RSS
 

Archiwum - Maj, 2012

Jedzenie, czyli dlaczego musimy zmienić lokum

30 maj

Mały generalnie ma apetyt dobry, 200 ml jarzyn z mięsem czy pełna butla kaszy to nie problem, przy podawaniu posiłku nie może być jednak nudno. Jeśli akcja karmienia odbywa się w domu, czytaj: w  poznanym na wskroś miejscu, trzeba dostarczać małemu rozrywki w postaci pudełka po kremie, którym może rzucać, łyżki drewnianej, którą może stukać, bębenka, którym może hałasować, dzwoneczków, którymi może wiadomo co, buteleczki, grzechotki (ale tylko takiej dawno niewidzianej) itp., itd. Powtarzalność niewskazana. Hitem jest pilot od TV, bądź komórka (te gadżety są stosowane tylko w ostateczności…).

Dobrze się małemu je w nowym otoczeniu, a więc wzbudza powszechny zachwyt pałaszując zupkę w poczekalni u dentysty, jogurcik na grillu u znajomych, a owocki w parku. Nikt mi wówczas nie wierzy, że w domu bywa masakrycznie… Trudno jednak, bym ganiała z nim w coraz to nowe miejsce, byleby zjadł bez marudzenia… Ostatnio, w geście rozpaczy przeniosłam krzesełko do karmienia do drugiego pokoju i faktycznie poszło sprawnie i bez fochów. Wniosek z tego taki,  jakbym mieszkała w pałacu albo chociaż w rezydencji którejś z hollywoodzkich gwiazd, nie byłoby z karmieniem żadnego problemu. Przedstawię postulat mężydłowi do rozpatrzenia.

Czekam na głosy potępienia w stylu – ” jedzenie to jedzenie, a nie zabawa” oraz „jakby był głodny, to by jadł”. Kto tak twierdzi, nie ma dzieci.

Ostatnio mam kłopot z karmieniem butelką, małemu chyba się nie chce ssać, wypije trochę, a resztę to mam sobie albo wypić sama, albo podać łyżeczką. Rzadką kaszę łyżeczką do dzioba podaje się średnio, gęstą kaszę powinien jeść raz dziennie tylko, więc mam dylemat. Dziś na przykład już na widok butelki był ryk, po przelaniu jej do miseczki i zagęszczeniu poszło pięknie, łyżeczka za łyżeczką… Z piciem wygląda podobnie, bywają dni, że z niekapka ciągnie, aż miło, częściej jednak jest tak, że gdybym nie podała hrabiemu wody łyżeczką, nie piłby nic przez cały upalny dzień.

Słów kilka o słoikach. Tzw. zupki gotuję mu zazwyczaj sama. Mieszam warzywa od teścia z tymi z warzywniaka oraz z mrożonek, do tego mięsko, które mam poporcjowane na mikroczęści i pomrożone, żółtko, kasza, olej – i gotowe. Na wychodnym idą w ruch zupki kupne. Owoce daję głównie słoikowe, czasem jabłko lub banan ze sklepu. Czekam na tegoroczne brzoskwinie, jagody, malinki, porzeczki, winogrona, importowanych dawać mu  nie chcę. Odnośnie owoców w słoiczkach, to nieraz się uśmiałam, porównując nazwę ze składem. Mamy np. „jabłuszka z jagodami” – z czego jagód jest całe 3%. To samo z malinami, morelami itp. Prawda jest taka, że większość tych słoikowych deserków to głównie jabłka i banany, plus śladowe ilości innych owoców, pięknie wyeksponowanych na opakowaniu. Niezależnie zaś czy to zupka czy deserek, bardzo często można się spotkać z sokiem z winogron, tak jakby to była powszechnie dostępna ciecz w Polsce. Może ktoś wie, dlaczego tak jest?

Na biszkopciki czy herbatniczki mały jakoś się nie rzuca, nie załamuję bynajmniej nad tym faktem rąk; czasem chrupnie kukurydzianą chrupkę, a najchętniej żuje skórkę od chleba. No i bardzo dobrze. Matka i ojciec uzależnieni od słodyczy, może się mały wyrodził? Oby!

PS

Jestem fanką stóp mojego synka :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Total exclusive

25 maj

Jeden z piękniejszych widoków o tej porze roku :) Mniam, uwielbiam. I jak co roku załamuję ręce nad ceną :(

Uważam truskawki za całkowicie ekskluzywne owoce. Sezon truskawkowy trwa około miesiąca, gdy minie – nie ma zmiłuj. Można wydać straszne pieniądze na te czerwone cuda sprowadzane z Hiszpanii i dostępne (chyba?) przez cały rok, ale… TO NIE TO! Nie ten zapach, nie ten smak, nie ta konsystencja. Czasami ulegam i kupuję i żuję te kartonowe nadnaturalnie duże „truskawki” i w mej głowie kołacze się tylko jedna myśl – gdzie tam im do majowo-czerwcowych cudów polskich plantacji…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mrogi Drożku

24 maj

Mrogi Drożku – pisze Lem do Mrożka i niezmiennie mnie to śmieszy, od kilkunastu tygodni. Rozkoszuję się lekturą Listów obu panów do siebie i i pewnie jeszcze długo będę się delektować, bo tomisko ma ponad 700 stronic. Co jest takiego ujmującego w tej korespondencji?  Mnie przede wszystkim rzuca się w oczy ogromny dystans do siebie, zarówno Lema, jak i Mrożka. Dodatkowo wspaniałe poczucie humoru! Pisze ten ostatni: „W życiu moim nic się nie dzieje. Pracuję. Upijam się czasem. Dokoła usterki i bolączki, od czasu do czasu błędy. Wypaczeń jeszcze nie ma” (listy są z okresu 1956-1978). Poniżej inne perełki:

Mrożek: „Ot, samochód wciąż jeszcze nie gotowy (minął już miesiąc, jak mechanicy zaczęli się drapać w głowę koło niego, leniwie opierając się łokciami o karoserię i gwarząc przyjacielsko)(…)”. W innym liście: ”Na wstępie donoszę, że Żona wychodziła paszporty.[...] Ładne są nawet te książeczki, granatowe, a jakże, cyrylicą coś jest napisane, pewnie >>job twoju mać<<, i zaraz pod spodem po francusku tłumaczenie >>caresse ta mère<<. Na wierzchu orzełek. Przepraszam za wulgarność, ale mi się nasunęło”.

O zdobywaniu paszportów wspomina pisarz zresztą wielokrotnie, był to bowiem długi i monotonny proces, „jedna z pokrętnych tajemnic Wschodu”, której człowiek zagraniczny nie zrozumie… Ten sam temat spędzał też sen z powiek Lemowi: „Co nas się Tyka, paszporty Tysz przyszli. Zrazu żeśmy twardo postanowili, że Apsolutnie Nie, plwamy, oddajemy, nie wykupujemy, aby wykazać wyższą buddyjską obojętność, nasermatryczny stosunek do biurokrancji i stoicyzm wobec ebanej Zagranicy. Potem przyszła Wahancja. Potem długie nocne rozmowy małżeńskie, potem nie wiadomo nic, potem poty, deszcz dreszczy, trwoga, lęk przed zapchanymi dworcami, brak rzekomy klozetów, niewiedza, jak po juźnosłowiańsku jest >>Pragnieniem Mym Oddanie Moczu<<, wzgl. >>Kaku<<, jak się ubrać, gdy TU Siberia Polskaja nadciąga, a Tamój, wg plotek w komisach krążących – Ełropa Południowa, Orzeszki Podziemne, kaktusy Żyworodne (…), aż jak z Nagłej Francy Grom – Decyzja. Więc T A K”.

Z innej beczki – pisze Lem filozoficznie: „Ja np. chciałbym być zdrowym, bogatym młodocianym Chamem urodzonym w Ameryce, bez żadnych problemów, z kupą forsy, masą różnych sportowych aut, a co do rozmyślania nad formą bytu, jego nędzowatością, monadycznością, przemijalnością i wszystkimi tymi innymi ościami, które Francą nam w gardle stoją, to już ja bym sobie z tym sam dał radę; jednakże Dulary, Miejsce Urodzenia, Morda itp. to już mniej od człowieka zależy”.

Piękne, prawda?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Polska pogoda, czyli dlaczego jestem pełna obaw myśląc o urlopie

17 maj

Musiałam dziś wytargać z dna szafy polarowy kombinezon małego, co to już myślałam, że go do jesieni użytkować nie będę (albo i nigdy, jeśli moje dziecko nadal będzie w takim tempie wyrastać z ubrań). No, ale dajcie spokój, ledwo 13 stopni na termometrze, a tu na zakupy iść trzeba. W rzeczach odłożonych na zimę wyszukałam czapkę uszankę, z myślą, że najwyżej podczas spaceru zdejmę ją małemu, jakby się miał zapocić (mamy wszak drugą połowę maja!), ale potem dziękowałam Bogu, że ją na głowie ma, bo wicher przewiał nas na wszystkie strony. Sama chętnie bym dziś w uszance wystąpiła. I pomyśleć, że chodziłam już z małym po dworze ubranym w sam bodziak, a w domu puszczałam go po kocu bez pampersa, żeby mu trochę klejnoty odparowały… No cóż, polska pogoda zmienna jak… moda. Nie czuję, jak rymuję :)

Po dość długich pertraktacjach ustaliliśmy w tym roku wyjazd nad Bałtyk i przy pakowaniu na pewno trzeba będzie pamiętać o tym, co powyżej. NIESTETY. Ostatnimi czasy spędzaniu wakacji w kurtce i z parasolem w zgrabiałej dłoni powiedziałam stanowcze NIE i wyjeżdżaliśmy tam, gdzie cytryna dojrzewa, choć niekoniecznie do Włoch. W tym roku, ze względu na małolata, nie będziemy się zapuszczać poza granice Polandu. Oczywiście, niby nic nie stoi na przeszkodzie i niektórzy rodzice wyjeżdżają z noworodkami co najmniej w Himalaje, odpuszczając jedynie wspinaczkę na K2, ale my należymy do tych przezornych. Himalaje może w przyszłym roku… :)

Do wyjazdu nad morze jeszcze sporo czasu, ale ja już zaczynam główkować nad zawartością bagaży. Trzeba wziąć rzeczy i na 30 stopni upału (oby! oby!), i na 16 stopieńków z deszczem na dokładkę. Brrr…

W mojej wyobraźni siedzimy sobie na plaży pod parasolem i robimy babki z piasku, co jakiś czas smarując się jakimś filtrzastym kremem. W realu może być… różnie. Zawsze zostaje na pociechę jod w powietrzu…

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Stópki nieużywane…

16 maj

Jeszcze chwila i będą tuptać; myślę, że już na wakacjach będziemy za małym biegać. Łapię ostatnie ujęcia stópek nieużywanych…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Smak starej japonki

13 maj

Miałam kiedyś żółwia greckiego. Bardzo sympatyczne zwierzątko i bardzo uparte. Jeśli upatrzył sobie jakiś cel, dążył do niego niestrudzenie, mimo wielokrotnego przestawiania w inne miejsce, okręcania w przeciwnym kierunku etc. Roztrącał łapkami przeszkody, a w przejścia węższe od jego skorupy wciskał się (tj. próbował…) bez krępacji i wahania, niczym czołg. Przypomniała mi się ta moja gadzina, kiedy po raz dziesiąty zabierałam małego spod telewizora…, kiedy setny raz zawracałam go spod kwiatka…, kiedy tysięczny raz powstrzymywałam małe rączki przed oderwaniem kabla internetowego od ściany… Co do tego ostatniego, mszczą się na nas zbyt luźne haczyki, prowadzące kabelek przy podłodze.

Zaślepiliśmy już wszystkie gniazdka, bo również budziły wielkie zainteresowanie, szuflady kuchenne zyskały blokadę w postaci bambusowego kija, na dniach przyjdzie pewnie pora na ochronę  innych sprzętów… Nie powiem, że nie jest to upierdliwe… Oprócz miłości do wszelkiej maści kabli mały zdradza też wielką fascynację kapciami i klapkami, słowem tym, w czym depczemy po domu… Bardzo to higieniczne zajęcie, ciamkanie takiego klapersa… Gryzaki mogę porozrzucać po całym mieszkaniu i gościu nawet na nie nie spojrzy, ale stara japonka, o tak, to dopiero atrakcja!

Parę dni temu byliśmy u dentysty ze swoimi szczękami, przy okazji chcieliśmy też pokazać górne jedynki małego, wyrastające w sporej odległości od siebie. Tak jak podejrzewałam, zadanie nie było proste, młody zrobił buzię w ciup i dopiero machanie mu przed nosem końcówką ssaka uśpiło na moment jego czujność. Generalnie dentystka stwierdziła, że faktycznie wędzidełko jest grube, ale że to to lubi odrastać po przecięciu, to z zabiegiem można się jeszcze wstrzymać, zwłaszcza, że małemu w niczym nie przeszkadza. Zobaczymy, jak ułożą się kolejne zęby, ale raczej będę za tym, by pozbawić synka szpary a’la Karolak. Wiem, wiem, Madonna ma i córka Jaggera też ma, ale co z tego. Ja mam, a mieć bym nie chciała, o mamo, tato, dlaczego w dzieciństwie nie przecięliście mi wędzidełka??!

Wybrałam się ostatnio z młodym na dłuższą wyprawę do miasta (celem wypisania urlopu wychowawczego zresztą) i moje dziecko, zafascynowane otoczeniem, przez 40 minut jazdy tramwajem ani razu na mnie nie spojrzało, o uśmiechu nie wspominając. Za to w kadrach synek kupił wszystkie pracujące tam panie, szeroko prezentując stan swego uzębienia. Podpisałam wszystkie papiery dotyczące wychowawczego, po raz setny zastanawiając się, czy dobrze robię. Ostatnio podjęcie przeze mnie pracy znowu było głównym tematem u nas. Dostałam pewną propozycję. No i zaczęły się rozważania: za i przeciw, za i przeciw, za i przeciw… Ostatecznie posady nie przyjęłam. W tym miejscu pragnę wyrazić podziw dla kobiet, które potrafią zostawić paromiesięczne dziecko z obcą osobą, zwaną opiekunką, we własnym mieszkaniu zresztą. Powody są oczywiście różne i gdybym musiała, to bym taka opiekunkę zatrudniła, ale, szczerze mówiąc, na samą myśl robi mi się jakoś dziwnie.

Co do poruszania się po Wrocławiu z wózkiem, to bywa różnie. Te nowsze autobusy obniżają podłogę (głośno przy tym sycząc) i to jest super udogodnienie. Do tramwajów marki Skoda też w miarę wygodnie można się dostać, troszkę trudniej jest z wyjściem, zwłaszcza jeśli między podłogą a krawężnikiem przystanku powstaje szeroka przerwa (wynikająca z nieprzemyślanej budowy przystanka, jak sądzę), ale od biedy jakoś udaje się wykaraskać. Natomiast stare tramwaje to tragedia, na dzień dobry (i do widzenia) mamy dwa wielkie stopnie, a w samym wagonie brak miejsca dedykowanego dla wózka. Całe szczęście są jeszcze chętni do pomocy chłopcy i panowie, nie musiałam specjalnie prosić, sami rwali się do wnoszenia i znoszenia. A czy moja letnia sukienka na ramiączkach miała tu coś do rzeczy? Może trochę… Make life easier…

 

Spacery nie tylko po dywanie

07 maj

Przez wiele miesięcy mały rozwijał się ruchowo: najpierw było tylko leżenie, potem doszło podnoszenie głowy, następnie przekręcanki na plecy, pełzanie/czołganie, aż w końcu wpadł na to, by dołączyć zgięte nogi do rączek i zaczęła się era raczkowania. Jak napisałam – dojście do tego etapu trwało bardzo długo, teraz – mam wrażenie – nowe umiejętności nabywane są ekspresowo. Dwa dni po przemaszerowaniu pokoju na czterech zaczął się podciągać do stania. Wygląda to tak, że opiera się o mebel, bądź napotkaną łydkę i na kolankach przyjmuje pozycję wyprostowaną. Niestety, kilka razy nie zdążyliśmy złapać chwiejącej się wieży… W takiej chwili chciałabym, żeby mój synek poznawał świat w kasku…

Oprócz przekształcania się w homo erectusa mały odkrył też uroki siadania, najpierw tak trochę na boku, na jednej nodze, jak piesek, po kilku dniach zaś już centralnie na pupie. Niestety, z tej pozycji również zdarza mu się bęcnąć do tyłu, więc serce matki, czyli moje, krwawi teraz bardzo często (może by tak całe mieszkanie opiankować?)…

Parę słów o spacerówce Quinny Buzz, którą testuję od jakiegoś czasu. Mały zazwyczaj śpi podczas spaceru, więc najdogodniejsza pozycja dla niego to półleżenie. Projektant tego wózka, chyba w trosce o żylaki czy inne sprawy krążeniowe dziecka, podnóżek pozwolił ustawić albo w pozycji do góry albo całkiem na dół (ale to się przyda dopiero za jakieś 10 cm). Całe szczęście mały mi w tym ustrojstwie zasypia, ale z nóżkami wyżej od głowy… Co jeszcze? Buda jest trochę zbyt flakowata i większy podmuch wiatru mi ją składa… Z zalet wymienię solidne szelki, posiadające paski też po bokach – dziecko się nie wymknie cichaczem…

Zafundowaliśmy małemu ostatnio wycieczkę tramwajem i autobusem i był zachwycony; pospacerowaliśmy po rynku wrocławskim, to znowu była atrakcja dla mnie. Nie będę tu przynudzać o klimacie tego miejsca (banał! banał!), w każdym razie mnogość kolorowych ludzi, słońce, parasole knajpek to dla mnie relaksująca odmiana po spacerach po parku lub „wyprawach” do osiedlowego sklepu (względnie Biedronki, wow!). Mój mąż nie bardzo to rozumie i pojawienie się w słoneczną niedzielę w tak oczywistym miejscu jak rynek to dla niego coś w stylu obciachu, ale jakoś to zniósł. Humor poprawił sobie kawą i ciastem w cukierni obok pomnika Bolesława Chrobrego, ja natomiast dostałam tam totalnego wścieku. Bzdurny system sprzedaży w tym miejscu podniósł mi ciśnienie tak, że cały relaks ze spaceru szlag wziął. Dość powiedzieć, że trzeba tam stać w kolejce do kasy, gdzie mówi się, co się chce i płaci, a następnie z paragonem w ręku trzeba stanąć w drugiej kolejce, by odebrać to, za co się zapłaciło, przy czym do lodów stoi się osobno… PRL!!!

Tyle dobrze, że mały, nieświadomy całego zamieszania, zasnął sobie spokojnie, z nogami do góry.

A rynek i okolice? Przyznacie chyba, że i piękne, i szpetne…

 

Raczkowanie :)

04 maj

Mały zaczął raczkować! Zasuwa na kolankach jak przecinak! :)

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS