RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2012

Dzień Bloga, olaboga

31 sie

Dzień dzisiejszy jest deszczowy i dość melancholijnie nastawia do upływającego czasu…

A czas leci i stawia nam mnogo wymagań, zwłaszcza kiedy się dziecię wychowuje. To, co jeszcze wczoraj (metaforycznie mówiąc, bo tak naprawdę mam na myśli kilka miesiący) było najważniejsze na świecie (czyli mleko „jedynka”, przegotowana woda mineralna, owocki w słoiczku etc.) dziś nie ma już racji bytu. Bo lecimy już na „trójce”, wodę albo gotujemy w czajniku zwykłą, albo lejemy prosto z butelki, uff, jaka ulga. A owoca dziecię konsumuje z ręki gryząc samodzielnie na kawałki, więc nie ma już dyktatu posiadania desereczków w słoiczeczkach. Bo też i strach, że poda się coś niestosownego wielkiemu zmniejszeniu uległ.

Całe szczęście, nie wszystko jednak muszę zmieniać; włosy mi się zjeżyły tu i ówdzie, gdy czytałam menu dla dzieci w wieku 1-3. Skonsultowałam z lekarką moje obawy przed kanapkami i chęci dalszego podawania kaszki na śniadanie i kolacyję. Przyznała mi rację, że nie ma co szaleć, kanapek się jeszcze dziecię naje, a ona bardziej obawia się rodziców eksperymentatorów, co to z ananasem do dziecka startują, niż takich konserw jak ja, co to nauczyła się kaszkami dziecko karmić i na razie poprzestać na tym chce.

W każdym razie po dziecku najbardziej widać upływ czasu – leży, leży, potem pełza, pełza, po chwili już raczkuje, po czym i to staje się nieaktualne, bo już na dwóch kończynach biega. A jak biega, to trzeba buty szykować, co do tej pory takie odległe było. I tak ze wszystkim – w piątek wystarcza karton jako ochrona przed skubaniem kwiatka, w poniedziałek skubaniec już umie karton przestawić; w poniedziałek swobodnie można gościa do okna balkonowego puszczać i nic się nie dzieje, w środę już odrywa listwy roletowe i próbuje urwać sznureczek od nich (rolet). Najpierw jeździ w malutkim foteliku tyłem do jazdy. Potem fotelik się odwraca, a potem trzeba już szykować większy… Żadnego constans…

Miało być o zmianach ostatniego roku :) Tak podpowiedzieli tutaj: 
http://waszymzdaniem.blog.pl/2012/08/31/swietujemy-dzien-bloga/

Z okazji Dnia Bloga, poniżej wytypowane przeze mnie blogi w liczbie 5:


http://barbarella.blog.pl/


http://kuraaktualniedomowa.blox.pl/html


http://lady-in-the-office.blogspot.com/


http://wyzwania-losu.blogspot.com/


http://kylemehr.avx.pl/hk/

Czytam, zaśmiewam się (zwłaszcza z barbarelli i kury, lubię takie podejście do życia) i polecam innym.

A wszystkim Blogowiczom życzę miłego dnia.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zabawy i zabawki

27 sie

Kiedy mały idzie do siebie i jest cisza, ukradkiem wychylam się z kuchni i obserwuję, co robi. Dla mnie to najlepszy widok na świecie! Siedzi sobie w swoim pokoiku i sam przekłada zabawki z miejsca na miejsce, próbuje nakręcić ukochanego bączka albo naciska sobie guziki z melodyjkami (czasem nawet podryguje do taktu, to jest dopiero komiczne!). Ostatnio pracowicie próbował umieścić swoje drewniane klocki na prętach zabawki, na których są już nanizane takie klocki (zamieszczam zdjęcie, żeby było wiadomo, o co mi chodzi) i bardzo był zdziwiony, czemu spadają. Z jednej strony było mi go szkoda, z drugiej byłam dumna, że załapał podobieństwo swoich klocków z tymi na zabawce.

Zabawek mały ma sporo, raz jednak prawie całe popołudnie bawił się papierkami wielkości znaczka pocztowego, wydartymi z „Polityki”: podrzucał, łapał, śmiał się, gdy przyklejały mu się do łapek… Świetnie też bawi się ze mną ścierką kuchenną. Zabawa polega na tym, że zarzucam mu ścierkę na głowę, a on piszczy z radości i biega po pokoju, dopóki ścierka mu nie spadnie, wtedy przychodzi do mnie i zaczynamy od nowa… Czasami bawi się jak kot – plamą słońca na podłodze czy sznurkiem.

W dmuchanym baseniku najlepszą zabawą jest wychlapywanie wody. A propos basenika, to wiele mnie wysiłku kosztował ten gumowy potwór. Takie to to niepozorne było, złożone w kostkę w pudełku, myślę sobie (w pewien pieruńsko upalny dzień), pora go nadmuchać, w końcu prezent, wypróbować nam trza. No więc zbliżam ja swój otwór gębowy do wentylka i… próbuję wdmuchnąć choć pół oddechu. Jezus Maria, mało nie padłam, a mały tylko łypał na mnie oczkami. Całe szczęście posiadam pompkę do materaca. Przytargałam ją, pot się leje, ale nic, jaki lepszy dzień jest na basenik, jeśli nie taki upalny. Pompuję zatem. Pompuję. Pompuję. Mały zaczyna płakać ze strachu. Uspokajam go i równocześnie mocniej przyciskam nogą, żeby jak najszybciej skończyć. Basen cały czas płaski, podnosi się tylko coś na kształt pałąka z zabawkami NAD basenem. Nota bene, zabaweczki mają swoje osobne wentylki. Cholera, najmniej potrzeby wentyl jako pierwszy musiałam znaleźć! Namacałam drugi, pompuję. Basen nadal płaski jak deska, ale oto nadmuchała się podłoga! O rany, jeszcze jeden wentyl! Mały prawie w spazmach. Uspokajam go, że zaraz będzie miał super radochę z taplania się w wodzie i pracuję nogą dalej co sił. W końcu basenisko nabrało kształtu. Mały uciekł z rykiem. A ja co, muszę teraz wytargać potwora na taras. Uff… Jak gorąco! Sama bym się wykąpała choćby i w czymś takim, ależ proszę bardzo, w kucki bym się zmieściła, jeszcze tylko wody trzeba nalać… Taszczę z łazienki jedną miskę, drugą, trzecią… Zagaduję równocześnie do małego, żeby się już cieszył na mega rozrywkę. W końcu hurra! Można zaczynać relaksik. Rozbieram małego i chlup! A ten w bek. Nie chce usiąść, trzyma się mnie kurczowo. Co jest, do licha, tyle wysiłku, padam na pysk, a ten co. Gorąco mu nie jest, czy jaka cholera. Okazało się, że mimo żaru z nieba i 35 stopni powietrza woda dla małego za zimna (wg mnie była orzeźwiająca…). Wyciągam go, dolewam ciepłej, wsadzam go znowu, równocześnie czyniąc mu wyrzuty w stylu „matka się tak napracowała, a ty co”. W końcu załapał, usiadł i zaczął się bawić. Chwila oddechu… Po czym, jak wyżej napisałam, najlepszą zabawą okazało się wylewanie wody na zewnątrz…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bunty i bu(n)ciki

24 sie

Roczny bilans nie poszedł dobrze. To znaczy, ze zdrowiem małego wszystko jak najbardziej w porządku (dzięki Bogu!), przytył, urósł, obwód łebka się powiększył etc. Ale wizyta to był jeden wielki ryk. Pani doktor jest be, przewijak be, rozbierał się nie będę, co to za zaglądanie w gardło, a ten stetoskop zaraz wyrwę i rzucę na podłogę! Chcecie mnie zważyć? A guzik, nie położę się na tej beznadziejnej wadze. A co to? Centymetr? Wsadź se go, kurde, nie dam się zmierzyć! Mam pokazać jak chodzę? A nie chce mi się teraz! I tak dalej, w ten deseń. W ogóle nie słyszałam, co mówi lekarka, ledwo utrzymałam wrzeszczącego małego na rękach. Cała struchlała poszłam do gabinetu zabiegowego, gdzie pielęgniarka robi szczepienia… Tak jak przewidywałam, po wstrzyknięciu zabójcy meningokoków wrzask osiągnął apogeum. Jeszcze tylko 120 zł przy kontuarze i mogliśmy wziąć nogi za pas…

Dwa tygodnie później na szczepienie MMRII (odra, świnka, różyczka) szykowałam się jak na wojnę. Chrupeczki, bączek ulubiony, gryzaczek do łapki, pozytywka z ulubioną melodyjką… Dość powiedzieć, że mogłam se to wsadzić. Mały znowu się darł i jak przez mgłę pamiętam, że chyba jesienią mam przestać podawać witaminę D, ale kurde, będę musiała to sprawdzić.

Chyba idzie ku gorszemu, bo kiedy w czerwcu byliśmy na wizycie u okulisty, nie było tak źle, a wtedy bardziej się obawiałam reakcji małego. Ale nie, dał sobie oczy zakropić, patrzył na światełko, wodził wzrokiem za kuleczką itp., trudności pojawiły się tylko przy badaniu dna oka, ale to zupełnie zrozumiałe. Kto lubi, jak mu w oko świecą i powiekę wywijają; trzy pielęgniarki unieruchamiające małego na leżance plus wspomniana pozytywka załatwiły sprawę. Nawiasem mówiąc, prawdopodobnie mały zezik, który był powodem wizyty, nie jest niczym groźnym.

Już zapowiedziałam mężydłowi, że w grudniu, na kolejne szczepienia, idzie ze mną.

A wczoraj wieczorem wielki ryk, jaki wydobył z gardzieli mały uświadomił mi, że krzyki w gabinecie lekarskim to był pikuś. Dlaczego krzyczał, skąd ta wściekłość i wrzask, panie Faulkner? Otóż, po moich opowieściach o załamujących ręce mijających nas paniach „A gdzie ty masz buciki, chłopczyku?” oraz dających się słyszeć ze spacerówek spostrzeżeń „Mamo, a ta dzidzia jest boso!” mąż postanowił przymierzyć małemu buciki. Ja wcześniej tylko nieśmiało próbowałam i szybko się wycofywałam, mężydło poszło jednak w zaparte i sandałki nałożyło. Po czym mały mógł startować w konkursie na najbardziej nieszczęśliwe dziecko świata.

Nie za bardzo pomagały spacerki po mieszkaniu, synek tuptał jak kaczka, ale wcale go to nie bawiło i na dobrą sprawę humor odzyskał dopiero puszczony swobodnie na bosaka.

Jest jednak światełko w tunelu – dziś po śniadaniu udało mi się obuć go na chwilę i krzyki było odrobiną cichsze…

 

PS z innej beczki

Małemu w końcu zaczęły iść kolejne zęby, aż do tej pory miał w paszczy jedynie czterozębny kasownik. Pojawiła się dwójka, ale nie na spodziewanym dole, a u góry oraz kawałek dalej, po tej samej stronie (sic!) widać czwórkę. Zdecydowanie nie idzie to książkowo…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Zła matka

23 sie

Jakiś czas temu w „Dzień Dobry TVN” była rozmowa o trudach macierzyństwa. Zaproszone tam mamy skarżyły się, że nie mówi się publicznie, jak to trudno być matką (sic!), za to w mediach prezentowany jest tylko i wyłącznie wizerunek supermatki biegającej na obcasach z imprezy na imprezę, której kilkumiesięczne dziecko w niczym (a zwłaszcza w bywaniu) nie przeszkadza. Hmm, lekko się we mnie zagotowało.

Sama jestem mamą na 24-godzinnym etacie, nie mam pod ręką babć ani żadnych opiekunek, mąż pracuje codziennie od rana do 19-20, jestem więc z małym praktycznie cały czas sama, zdana na siebie. Nigdy do dzieci nie miałam ręki, nigdy też nie zajmowałam się nawet przez moment żadnym dzieckiem, czy to siostry czy koleżanki (co tu owijać w bawełnę, unikałam takich zadań jak ognia), więc można powiedzieć, że weszłam w rolę matki bez żadnego doświadczenia. Ale, na Boga, nie urodziłam się wczoraj i nie miałam jakichś śmiesznych naiwnych wyobrażeń o cudownym czasie spędzanym z małym w domu, tudzież poza nim. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę w w/w programie: Nikt nie powiedział mi, że się będę nudzić na placu zabaw! Nikt nie mówił, że będzie tak ciężko! I tym podobne androny padały z ust zaproszonych matek rozczarowanych macierzyństwem. O ludu, mój ludu.

Na ciążę zdecydowałam się dopiero po trzydziestce m.in. dlatego, że wiedziałam, że:

- dzieci są upierdliwe;

- przez kilkanaście lat wymagają nadzoru i opieki;

- pochłaniają czas, przeznaczany wcześniej na różne fajne sprawy;

- trzeba z nimi chodzić w różne miejsca typu ZOO, teatr lalek czy ów nieszczęsny plac zabaw.

Decyzja o pójściu z małym do piaskownicy dojrzewała we mnie długo, bo wiedziałam, że to będą nudy na pudy. Naprawdę nie trzeba wiele wyobraźni, by dojść do takiego wniosku. W końcu się wybrałam. I czułam się bardzo nieswojo. Jak kosmitka jakaś. Wokoło pełno innych dzieci. Jakichś takich dziwnych, nieładnych, niesympatycznych. Nie zmieniło się za bardzo moje podejście do dzieciaków sprzed ciąży, co tu kryć. Minimalnie może. Wyłączając oczywiście moje własne bejbi – taka to już podstępna natura, instynkt, jak zwał, tak zwał.

Oprócz gromady dzieciarów otaczały mnie matki udające, że zjadają babki z piasku. O rany.

Mały trochę pogrzebał w piachu, po czym postanowił opuścić tę fabrykę fałszywych wypieków, nie zważając na to, że porusza się na czworakach i inne rejony podwórka poza piaskownicą są średnio przyjazne dla gołych rączek i stópek. Moja rola polegała więc na uporczywym zawracaniu go do piaskownicy, a po tysięcznym razie zrobiłam zadość jego pragnieniu i poszliśmy sobie stamtąd. Ja z ulgą, ale i poczuciem, że będę musiała tu wracać.

Jak tylko mały zacznie chodzić, pozwolę mu łazić po całym placu zabaw do woli. Niewykluczone, że będzie wolał wtedy siedzieć kamieniem w piaskownicy. Będę siedzieć z nim, będę „jeść” zrobione przez niego babki. Zapewne. Nie znaczy jednak, że stanie się to moją ulubioną formą spędzania czasu. Wiedziałam o tym, zanim jeszcze zaszłam w ciążę i nie jestem zadziwiona tym faktem.

Podsumowując: śmieszą mnie i irytują te apele, fora, artykuły pełne „odkrywczych” rad typu: daj sobie prawo bycia złą matką! Nie musisz wyparzać zabawek dziecka, gdy tylko spadną na podłogę! Daj sobie luz, nie prasuj dziecięcych ubranek! Nie miej poczucia winy, jeśli musisz iść do toalety, a twoje dziecko płacze!

Nie wiem, skąd wzięły się kobiety, którym trzeba uświadamiać takie „prawdy”. Może to one są kosmitkami? Po porodzie nie zmieniamy się przecież w jakieś automaty-matkomaty. Emocje nie umierają, nadal się wściekamy, odczuwamy zmęczenie i irytację, ba, odczuwamy nawet głód, więc zjadamy nasz obiad, mimo że w tym momencie akurat synuś lub córusia koniecznie czegoś od nas chcą. Aha, i nie nabieramy umiejętności rozpływania się nad wszystkimi dziećmi dookoła. Przynajmniej ja tak mam. Widocznie nie jestem matkomatem. Sorry. I jestem złą matką.

PS

A znane matki-aktorki bywające miesiąc po porodzie w obcisłych kieckach i szpilkach na pokazie mody? Na zdrowie!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Pattisonowa na cytologii

17 sie

Kilka dni temu będąc cuzamen we dwoje w kabinie prysznicowej mówię do mężydła, który jakoś bardzo atrakcyjny mi się wydał, z lekkim zarostem, opalony: Wow, wyglądasz trochę jak Pattison! Mąż po chwili zastanowienia: Ale taki ze słoika?

Tyle tytułem wesołego wstępu.

Zostałam ostatnio uroczyście zaproszona na badanie cytologiczne. Uroczyście, bo zaproszenie przyszło pocztą, w nagłówku miało godło kraju naszego pięknego oraz nazwę Ministerstwo Zdrowia, a zwracano się w nim do mnie per Szanowna Pani. Zadzwoniłam, umówiłam się, zaproponowano mi niejako przy okazji USG wewnętrzne, więc co tu nie skorzystać. Byłam, zrobiłam, dziś dzwoniłam pytać o wyniki, są dobre. Świetnie! Czemu o tym piszę? Bo program ten obejmuje kobiety w wieku 25-59 lat. Zapewne mamy ich sporo w narodzie. Otrzymały one piękne zaproszenia. I co? Gabinet świecił pustkami, chociaż nie byłam umówiona na konkretną godzinę; dopiero jak wyszłam, pojawiła się jakaś kobieta, słownie jedna. Domyślam się, że chętnych jest niewiele, bo pielęgniarka i lekarz cackali się ze mną jak z jajkiem i nikt nawet nie sprawdził mojego ubezpieczenia, a na moje nieśmiałe napomknięcie, że miałam robioną cytologię rok temu ( NFZ finansuje wszak tylko jedną na trzy lata) babeczka tylko się żachnęła. Byli tak zdeterminowani, że chyba i facetowi by zrobili cytologię, jeśliby tylko się zgłosił.

Apeluję więc do Was, kobitki, korzystajcie z tych eleganckich zaproszeń, bo tam na Was czekają i się nudzą!

PS

A. urodziła parę dni temu zdrową dziewuszkę. Wczoraj wyszły ze szpitala. Pierwsza noc nie była łatwa, A. dzwoniła do mnie z pytaniem, co robić, bo mała płacze. Hmm, dzieci już tak mają, że płaczą, każdy o tym niby wie, ale jednak zawsze budzi to konsternację, kiedy dotyczy naszego bajtla i zakłóca nasz sen. Poradziłam przez telefon pomasować brzuszek, a potem jeszcze napisałam epistołę esemesową, bo mi się poprzypominało 1001 sposobów na płacząco-wrzeszczącego potwora w łóżeczku. I zwróciłam się do męża w te słowy: czy nasz też tak płakał, że nie można go było uspokoić? Mój Boże, jakaż to pamięć ludzka jest mizerna…

 

Rok

09 sie

Mija dziś rok, odkąd pierwszy raz zobaczyłam synka. Dzień jak co dzień pełen zajęć, a jednak moje myśli krążą wokół tamtych szpitalnych wydarzeń, tego zamętu i zastanawiania się, jak to będzie…

Koleżanka A. nadal, jak to określiła, jest w dwupaku, termin wyznaczony przez lekarza mija jutro. Napisała mi, że nie może się już doczekać. Bardzo dobrze ją rozumiem.

ROK.

Ciekawe, kiedy przestanę sprawdzać w nocy, czy synek oddycha.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Zbliża się rewolucja (nie u nas)

01 sie

Nasi znajomi wkrótce zostaną rodzicami. Dość długa droga za nimi, od kilku lat starali się o dziecko, A. przeszła kilka bolesnych badań oraz inseminację, nadal jednak nie była w ciąży. W końcu lekarz (uznany i znany wrocławski ginekolog) stwierdził, że bez in vitro nic z tego nie będzie. Do tego jednak zabrakło im samozaparcia, przez chwilę rozważali adopcję, w końcu się rozstali. Po paru miesiącach wrócili do siebie na trochę, aż tu nagle gruchnęła wieść o ciąży!

Oboje mieli bardzo mieszane uczucia. Dziecko już dawno wyparowało z ich planów, a wcześniej padło sporo bolesnych słów, że ty się na ojca nie nadajesz i nie chcę z tobą dzieci, a z tobą coś nie tak, skoro nie możesz zajść etc. Pierwsze miesiące ciąży to było wręcz odrzucenie myśli o dziecku, nie widziałam u A. szczęścia i radosnego oczekiwania. Nie przygotowywała się wcale, nie biegała po sklepach za wyprawką i nie gładziła się po brzuchu, jak robią to podekscytowane przyszłe matki. Musiałam się siłą powstrzymywać od udzielania dobrych rad i opowiadania o własnych doświadczeniach, bo A. nie chciała o tym słuchać. B. buntował się, jak tylko wspominaliśmy, że sporo się zmieni, że nie będzie mógł tyle czasu poświęcać na swoje pasje i treningi. Wyliczał nam, że jak o odpowiedniej porze wykąpie dziecko, to cały wieczór będzie miał dla siebie. Witki nam opadały.

Dopiero bodaj w 5 czy 6 miesiącu, kiedy A. zapytała mnie o tytuł książki o ciąży, z której korzystałam, pomyślałam, że w końcu się odnalazła w roli. I faktycznie, coraz więcej rozmawiałyśmy o USG, stanikach do karmienia i porodówkach wrocławskich. Ostatnio A. i B. pochwalili się nam urządzonym pokojem, w którym czekają pampersy, kosmetyki dla niemowląt, przewijak… Oddałam A. sporo rzeczy po małym, z których dawno już wyrósł. Muszę się przyznać, że z kilkoma ubrankami nie umiałam się rozstać, wzruszyłam się jak na amerykańskim filmie, kiedy oglądałam te mikroskopijne kaftaniczki i bodziaczki… Jak on się kiedyś w nie mieścił??

Za parę dni rozwiązanie. Oboje z mężydłem jesteśmy ciekawi, jak ta rewolucja będzie wyglądała u A. i B. Zaoferowałam pomoc i jak na razie robię za telefoniczną informację, a jeśli będzie taka konieczność, pojadę pomóc osobiście. Wiem, jak to cholernie ważne na początku. Zwłaszcza, że szkoła rodzenia, do której uczęszczali A. i B. to była bardziej jakaś afirmacja porodu niż praktyczne przygotowanie do opieki nad dzieckiem. Nie kapali, nie przewijali, o czyszczeniu pępka były dwa słowa… Zgroza. Jak to słusznie zauważył mój mąż, poród jest jak ślub – bardzo ważny, ale najwięcej do roboty jest później…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS