RSS
 

Archiwum - Marzec, 2012

Miłość do dziecka

28 mar

Bałam się, że mogę nie pokochać swojego dziecka, wiem, brzmi to strasznie, ale, po pierwsze, zdarza się, po drugie, nigdy za dziećmi nie przepadałam (eufemistycznie ujmując). Dzieciaki mnie irytowały, były za głośne, zbyt absorbujące, ciągle czegoś potrzebowały: a to pielucha, a to jeść, a to pić, a to „on się bije”, a to coś tam. Mama mi mówiła, że ze swoim jest inaczej, myślałam jednak, że tak tylko mówi, powtarza obiegową opinię.

Moje obawy rozwiały się szybko, synka pokochałam od razu, jak na amerykańskim filmie. Pokazali mi go na chwilę na sali operacyjnej, kiedy jeszcze mnie zszywano i po prostu miłość mnie zalała, na co ja zalałam się łzami. Wzruszenie i łzy to, wg mnie, naturalna reakcja w takiej sytuacji, kilka razy jednak zapytano mnie w szpitalu: dlaczego pani płacze? O Jezu, jak odpowiedzieć na takie pytanie?

A skąd tak od razu miłość do czerwonej, wrzeszczącej istoty? Instynkt? Nie mogłam nawet na początku synka przytulić, cały dzień leżałam jak kłoda, myślałam o bólu, o krwi, której tyle straciłam, obserwowałam inne cierpiące pacjentki na sali. Kiedy późnym wieczorem przynieśli mi synka, nie wiedziałam, jak go trzymać, co robić, brzuch bolał jak cholera, a tu jeszcze trzeba próbować karmić… Strach i ból przysłonił mi to pierwsze uczucie wielkiej miłości i wzruszenia. Tak było jeszcze przez kilka miesięcy, miłość – owszem, ale przede wszystkim stres, poczucie wielkiej odpowiedzialności, strach (czy wszystko robię dobrze?), zmęczenie, niewyspanie i poczucie utraty kontroli nad podstawowymi sprawami. Choćby takie wyjście do parku – jak tylko mały się budził, to płakał i wtedy wpadałam w panikę, co robić!? Wywalać na ławce cyckę i karmić? Lecieć do domu? Bujać? W ogóle wyciągać z wózka, bo przecież wieje? Masakra.

Teraz jest o niebo lepiej, wszystko się unormowało; przede wszystkim jest kontakt z dzieckiem! Nie ma takiej opcji, że mały płacze, a ja nie wiem dlaczego i nie mogę go uspokoić! Nie ma też problemu z ciągłym podawaniem mleka – mały je co 3-4 godziny, w tym czasie, między posiłkami, mogę z nim iść do sklepu czy do restauracji, gdziekolwiek. Dla niego to frajda, ciekawi go wszystko, rozgląda się, poznaje nowe miejsca. A gdy się zmęczy – zasypia. Łatwo go czymś zająć, zabawić, rozśmieszyć. Wiem, kiedy jest zmęczony, a kiedy tylko znudzony.

A co ma do tego miłość? Ha! Odkąd nastały czasy pt. „Wiem, o co chodzi mojemu dziecku”, miłość rodzicielska rozkwita. Nie jest przytłumiona lękiem, nie przygniata jej stres. Znów jest tak wyraźna i czysta, jak w tych pierwszych chwilach po porodzie. Wszystko jest sto razy łatwiejsze, niż parę miesięcy temu; ubieranie, rozbieranie, zmiana pampersa, mycie tyłka po kupie, karmienie, kąpiel. Przez to czujemy się pewnie – i my, rodzice, i mały.

Rozumiemy się z małym bez słów, a to cecha wielkiej miłości, prawda?

Wpis dedykuję wszystkim zalęknionym początkującym mamom. Wiem, że wiele z was ma wątpliwości co do swoich uczuć do dziecka.

PS

Zamierzałam napisać notkę o poruszającej mnie do głębi wszystkim nam znanej tragedii z Sosnowca, jednak zmieniłam zdanie; swoje przemyślenia na ten temat zachowam na razie dla siebie.

