RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2012

Nowe odkrycia

17 cze

Najważniejszy dla nas etap Euro, bo z udziałem Polaków, spędziłam w rodzinnym mieście POD Wrocławiem. Wszyscy walili na Wrocław, a my à rebours. Mąż w delegacji daleko, daleko, a ja z małym wiernieśmy czekali u babci i dziadka na powrót taty. Mało tego, wyjeżdżać z Wrocławia przyszło nam podczas meczu Polaków z Grekami, meczu otwarcia, ciekawe doświadczenie… Piątek, godzina 18, a miasto jak po epidemii. Przetrwały tylko… matki z wózkami i starsze panie, nikogo innego widać nie było. Jechało się wyśmienicie!

Mały był zachwycony nowościami (bo od ostatniego pobytu u dziadków wszystko oczywiście zapomniał), zwiedzał pokoje, wykręcajac głowę na wszystkie strony, ganiał za psem, wyrywał kotu czułym gestem sierść z grzbietu i w ogóle nie chciał mi spać na spacerach, bo wszystko dookoła było nowe, nieznane, a więc szalenie ciekawe. Jednej rzeczy tylko skubaniec z ostatniej wizyty nie zapomniał, niestety. Miesiąc temu przestraszył się kąpieli w brodziku, nie wiemy, czy to prysznic, czy wyższe niż w wanience ścianki, w każdym razie jak w maju darł się cały zesztywniały przy próbie wsadzenia go do wody, tak i teraz był problem nieziemski, żeby choć trochę zmyć z niego zebrany ze wszystkich podłóg w domu brud. Kolejnego wieczora spróbowałam w wannie, w drugiej łazience, ale to też skończyło się rzężeniem. Trzeciego dnia rano mały wstał… obsrany. Dwa dni kupy nie robił i efekt był taki, że z zewnątrz miał ciemne plamy na piżamce, a po odpięciu piżamki… nie wiedziałam, od czego zacząć. Zaniosłam go do umywalki i nie certoląc się za bardzo, zmyłam z niego pod bieżącą wodą to, co naprodukował (przez całą noc chyba, tyle tego było). Okazało się, że mycie pod kranem w niewygodnej pozycji (tak mojej, jak i małego) jest bardzo zabawne. Mały stał cierpliwie, przyglądał się sobie w lustrze, wszelkie wyginanki pod strumieniem wody przyjmował z niespotykanym u niego dotąd stoicyzmem, więc do końca pobytu w ten sposób załatwialiśmy kąpiel.

Teraz jesteśmy już w domu i miło popatrzeć, jak stare zabawki (których nie wzięłam ze sobą) zyskały na wartości, mały rzucił się na nie i mogliśmy z mężydłem spokojnie rozpakować toboły. Jak my się spakujemy nad morze, to nie wiem, już teraz całe auto było zawalone. Przyczepkę dokupić, czy co?? ;)

 

Jeszcze o jedzeniu – cukier

05 cze

Zapomniałam w poprzednim wpisie napomknąć o cukrze. Koncerny produkujące żywność dla dzieci chełpią się, że ich żywność jest najlepsza, najzdrowsza, spełniająca normy etc. Wymądrzają się też na temat zasad prawidłowej diety dzieciaków. OK, wszystko fajnie. Sama korzystam ze schematu żywienia zamieszczonego na stronie Bobovity. Tylko dlaczego w kaszkach tejże firmy, ale też np. Nestle  jednym ze składników jest cukier? A na swoich stronach pouczają, żeby nie dosładzać dzieciom posiłków! Jasne, po co, skoro i tak spływają cukrem same z siebie. Mleko modyfikowane jest słodkie, do tego sypiemy podrasowaną kaszkę i wychodzi nam cud-miód.

Kaszka manna takiej Bobovity występuje w dwóch wersjach – albo mleczna (i tu w składzie jest cukier), albo owocowa (i tu – uwaga – w składzie jest cukier). Dlaczego napis na opakowaniu „kasza manna” nie oznacza, że w środku jest kasza manna? Zagadnienie warte filozoficznej rozprawy :)

Podobnie ma się rzecz z jogurtami, te przeznaczone dla dzieci nie występują w wersji neutralnej, wszystkie, kurna, mają jakiś wsad, a to malinka, a to jagódka, szlag jasny. A potem czytam na stronach w/w koncernów o tym, jak to rodzice źle karmią swoje dzieci, dając im za wiele słodkiego! Co za hipokryzja!

Druga rzecz, jaka mnie wkurza, to wspomniany owocowy smak. Dlaczego nie ma kaszki po prostu ryżowej lub tylko kukurydzianej (mam tu na myśli najpopularniejsze i najłatwiej dostępne kaszki dla dzieci, bo tu jest pies pogrzebany), tylko każda ma jakieś domieszki „owoców”? Bananowe, truskawkowe, wieloowocowe, srowe. W składzie nazywa się to naturalnym proszkiem bananowym etc. Po jaką cholerę?

Wkurzona tym, co powyżej, zadałam sobie trud poszukania dziecięcego jedzenia w innych miejscach, niż zwykły market. Znalazłam straszne w swych oryginalnych nazwach (np. Reiseflocken…), ale przyjazne w składzie produkty szwajcarskiej firmy Holle. Bez cukru! Z pełnego ziarna! Z rolnictwa ekologicznego! Można? Można. Cenowo jest drożej, ale nieznacznie. Dlaczego trzeba trochę pokombinować, żeby do takich produktów dotrzeć? Nie jestem jakoś zakręcona ekologicznie, nie wyznaję zasady, że moje dziecko ma jeść tylko orkisz i to z pełnego przemiału. W jedzenie zaopatruję się w zwykłych sklepach  i dlatego długo byłam przekonana, że to co znajduję na regałach z jedzeniem dla dzieci jest OK oraz że nie mam innej alternatywy, bo nie będę eksperymentować na własnym potomku. Znane reklamowane marki to dla mnie gwarancja bezpieczeństwa. Tylko ten cukier w składzie mnie drażnił, te  wszechobecne proszki owocowe… Stąd poszukiwania, z dobrym – jak widać – skutkiem.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS