.

Znaleźliśmy fajny basen dla dzieci, nie w żadnym aquaparku i bez bajerów typu zjeżdżalnia, dzięki czemu byliśmy prawie sami. O to chodziło, żadne z nas nie pała miłością do piszczącego tłumu w kąpielówkach. Na początku był mały problem z logistyką. Nie mogliśmy oboje przygotować małego na wodowanie, na drzwiach od szatni wisiały kartki grzmiące: TYLKO DLA PANÓW!! TYLKO DLA PAŃ!! Czy jakoś tak. Przypuszczam, że wiele rodziców miało taki pomysł, by wspólnie próbować okiełznać dziecko w przebieralni. No, ale OK, wzięłam to na siebie. W szatni były przewijaki, dzięki Bogu mały dał się położyć i rozebrać, a nawet udało mi się wciągnąć mu tę kolorową pieluchę (nie ma zapięć, tylko gumki). Dalsze moje czynności wymagały niezłych akrobacji – spróbujcie rozebrać się jedna ręką, drugą powstrzymując dzieciaka przed sturlaniem się na podłogę…

Już z małym na ręku wcisnęłam rzeczy do szafki i w końcu mogliśmy iść się popluskać. Tak jak wspomniałam – oprócz nas było jeszcze tylko dwoje dzieci z rodzicami, więc mieliśmy idealne warunki na spokojne przyzwyczajenie małego do nieznanego. Okazało się, że wcale nie potrzebował aż tak komfortowej sytuacji, bo… w ogóle się nie bał! Wsadziliśmy go w dmuchane kółko, położyli na brzuchu, a ten hej – zaczął chlapać rękami i nogami, co nawet trochę przypominało pływanie. Przez charakterystyczny układ kończyn dolnych wyglądało mi to na styl żabki :) Jedyny minus radochy był taki, że mały non stop miał otwartą roześmianą buzię, więc opił się wody. Prawie godzinę taplał się cały zadowolony.

A te pieluchy kąpielowe to ściema, nie ma siły, by utrzymały siuśki w sobie, wszystko wypłukuje się do wody. Jedyny patent to brak zapięć, które mogłyby się rozkleić. Jak to się ma do higieny w takim basenie? Who knows?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Czy noworodek gryzie?

06 wrz

Moja koleżanka A., która 3 tygodnie temu urodziła (w sposób naturalny) córeczkę, ma problem z karmieniem piersią. Do tej pory winą za moje kłopoty w tej kwestii obarczałam głównie cesarkę. Głównie – bo musiało mi przeszkodzić coś jeszcze, wiele kobiet po cięciu karmi przecież bez problemu. Reguły nie ma jednak także u tych, jak widać, którym udało się urodzić naturalnie. Pokarm A. ma (ale coraz mniej, o czym za chwilę), gorzej z samym przystawianiem do piersi. A. skarży się na ból sutków, na to, że córka ją „gryzie”. Cudzysłów – bo jednak mnie gryzienie kojarzy się z zębami…

W związku z powyższym A. zaczęła karmić w kapturkach oraz odciągać pokarm i podawać go córce w butelce. Parę dni temu zadzwoniła nieco spanikowana z pytaniem, co ja robiłam, gdy miałam za mało pokarmu. Czerwona lampa mi się zaświeciła we łbie. Spytałam ją, czy jak karmi w kapturku, to dziecko ma całą brodawkę w buzi? Nie, tylko sutek. W dodatku strasznie długo wtedy ssie (nawet godzinę) , więc coraz częściej w ruch idzie laktator. Wg mnie to prosta droga do zatrzymania produkcji mleka. Dziecko nie pobudza gruczołów mlecznych ssaniem, bo ich po prostu nie ma w buzi, zresztą nawet jeśli, przez silikon byłoby trudno. Pewnie dlatego tak długo ssie. Poza tym sam laktator tylko ściągnie to, co jest, ilości pokarmu nie zwiększy – uważam tak z własnego doświadczenia. Wobec tego trzeba dziecko dokarmić. I tu się zaczyna świetnie znana mi polka, której nie życzę nikomu. Ile podawać, ile to może stać nie wypite, jak ze sobą brać na spacer, jak podgrzewać itp., itd.

Przez prawie godzinę mówiłam A. jak to u mnie było. Jakie mleko jest dobre. Ile mniej więcej podawać. Że podgrzewacz się przyda. Że to, że tamto. Ale w głębi duszy jestem trochę na nią zła. Ja byłam najszczęśliwsza i mega podjarana, kiedy mój mały złapał cyca i ssał. To było jak święto. Kiedy kilka razy najadł się samym cycem, chciało mi się płakać ze szczęścia. Samo karmienie piersią mogę opisać jako przyjemne. Co u licha boli tam A.? Zwłaszcza, że w szpitalu mała dobrze chwytała pierś? Co się potem stało? I czy to taki ból, że nie można wytrzymać? Zaleczyć przez dzień-dwa i wrócić do karmienia? Zostawiłam dla siebie te przemyślenia, bo z drugiej strony wiem, jak na początku jest trudno, wszystko wydaje się nie do przejścia, a tak w ogóle to chce się spać i nic więcej. Staram się wierzyć w dobre intencje A. Radzę jej najlepiej, jak umiem, mówię o wszystkim, co mnie pomagało w podobnym okresie. Często do mnie dzwoni, bo inne koleżanki z karmieniem kłopotów nie miały – pamiętam ten stan wyalienowania: wszystkie karmiły, a ja nie mogłam.

Siedzę więc cicho i nie pouczam. Choć mnie uwiera zaprzepaszczanie tego, o co sama tak długo walczyłam. Karmienie butelką wydaje się wygodniejsze. Ale to złudzenie, wystarczy wymienić wszystkie gadżety potrzebne do tego – odpowiednia woda, podgrzewacz, butelka, smoczek, laktator, mleko oczywiście, trzeba wszystko myć i wyparzać, pamiętać, żeby był zapas, no i te ceny… Pogryzione sutki, hmm… Nie umiem być obiektywna…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Listonosz… nie dzwoni w ogóle

03 wrz

Mój listonosz (tj. ten, który przynosi listy do mojego bloku) stosuje różne dziwne taktyki, wkurzające mnie maksymalnie.

1) Zostawia list polecony w skrzynce podczas mojej nieobecności (a w liście była cenna biżuteria i wolałabym, żeby list ten czekał na mnie na poczcie), przy czym podpis odbiorcy musiał podrobić, jak sądzę.

2) Zostawia awizo w skrzynce, mimo że siedzę kamieniem w mieszkaniu czekając na dzwonek u drzwi, zwiastujący listonosza z przesyłką w ręku. Przekleństwa, jakie miotam, kiedy po całym dniu przebywaniu w domu otwieram skrzynkę i znajduję awizo, na którym jak byk stoi: NIE ZASTAŁ OSOBY UPOWAŻNIONEJ DO ODEBRANIA, są naprawdę wymyślne, ale ulgę przynoszą minimalną.

3) Ostatnio zaś zostawił mi… liścik, ale nie taki, na jaki czekałam:

 

Szkoda, że z takim awizo ja muszę jakoś być w stanie się zabrać z wózkiem z jedenastokilowym dzieckiem w środku na pocztę, do której prowadzą pokaźne schody, a chętnych do wnoszenia jakoś na zawołanie nie ma. Właśnie kwestia tych schodów wkurza mnie najbardziej, bo na pocztę mogę się przejść, swoje w kolejce odstać, wysłuchać sapania, wzdychania i biadolenia współkolejkowiczów (co ona tam robi? ale się guzdrze, myśli, że my tu mamy czas tak stać; popatrz pani, trzy okienka, jedno czynne, co to się porobiło: gdzie jest kierownik! co, robić się nie chce! poszła i zginęła; jaka przerwa, pani chyba żartuje! halo, jedna kolejka do wszystkich okienek! itd.), ale żeby w ogóle móc stanąć w tej pieprzonej kolejce, muszę kogoś prosić o pomoc przy wtarganiu wózka (i przy późniejszym opuszczaniu tego przybytku).

Nawiasem mówiąc, lata wyczekiwania na swoją kolej na poczcie (kilka razy w tygodniu wysyłałam faktury z mojej firmy) uodporniły mnie na wiele i powiedzmy, że potrafię czekać bez podwyższonego ciśnienia. Wiele razy widziałam, jak frustraci wyżywają się na babeczkach w okienkach i generalnie jestem po ich stronie (babeczek). I wierzę mocno, że kiedyś nastanie dzień, kiedy nie będą musiały segregować listów w pudełkach po kiwi, trzymać spinaczy w pojemnikach po jogurtach, odrywać kwitków na linijce, a list zagraniczny nie będzie musiał być wpisywany trzy razy w jakieś tajemnicze księgi, pamiętające jeszcze PRL…

I oby nadeszły takie czasy, w których listonosz będzie w stanie się zabrać i ze swoją robotą uporać. Amen.

 

PS

Na mojej poczcie jest nalepka z symbolem człowieka na wózku, ale to oznacza tylko tyle, że jedno okienko ma nieco obniżoną ladę. Jak ktoś na wózku ma wjechać po schodach do sali z okienkami (a potem zjechać) pozostaje słodką tajemnicą.

 
 

  • RSS