 
 

Mamy w domu świętego…

26 mar

Wczoraj ochrzciliśmy małego. Ksiądz powiedział, że dopóki dziecko nie zacznie grzeszyć, jest święte. Grzech pierworodny zmyty (i to dosłownie!), a nowych na razie dzieciak nie czyni. Czyli mamy w domu świętego :)

Chrztu dokonywał diakon, czyli początkujący ksiądz, robił to chyba pierwszy raz i był nie mniej przejęty od nas, rodziców. Trzęsły mu się ręce i chyba chciał dokładnie i gorliwie spełnić cały obrządek, bo oblał małego dokładnie, całą głowę, buzię… I tak trzy razy, a ponieważ mały był ostatni z chrzczonych dzieci, wylał na niego wszystko, co miał w dzbanuszku. Dobrze, że zimno nie było! Mały był zdziwiony i nieco oszołomiony, nie płakał. W ogóle był bardzo grzeczny, chyba nie mogę się wykręcić dzieckiem, jak mi się nie będzie chciało do kościoła iść… Zarówno dzień wcześniej, na mszy i spotkaniu przygotowawczym, jak i podczas mszy z chrztem mały z zaciekawioną miną rozglądał się dookoła, słuchał śpiewów i nie wymagał dodatkowej opieki typu noszenie czy bujanie. Doprawdy, święte dziecko!

Podczas obiadu było już troszkę gorzej, ale to raczej wina dorosłych; przekładanie z rąk do rąk, ciumkanie, zagadywanie i natarczywe zabawianie każdego by wyprowadziło z równowagi. Najlepiej mały czuł się u mnie i u taty, ewentualnie w wózku, gdzie mógł do woli wszystko obserwować, a w momentach znudzenia pogryzać za nogę lwa.

Za zebrane koperty (z zawartością) trzeba będzie w końcu urządzić małemu pokoik, który na razie robi za składzik. Musimy kupić wykładzinę, meble… Brr, obydwoje z mężem nie lubimy tego typu zakupów, jest tysiąc różnych szafek, mebelków, i weź tu człowieku się zdecyduj…

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Indywidualizacja

19 mar

Mały się indywidualizuje :) Dotarło to do mnie jakiś czas temu. Nie jest już po prostu jakimś tam niemowlakiem, który tylko brudzi pampersy, pije mleko i płacze, gdy coś mu się nie podoba. To znaczy, robi to wszystko, ale robi też rzeczy, które niekoniecznie charakterystyczne są dla wszystkich siedmiomiesięcznych dzieci. (Tak się przynajmniej wydaje zakochanej w nim matce, czyli mnie).

Otóż, przede wszystkim, mały uwielbia sznurki, co widać zresztą w jednej z poprzednich notek. Potrafi wiele minut z uwagą taki sznureczek dotykać, przekładać z rączki do rączki, ssać jak makaron, potem znowu mu się przyglądać… Istny sznurkomaniak. Muszę uważać, żeby przypadkowo nie wyciągnął skądś jakiegoś sznurka nieprzeznaczonego do zabawy.

Druga rzecz, jaka go fascynuje, to własny kciuk i możliwość „wkręcania” go we wszystko. Wygląda to tak, że opiera swoją tłustą łapkę na kciuku i „wkręca” – robi to wszędzie, „wkręca” w stół, w podłogę, w moje udo, w rękę taty… Inna zabawa z kciukiem to odmierzanie, niczym cyrklem – „wbija” kciuk np. w stół, po czym kładzie całą rączkę, znowu „wbija” i tak dokąd sięgnie…

Małego fascynują faktury drewna, nieraz próbuje „wydrapać” słoje drzewne ze stołu czy krzesła :) Uwielbia też klepać w podłogę, ale to chyba cecha większości dzieci. Kładę go na spory koc na podłodze, ale dla niego to nuda, najlepiej jest na gołym parkiecie, wtedy można przecież gołą rączką plaskać w podłogę, można ją też polizać… Szczebelki z łóżeczka też są super do lizania… Aha, na podłodze można też zaglądać pod dywan oraz można spróbować go gryźć… Doprawdy, super zabawa. Dopóki mama nie zauważy.

Wydaje się, że takie dziecko to jest w ogóle niekumate, nie siedzi, nie mówi… Ale bardzo dokładnie wie, kto to mama i tata, nie żałuje im uśmiechów i radosnych pisków, nie waha się ciągnąć za nos i włosy. Natomiast każda inna twarz powoduje stres i podkówkę na buzi, w najlepszym razie poważny wyraz twarzy i ograniczone ruchy. Długo trwa, zanim mały wyluzuje się u babci czy cioci. Podobnie jest z miejscami – w nowych pomieszczeniach rozgląda się z poważną miną, niczego nie komentuje. Natomiast zawsze, gdy wracamy skądś i wchodzimy do naszego mieszkania, mały rozpromienia się i popiskuje; poznaje, skubaniec, swoje kąty.

Co nie znaczy, że gościu nie lubi wychodzić z domu. Ubrany w kombinezon, siedzi grzecznie w swoim leżaczku i czeka, aż mama włoży buty i kurtkę i gdzieś go zabierze. Niosłam go ostatnio w chuście i wykręcał się na wszystkie strony, wyciągał szyję jak żółw, byleby widzieć, co mija. Podobnie w sklepie – z całych sił próbował ostatnio usiąść w gondoli, odrywał głowę, ciężko pracował biedaczek, żeby móc oglądać te wszystkie kolorowe rzeczy. Już niedługo zamieniam gondolę na spacerówkę, to dopiero będzie szał…

Mały lubi też jeździć samochodem, nigdy nie mieliśmy z nim kłopotów w podróży, spokojnie daje się wpinać w fotelik. Potrafi długo siedzieć jak trusia i po prostu zerkać w szybę.

Na koniec trochę się ponabijam z własnego dziecka… Gdy mały robi kupę, po prostu nie sposób się z tego nie śmiać. W jednej chwili robi się cały czerwony, wstrzymuje powietrze, napina się… Po czym występuje głębokie stęknięcie… Mam taki widok codziennie, podczas karmienia go zupką i nieprzerwanie mnie to bawi…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Postscriptum do notki z 06.03 :)

12 mar

Podobny do lwa czy nie, Pomarańczowy zyskał uznanie małego. Został gruntownie przećwiczony (szpagaty, przewroty etc.) i przyjęty do grona innych wesołych pluszaków. Poniżej – dowody:

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Grafik jest święty

08 mar

Od dłuższego czasu mamy z małym ustalony porządek dnia (i nocy). Mniej więcej o tej samej porze posiłki, drzemki, kąpiel; plus minus godzina. Dobrze wszystko funkcjonuje w tym ustalonym rytmie, nie warto niczego zmieniać czy przesuwać, o czym przekonałam się kilka dni temu. Mężydło postanowiło zażyć nieco ruchu, bowiem doszło w końcu do przekonania, że tryb życia dom-samochód-firma-samochód-dom dostarcza mu go zbyt mało. Ten nadprogramowy ruch miał być wykonywany na treningu sztuki walki, ale ponieważ pora tegoż wypadała w tym samym czasie co kąpiel naszego hrabiego, postanowiliśmy troszkę poprzestawiać kolejność działań. I tak, zamiast porządku: 17 – karmienie, 20 – kąpiel, 20:30 – kasza i spanko pojawił się następujący: 17 – karmienie, 18:30 – kąpiel, 20:30 kasza i spanko. W teorii nie wygląda to jakoś szczególnie rewolucyjnie, ale w praktyce wyszło koszmarnie.

Pierwszą czynność, jaką zrobił mały wyjęty z wanienki było puszczenie wielkiego siura na siebie, na mnie, na czysty ręcznik oraz w ogóle wszędzie dookoła. Nie jego wina, zawsze o tej porze siedział sobie w pieluszce… Po ogarnięciu sytuacji i walce z rękami i nogami, celem upchnięcia ich w rękawach i nogawkach, mały dał kolejny popis, rzygnąwszy sobie na czystą piżamkę. Znowu – wina leżała po naszej stronie, zawsze jest kąpany przed jedzeniem, a nie po. Następnie musiałam małego jakoś przetrzymać choćby do 20, dać kaszę i dopiero położyć spać, on jednak kojarzył czas po kąpieli zupełnie inaczej (zresztą nie dziwię mu się), więc marudził, jękolił, kwękał i oczywiście ślinił wszystko w zasięgu paszczy, a więc również swoje ubranko i śpiworek. Krótko przed kaszą przebrałam go w suche rzeczy, żeby taki zawilgocony nie szedł spać.

Nadeszła w końcu pora kolacji, mały nie wypił całej kaszy, postanowiłam więc włożyć mu czystego pampersa już na noc, ewentualnie dokończyć kaszę i uśpić. Ze świeżą pieluchą mały dostał wigoru, dokończył posiłek i… walnął kupę. Ewenement o tej porze, ale co zrobić… Musiałam kolejny raz rozebrać gościa, umyć tyłek, założyć nowy pampers… Wszystkie te czynności tak go rozbudziły, że o spaniu nie było mowy. Marudził jeszcze, gdy przyszło mężydło, narzekające oczywiście na ból szyi, nóg i w ogóle (sport to zdrowie, jak wiadomo), po czym w końcu usnął. Musiał się naprawdę mocno zmęczyć, bo kiedy mąż wziął go o północy na kleik, który zazwyczaj wypija na śpiąco i bez jednego kwęknięcia, postawił wrzaskiem niezadowolenia na nogi cały dom (czyli mnie). Był wściekły, że ktoś go obudził, kiedy w końcu zaczęło mu się dobrze spać (chłopak ma to na pewno po mnie, też tego nienawidzę) i całym sobą nam przekazał, gdzie ma nas, nasz kleik i nasze mieszanie w jego grafiku.

Niedługo kolejny trening męża i chyba tym razem wezmę kąpiel na siebie, byleby była o odpowiedniej porze. Zobaczymy, jak to wyjdzie, bo mały jakoś woli być kąpany przez tatę, cieszy się wtedy bardzo, piszczy z radości, chlapie kończynami, łapie paluszkami bańki piany i w ogóle jest cały szczęśliwy. Natomiast kiedy zdarzyło się mnie go kąpać, robił buzię w podkówkę i płakał, nie mam pojęcia dlaczego…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Z twarzy podobny do nikogo…

06 mar

Na początek mała zagadka – co to za zwierzątko: pomarańczowe z różowymi, seledynowymi i błękitnymi akcentami, nóżki cienkie jak witki, ale zakończone bułowatymi „stopami”, na „kostkach” po dwa dźwięczące kółka; jedna stopa wyposażona jest w lusterko. Rączki-łapki jeszcze bardziej rachityczne od nóżek, za to zwieńczone plastikowymi… kwiatkami. Zgrozę budzi dodatkowa kończyna, tudzież narośl, którą – jeśli pociągnąć – wstrząsają drgawki wibracjami zwane; umiejscowione jest to to, powiedzmy, że na biodrze. Ogona za to brak. Aha, na głowie przy uszach znajdują się krótkie kolorowe wstążeczki, co – wbrew pozorom – może ułatwić rozwiązanie zagadki. Idę jednak o zakład, że nadal nie wiadomo, o jakim zwierzęciu piszę. Proszę więc obejrzeć zdjęcia:

 

Być może teraz już można się domyślić, że to lew. Ja na to nie wpadłam, ale pomogła mi pięciolatka, która ów prezent mojemu dziecku przyniosła.

Czepiam się? Zabawka wszak urocza, wibruje i dźwięczy. Owszem, mały z zachwytem obślinił ją całą, od lusterkowatej „stopy” po wstążkowatą „grzywę”. Tylko dlaczego producent na opakowaniu pisze: „Dzięki podobieństwu do prawdziwych postaci ludzi i zwierząt, zabawka uczy dziecko rozpoznawania ich kształtów i sylwetek”.

Gdyby nie ten przemądrzały tekst, do głowy by mi nie przyszło czepić się kwiatkowatych rączek-łąpek..

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS