RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2012

8 miesięcy – bilans

26 kwi

Parę dni temu byłam z małym na bilansie – miałam się zgłosić po skończeniu przez synka 8 miesięcy. Ogólnie wszystko wyszło dobrze; waga – 9,5 kg, nic dziwnego, że plecy bolą mnie wieczorem jak po skopaniu sporego ogródka… Przy mierzeniu długości ciała doktor się upewniła: to ile on skończył? 9? 10? Ja na to: Nie, no 8. Okazało się, że mały się nieźle wyciągnął i centymetr pokazał 76 cm. Doktorka pytała, czy mąż jest wysoki, bo po mnie to jakiegoś oszałamiającego wzrostu mały w genach na pewno nie dostał; jednak mężydło też koszykarzem nie jest, musiał skubaniec jakieś starsze geny dziadków przejąć. Przy okazji leżenia na przewijaku mały postanowił nie marnować czasu i zerwał plakat ze ściany… Doktor zmartwiła się tylko, czy jakaś pinezka na niego nie poleciała. To i tak lepsze od puszczenia siura na wadze, co miało miejsce podczas naszej pierwszej wizyty…

Jak zwykle zasypałam doktor setką pytań:

1. Czy mały może czekać na okulistę, czy też szukać jakiegoś wcześniejszego terminu (udało mi się go zapisać dopiero na koniec czerwca, ale do dobrej lekarki, ponoć); synek od początku lekko zezował, jak prawie wszystkie noworodki, jednak w większości przypadków po 6 miesiącach problem mija, u małego niestety nie, stąd okulista. Doktor powiedziała, że spokojnie możemy czekać na umówioną wizytę, bo jakiejś strasznej wady nie ma.

2. Co z tym glutenem? Od 6 miesiąca podaję małemu kontrolowane dawki – najpierw pół łyżeczki kaszy manny, potem całą, teraz dwie. Pełny glutenowy posiłek (czyli po prostu butlę kaszy manny) doktor pozwoliła dać dopiero po 9 miesiącu. Ciekawe, przez jaki czas te zalecenia będą niezmienne (parę lat temu były inne zasady wprowadzania glutenu, nie wspomnę o tym, jak nas żywiono 30 lat temu…)

3. Czy to, że mały często oddycha przez otwartą buzię jest normalne? Sapie tak zwłaszcza, jak go coś zarajcuje, np. pełzając po dywanie znajdzie jakiś skarb typu flamaster… Doktor nie przejęła się tym zbytnio, ale dała mi skierowanie do laryngologa; umówiłam się już więc na wizytę, termin, podobnie jak do okulisty – czerwcowy.

4. Co z ilością posiłków? Czy można pominąć ten o 23? Mały wtedy miałby 12 godzin przerwy w jedzeniu. Lekarka powiedziała, że można spróbować i jeśli w nocy głodny się nie zbudzi, to spokojnie można to nocne karmienie pominąć. I co? I hurra, gościu dostaje kaszę około 20 i budzi się dopiero rano (8-9), nie brakuje mu więc kleiku o 23. I chwała Bogu, bo to upierdliwe było. Dziwię się tylko, że przy pominięciu jednego posiłku nie zaczął jeść więcej w dzień. Ale że chudy nie jest, nie martwię się. Na razie.

5. Co z poduszką? Doktor kategorycznie zabroniła i od paru dni przyznaję jej rację, bo mały zaczął nagle sypiać na brzuchu. Żadne odwracanie na plecy czy przynajmniej na bok nie ma sensu. Jednej nocy wyglądało to tak, że wstawałam jakieś 10 razy, przekręcałam małego na plecy, kładłam się i po minucie słyszałam szszszszsz…., szurając kołdrą jak jeż w liściach mały przyjmował pozycję rozpłaszczonej żaby z lekko wypiętym ku górze tyłkiem. Więc dałam spokój, sprawdzam tylko, czy nos mu widać i ma jak dychać.

6. W schemacie żywienia w 10 miesiącu każą w ramach obiadu dawać zupę i drugie danie, z lekka mnie to przeraziło, całe szczęście doktor machnęła na to ręką; no, chyba że dziecko nie naje się mięskiem z warzywami, to wypadałoby jeszcze jakąś zupę podawać, w praktyce zwykle jest kłopot, żeby chociaż to jedno danie zjadło. Tak na marginesie - schemat to schemat, wiadomo, że nigdy dokładnie wg wytycznych postępować się nie da (czyt. dzieciak nigdy nie zje tak, jak napisali w tabelce), czegoś jednak trzymać się trzeba, choćby pobieżnie. Łatwiej mi kierować się tabelką niż radami  tzw. doświadczonych matek (a powinno być odwrotnie!). Moja siostra ma dwoje dzieci, powinna być więc dla mnie skarbnicą mądrych rad, tak jednak nie jest. Pytam ją na przykład o ten nieszczęsny gluten, a ona mówi – a kto by się tam stosował do tego, pół łyżeczki kaszy manny, haha, kto by tam tego pilnował. Pytam ją o gotowanie zupek – osobno mięsa, osobno warzyw (wywar z mięsa może być silnie alergizujący), a ona na to: ja tam gotowałam razem, bo zapomniałam, że to mięso miało być osobno. Pytam o podawanie żółtka, najpierw średnio co drugi dzień, potem codziennie i słyszę – dawałam, jak sobie przypomniałam. I tak ze wszystkim. Dodatkowo wiecznie musiałam wysłuchać nieśmiertelnego zdania: „wiesz, moje dzieci ponad rok były na cycku”, tak jakby to wszystko miało tłumaczyć. Wolę więc zerkać w schemacik, konsultować go z lekarką i przynajmniej jestem spokojna, że dziecku żadnej krzywdy nie robię.

Małemu idzie druga górna jedynka i wygląda to dość upiornie, bo ma taki nawis dziąsła dłuższy od wychodzącego pod nim zęba. Wiem, że mu się to cofnie, jak przy poprzednim, ale na razie wygląda to, hmm…, tak sobie. Doktor określiła wędzidełko między jedynkami jako dość grube i zaleciła konsultację z dentystą, czy by go nie podciąć. Tak czy siak, cztery zęby już są!

Tak więc niby dziecko zdrowe, ale w najbliższym czasie czekają nas wizyty u trzech specjalistów i zastanawiam się, która będzie trudniejsza, bo ani otwartej paszczy, ani nosa, ani oka mały chętnie nie pokazuje, nawet swojej kochanej mamusi, czyli mnie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

O wyższości drewnianej łychy nad opatrzoną grzechotką…

16 kwi

Mały od paru dni klaszcze w rączki :) Podpatrzył to u mnie, bo często mu biję brawo. Zabawnie to wygląda, jak plaska w te swoje pulchne łapki. Natomiast raczkować mu się nie chce, przyjmuje wprawdzie pozycję wyjściową (na czworaka), w której wygląda przesłodko (taki mały żuczek z wypiętą pupą), ale albo porusza się w niej do tyłu (spora praca rączek), albo ląduje na buzi, po odepchnięciu się dwoma nóżkami na raz.

Korzystając z rad mówiących, że dziecko trzeba motywować, tj. umieszczać w polu widzenia zabawki, do których zechce dotrzeć, kładę na podłodze ulubione grzechotki małego. Zazwyczaj udaje mu się je capnąć, ale metodą maksymalnego wyciągania rączki (pomaga też stękanie i podnoszenie przeciwległej nóżki…).

Mężydło już jakiś czas temu przyszedł do domu stropiony, bo córka jego kolegi, w wieku naszego małego, zasuwa po dywanie, aż się kurzy. Co zrobić… Turlać można go było, kiedy nie chciał się obracać na brzuszek, ale kolanek nikt mu przesuwał nie będzie… Jak dla mnie mały jest i tak bardzo mobilny, ruchem węża połączonym z czołganiem się komandosa dostaje się już wszędzie, tylko zajmuje mu to sporo czasu. Wiem, że gdy zacznie raczkować, z oka go nie będę mogła spuścić. I mężydło będzie puchło z dumy, a ja chyba osiwieję…

Gdy zmieniam teraz pieluchę młodemu albo próbuję go ubrać/rozebrać, zdarza mi się tęsknić do czasów, kiedy nie umiał się przekręcać. Obecnie na pleckach poleży najwyżej minutę, jeśli w tym czasie nie wyrobię się ze zmianą pampersa, muszę prędko dać małemu w rączki coś, co go zainteresuje i powstrzyma od przewrotki na brzuch. Czasem pomaga śpiewanie, przy czym do głowy przychodzą mi zazwyczaj, nie wiedzieć czemu, niepoprawne politycznie pieśni typu Płynie Oka jak Wisła szeroka oraz Na barykady ludu roboczy… A propos tego, co interesuje małego – kiedyś miałam pod ręką jeden gryzak i była zabawa na całego przy każdym przewijaniu, teraz mogę się wypchać. Młody zawiesi oko jedynie na czymś nowym, w łapkę weźmie najchętniej to, co wcale nie przypomina jego zabawek. W łazience (gdzie zmieniam mu pieluchy) ostatnio hitem są tubki z kremem (bo tylko to pod ręką), natomiast poza łazienką do zabawy świetnie nadają się drewniane łychy. Można je gryźć i ślinić, a i do stukania w podłogę super się nadają…

Pojemnik na żywność też jest ciekawszy od pozytywki czy grzechotki…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Quinny Buzz – so small and so expensive…

13 kwi

Mały wchodzi w dziewiąty miesiąc. Chociaż jeszcze nie siedzi, musimy zmienić gondolę (w której się już ledwo mieści) na spacerówkę. Wózki Quinny Buzz mają absurdalnie małe gondole. Dobrze, że jest już wiosna. Gdybyśmy mieli np. mroźny grudzień, nie byłoby korzystnie przekładać teraz małego do spacerówki, gdzie jest bardziej narażony na wiatr i niską temperaturę. Ale musielibyśmy to zrobić, bo w kombinezonie i śpiworku za Chiny Ludowe byśmy go nie upchali w tej gondoleczce, nie wspomnę o kocyku czy kołderce.

Minigondola to zresztą nie jedyna wada tych wózków. Mężydło zawsze mnie upomina, że darowanemu koniowi… etc., ale nie ma co zaprzeczać faktom. Wózek dostaliśmy od znajomych i chwała im za to, na pewno byśmy sobie tak drogiego wozidła nie kupili. Ale szlag mnie zawsze trafia, kiedy muszę składać to ustrojstwo: jednym kciukiem trzeba przesunąć taki duży plastikowy element, drugim równocześnie wcisnąć bliźniaczy element po drugiej stronie i… cisnąć stelaż do dołu po skosie, w bardzo niewygodnej pochylonej pozycji. Kciuki omdlewają, dziadostwo się opiera i chwila nieuwagi, a słyszymy ssssssssyk i hop, stelaż rozłożony, nasze z trudem osiągnięte 3 cm w dół poszły na marne. A dlaczego tak się robi? Bo prawdą jest, że ten wózek się bardzo łatwo i błyskawicznie rozkłada, producent wszędzie to podkreśla; złożone ustrojstwo wystarczy dosłownie lekko pociągnąć, ot, niemal musnąć i już z sykiem (za sprawą jakiejś nowatorskiej sprężyny gazowej) tworzy nam się stelaż pod gondolę czy spacerówkę.

Co jeszcze o wózku Quinny Buzz? Bardzo ciężko, wręcz topornie zdejmuje się z niego gondolę. „Zdejmuje” to zresztą eufemizm w tym przypadku, gondolę właściwie trzeba wyszarpywać, wciskając równocześnie dwa przyciski. Wygląda to tak, że targa się całym wózkiem nerwowymi szarpnięciami do góry, po czym po jakiejś chwili stelaż w końcu odpada. Muszę powtarzać ten taniec z Quinnym dość często – kółka bowiem zostają w piwnicy, gondolę zaś niosę do mieszkania, bo mały w niej śpi na tarasie (ma taki pseudospacer…).

Tylne kółka wózek ma dobre – duże, pompowane; przednie też są OK, piankowe, tylko funkcja ułatwiająca skręcanie to jakaś pomyłka, kiedy kółka są odblokowane, wózka nie sposób prowadzić, kółka się blokują, stają w poprzek… Masakra.

Nie mam kosza w tym wózku, za drogi (kosztuje 200 zł) i niefunkcjonalny (płytki i malutki); już się przyzwyczaiłam, ale na początku z zazdrością i obsesyjnie patrzyłam pod mijane wózki, wszystkie bez wyjątku miały pod sobą pakowny kosz mieszczący pieluchy, zakupy typu 5 kg ziemniaków, dodatkową kurtkę i sto innych rzeczy. Niby zamiast kosza mam doczepianą torbę, ale niewygodnie się ją zakłada, niewygodnie wkłada do niej cokolwiek i kopie się ją od czasu do czasu butem. I jeśli załadować ją cięższymi rzeczami, stwarza niebezpieczeństwo przeważenia wózka. Ech…

Sprawiedliwie dodam, że Buzz ma kilka zalet. Jest lekki, ma regulowana rączkę i niezły wygląd, ale to chyba za mało za dwa tysiące z hakiem… Zobaczymy jak się spisze spacerówka.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Naspidowana kaszka…

03 kwi

Czy ja ostatnio napisałam, że teraz jest już tak świetnie, że wiem, o co chodzi mojemu dziecku i super się dogadujemy? Chyba pisałam to w złym momencie… Od paru dni mały jest nie do zniesienia. Fakt, że wychodzi mu z dziąsła górna jedynka nie do końca tłumaczy jego niekończące się jęczenie. Bo co, jak go biorę na ręce, to już mu ząb nie przeszkadza? Jak mu robię „hopsia hopsia” zanosi się śmiechem, przy samolociku (trzymam go na brzuchu w powietrzu) otwiera paszczę i ślini się z zachwytu. Ale już na kocu, w leżaczku, w łóżeczku i wszędzie tam, gdzie mu nie towarzyszę aktywnie, jest wielki płacz i zgrzytanie (dosłownie!) zębów.

Mały strasznie szybko się niecierpliwi, nudzi, z jęczenia błyskawicznie przechodzi w spazmatyczny płacz; tylko czekać, aż sąsiedzi zadzwonią na błękitną linię.  Mam problem z wyjściem do toalety, że o ugotowaniu obiadu nie wspomnę. A propos obiadu, ostatnimi czasy karmienie małego zupkami przeradza się w godzinny seans z płaczem i wrzaskiem, czyli ogólnym buntem przeciw jedzeniu. Dla mnie to koszmar, pierwsze kęsy mały zjada chętnie, po czym nagle zaczyna robić cyrk z odwracaniem się od łyżeczki i zaciskaniem ust. Z innymi posiłkami jakoś idzie, natomiast zupy z dnia na dzień zjada coraz mniej. Z 200 ml najpierw zrobiło się 150, teraz sukcesem jest 100. Szczerze mówiąc, szlag mnie trafia przy takich fochach jedzeniowych i naprawdę trudno o cierpliwość. Trudno też machnąć ręką i stwierdzić: nie, to nie.

Do tego wszystkiego doszły wielkie kłopoty z wieczornym zasypianiem, którego czas wydłużył się z trzydziestu minut do dwóch godzin. Właściwie nie tyle są to kłopoty z zasypianiem, co wielka chęć na fikołki, stawanie na głowie, szarpanie za szczebelki, stukanie smoczkiem w ścianę, wkładanie nóg (w śpiworku!) między szczeble i inne tego typu akrobacje. Mężydło aż wczoraj zapytało, co jest w tej kaszce, którą podaję małemu po kąpieli. Środki pobudzające? W każdym razie mały, nim zaśnie, obślini się, porozpina ubranko w śpiworku, tak, że od pasa w dół jest goły, obrzyga siebie i prześcieradło, dwadzieścia razy wyrzuci smoczek, po czym od razu za nim spazmatycznie płacze, próbuje raczkować w łóżeczku i złości się na brak miejsca itp., itd. Ratunku!

Cała nadzieja w tym, że to minie; może faktycznie ząb mu tak dokucza? Ale już prawie cały wylazł, dziąsło nie jest spuchnięte… Nadmiaru snu w dzień gościu tez nie ma, nie widzę więc za bardzo powodów jego harców po ciepłej kąpieli i gęstej kaszce… Sama wieczorem padam na pysk…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS