RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2012

Plaża Rzeczpospolita Wózkowa

26 lip

Nie wiem, dlaczego myślałam, że będziemy jakimiś frikami z wózkiem na plaży… Odwrotnie, raczej dziwne było, jeśli ktoś pojawiał się bez wózka, a najlepiej jeśli był obwieszony, czym tylko się da (koce, maty, siatki z piciem etc.)…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jak ograniczyć działalność dziecka nie ograniczając dziecka?

23 lip

Mały jest coraz bardziej sprawny i sprytny. Wyrodną matką nie jestem, więc oczywiście cieszę się, że moje dziecko się rozwija, ale… paru siwych włosów też na pewno z tego powodu się doczekam. Dziś na przykład mój syncio wlazł na wysokiego skórzanego pufa, który do tej pory służył jako zapora – ochraniał telewizor albo zastawiał wyjście z pokoju. Skoro mały nań się wdrapał, rola zawalidrogi się dla pufa definitywnie zakończyła. Trzeba będzie wymyślić inne zasieki, a w tej kwestii synuś stawia nam poprzeczkę bardzo wysoko (i to dosłownie).

Musimy też w najbliższym czasie wykombinować furtkę na schody, bo mały, gdy tylko ma okazję, od razu na nie włazi i piorunem pokonuje. Wszystko fajnie, tylko z zejściem gorzej… Nie jesteśmy zwolennikami przebudowy całego mieszkania pod kątem dziecka, więc z tą furtką zwlekaliśmy aż do tej pory, zwłaszcza, że mamy nietypowe wejście na schody i zwykła bramka z IKEA nie wystarczy.

Szwedzi poratują nas za to przy urządzaniu pokoju dla szkraba (używajac terminologii poradników dla rodziców) – w końcu się za to zabraliśmy! Szafa i regał wybrany, teraz trzeba po to jeszcze pojechać, przywieźć, wnieść i złożyć, a wcześniej jeszcze musimy wybrać, kupić i położyć wykładzinę i chyba będę musiała mojego męża torturować rozżarzonym prętem albo brakiem seksu (wymiennie), żeby wszystkie te zadania jakoś sprawnie wykonać w normalnym czasie max. 2 tygodni. Bo w sierpniu wyprawiamy urodziny małego, co wiąże się z najazdem rodziny i dobrze by było pokazać im jako tako urządzony pokoik, a nie zagracony składzik, w którym sama nie wiem, jak to się dzieje, jest coraz ciaśniej… To chyba jakaś przypadłość nie do końca urządzonych pokoi – przyciągają do siebie nieużywane ławeczki do brzuszków, stare krzesła, gazety sprzed 2 lat, deski do prasowania…

Mam taką skrytą nadzieję, że urządzony pokoik odciąży nieco resztę mieszkania od stosów zabawek. Ostatnio mało życia nie straciłam (a przynajmniej zęba) przypadkowo nadeptując na kolorową lokomotywę. Poleciałam przed siebie jak długa, a lokomotywa zagrała mi do taktu.

Wracając do sprytu małego – wyjęłam mu z łóżeczka sporego misia, bo przyszło mi do głowy, że może go użyć jako schodka! Jezus Maria.

Coraz łatwiej mu idzie z chodzeniem – za rączkę albo pchając auto. Muszę szykować buty jak nic. Przejrzałam te, które dostałam w spadku po dzieciach w rodzinie. Kilka par jest absurdalnie małych, wyprodukowanych chyba tylko po to, by w filmowy sposób powiadomić partnera o zostaniu tatuńciem. Po cholerę robić takie małe buty? Może to dla yorków? Kto normalny wkłada trampki noworodkowi? O tempora, o mores…

Już dawno temu miałam wspomnieć o kojcu. Mały siedzi w nim spokojnie do 10 minut (w porywach). Zajmuje nam to cholerstwo pół salonu, ale jak na razie tak być musi, zważywszy na wyczyny małego z pufem opisane wyżej. Siku czasem zrobić muszę, a przydałoby się mieć pewność, że żadna tragedyja się w tym czasie nie wydarzy. Moja siostra zabierała swe dziatki w tym celu ze sobą do łazienki, gardząc kojcem (gdzież to więzić dziecko!!), nie od dziś jednak wiadomo, że mamy odmienne spojrzenie na wychowywanie dzieci…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bałtyk

20 lip

Wczasy spędzaliśmy dość aktywnie, wbrew pozorom z małym dzieckiem jest to bardziej wskazane niż leniwy odpoczynek na plaży… Udało się nam wprawdzie kilka razy klasycznie poleżeć na kocu z książką, ale było to możliwe jedynie w porze drzemki naszego małego terrorysty. Wstrzelić się w konkretną godzinę (czyli właśnie w tę drzemkową) na polską plażę i akurat mieć pogodę – BEZCENNE. W praktyce wyglądało to tak, że kilka razy w ciągu dnia trzeba było zmieniać opcję – z plażowej na barową (bo zaczęło lać), z barowej na domową (bo trzeba było małemu dać jeść, a akurat nie wzięłam słoiczka), z domowej na plażową (szybko, szybko, wyszło słońce!).

Bywało też tak, że wychodziliśmy z domu objuczeni parawanem (inaczej łeb urywa), kocem, matami i parasolem plażowym (każda z tych rzeczy jest bardzo poręczna, stworzona wręcz do noszenia…) i po paru minutach spierdzielaliśmy z powrotem, z powodu huraganowego wiatru i zakrywających niebo złowrogich granatowych chmur. Po czym zdarzało się, że ów wiatr prędziutko rozpędzał chmurzyska i pojawiało się palące słońce… Pogoda w górach jest zmienna? Pojedźcie nad Bałtyk!

Wracając do aktywnego wypoczynku – byliśmy na Helu w Helu, w Sopocie i Gdańsku. Mały jest ciekawski, krótkie podróże znosi świetnie, w nowych miejscach intensywnie się rozgląda, mogliśmy więc trochę pozwiedzać. Z pampersami i zupkami w słoiku jest to ułatwione, ale nie jest jeszcze tak kolorowo, jakby mogło być. Zupki podgrzewałam albo w mikrofali (to było w miarę łatwe, nawet na stacji benzynowej), albo w naczyniu z wrzątkiem. Tu zazwyczaj pojawiał się kłopot, bo okazywało się, że duża restauracja serwująca kilkanaście dań nie ma w kuchni garnuszka! Przynoszono mi kubeczki wypełnione wrzątkiem po brzegi, chociaż tłumaczyłam, na co mi to i co będę z tym robić. Prawo Archimedesa działa… Musieliśmy się tej wody pozbywać, zanim zanurzyłam słoik.

Nie jest dobrze, jeśli chodzi o zmianę pieluchy. W żadnej restauracji, a odwiedziliśmy ich naprawdę mnóstwo, nie było ani przewijaka, ani jakiegokolwiek miejsca aby położyć dziecko. Radziliśmy sobie różnie – na kanapie, na złączonych krzesłach, w wózku, w aucie… Wijące się dziecko sprawy nie ułatwia… Lepiej jest z karmieniem, w kilku miejscach trafiliśmy na krzesełko. Również na plaży ktoś pomyślał – zamontowana jest kładka, można pchać wózek wzdłuż morza spory kawałek po drewnianym chodniku.

Mały był zachwycony plażą. Biegał od parawanu do parawanu,  jeszcze na czterech, choć zdarzają mu się co raz dłuższe momenty stania bez trzymanki, przesypywał piasek w rączkach, wynajdywał w nim co smaczniejsze kąski (pety, opakowania po batonikach i inne dowody na niewychowanie ludzi – kosze były co parę metrów), zaczepiał inne dzieci i podkradał im zabawki. Generalnie z oka nie można go było spuścić. Szkoda, że Bałtyk był jak zwykle pieruńsko zimny, mały być zaciekawiony falami, ale na mokrym piasku stawał na paluszkach. Nie wiem, co ja sobie myślałam, pakując pieluchy do kąpieli… Teraz jest pretekst, by iść na basen…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

70 pozycji bez ubrań

17 lip

Nie będę tu bynajmniej opisywać uroków Kamasutry, tylko opowiem pokrótce, jak pakowałam się nad morze. Lista potrzebnych rzeczy zawierała 70 pozycji, wyłączając ubrania, bo te były oczywiste.

Zanim trafił nam się urlop, obiecaliśmy przez jakiś czas pomieszkać u znajomych celem pilnowania mieszkania i karmienia kotów. Obydwa terminy nałożyły się i w rezultacie na spakowanie miałam jeden dzień. Mężydło dostało pilne wezwanie do pracy, więc zostałam sama z małym i tą moja nieszczęsną listą w ręku.

Czyli tak – bodziaki: jeden, drugi, trzeci…, mały wisi mi na nodze, czwarty, mały rzęzi, piąty, wisi jeszcze bardziej i zaraz poleci na podłogę, odkładam bodziaki, odnoszę małego do zabawek, wracam do bodziaków, jeden, drugi…, mały zdążył już przydreptać z powrotem, szarpie mnie za nogawkę… Teraz rajtuzki, bo może być zimno, kapelutki, bo może być słonecznie, folia na wózek, bo może padać, mały jęczy, biorę go na ręce, odkładam, pompka, bo ostatnio zeszło nam powietrze z kółka od wózka, śliniaki, stroje kąpielowe, mały czerwienieje i stęka, klapki, ładowarki, żelazko turystyczne, maty do opalania, mały stęka, ściereczki, kawa w puszce, od małego zaczyna śmierdzieć, łóżeczko turystyczne, mały cały zadowolony zaczyna szaleć po pokoju, standardowo – szarpie kwiatek, klepie telewizor, ciągnie za szuflady, wszystkie te czynności wymagają mojej interwencji, no i trzeba jeszcze pozbyć się kupy…

Jeszcze tylko tysiąc rzeczy do spakowania i koniec. Aha, i jakieś sto tuż przed wyjazdem – mleko, kaszki, butelki, smoczki… Zabawki, koniecznie zabawki, żeby zająć gościa czymś w podróży, zupka w słoiku i foliowy śliniak, plastikowa łyżeczka, picie w butelce, chrupki kukurydziane, fiolka z witaminą D… RATUNKU!!!

Wstaliśmy o 6:30, wyjechaliśmy o 9, przy czym nadmienię, że wszystkie grubsze toboły mężydło upchało wieczorem…

Dzięki Bogu (i autostradzie A1, nota bene drogiej jak cholera*) dojechaliśmy o przyzwoitej porze, mały trochę spał, dużo jadł, trochę marudził, generalnie nadaje się na dłuższe podróże. Uff…

 

*29,90 za 150 km

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Los urlopos zakończonos

13 lip

Wróciliśmy z urlopu i jakoś nie mogę dojść do siebie, torby stoją nierozpakowane, burdel cudny.

Główna idea, jaka towarzyszyła mi oraz mężydle podczas całego pobytu nad naszym pięknym, acz wykręcajacym stawy z zimna Bałtykiem, brzmi następująco: URLOP Z DZIECKIEM TO NIE URLOP, względnie PÓŁURLOP…

Orka ta sama, co w domu, o stałych porach nakarmić trzeba, kupsko zniwelować należy, o smoczku pamiętać bezwzględnie, a ponadto ubierać, gdy wieje, rozbierać, gdy grzeje, wózek po piachu targać.

Ale wiecie co, moi nieliczni czytelnicy? Było fajnie. Relacja z pobytu niebawem. Z szaleńczego pakowania również.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS