RSS
 

Archiwum - Luty, 2012

„Dzienniki” Iwaszkiewicza

28 lut

Od paru miesięcy w wolnych chwilach ukulturalniam się lekturą pierwszego tomu Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza. Czytanie dzienników tym, między innymi, różni się od lektury innych gatunków literackich, że z grubsza wiadomo, co będzie dalej. Jeśli wiem, że Iwaszkiewicz dokonał żywota w 1980, to podśmiechuję się z jego lamentów o kończącym się życiu wypisywanych w dzienniku w latach 40.  Myślę sobie – chłopie, nie doszukuj się u siebie jakichś śmiertelnych chorób, przed tobą jeszcze prawie 40 lat męczenia się z sobą i z rodziną :) A propos rodzinki – z perspektywy lat z przymrużeniem oka czyta się narzekania pisarza na żonę: „Dostałem od niej takie dwa listy, że po prostu o niczym innym myśleć nie mogę, złe, głupie i złośliwe, z chęcią dokuczenia, odebrały mi możliwość pracy. Zadziwiające, jak ta kobieta nawet na odległość potrafi zalać sadła za skórę. [...] Taka prosta rzecz: prosiłem, żeby Wiesio przyjechał w środę, a potem depeszowałem, żeby mi przywiózł pieniędzy. Oczywiście ani Wiesia, ani pieniędzy, bo jej się coś w tym nie podobało. Pisze mi, że Wiesio musi nosić bułki, a przecież jest u nich troje służby!!”.

Dystans czasu pozwala mi uśmiechać się na takie wpisy, szkoda, że trudno jest wypracować w sobie taki stoicyzm na co dzień, odnośnie bieżących spraw. Wściekam się na rzeczy, które za parę godzin lub dni nie mają kompletnie żadnego znaczenia. Często o tym myślę, czytając te iwaszkiewiczowskie zapiski.

Zabawnie czyta się też takie m.in. wyznania: „Najprzyjemniejszą z całej podróży była Wenecja [...], pomimo bardzo nieprzyjemnego nastroju Kongresu PEN Clubów. Mam zresztą w dupie tę instytucję”, kiedy wiadomo, że kilka lat później Iwaszkiewicz będzie pełnił funkcję wiceprezesa PEN Clubu, przez dziesięć lat! Albo czytam: „Wczoraj skończyłem ostatecznie Odbudowę Błędomierza - zdaje się wyszło straszne gówno [...]„, a w komentarzu do tej notki znajduje się informacja o nagrodzie otrzymanej za ten utwór.

W 1951 leciał Iwaszkiewicz  szwajcarskim samolotem do Zurychu. Jego spostrzeżenia na ten temat długo jeszcze miały zostać aktualne, przez cały PRL i jeszcze trochę: „Samolot mało co większy od czeskiego, ale zupełnie inaczej urządzony, o wiele wygodniejszy i mający na pokładzie o wiele milszą załogę”. Dalej zachwyca się pisarz „kartonową szklaneczką” rosołu, przyprawami podanymi w „małych torebeczkach” i musztardą „jak tubka olejnej farby do wyciskania”. „Ale najpiękniejsza była serwetka z papieru gęstego i miękkiego jak atłas [...]„. Jak długo jeszcze w zapyziałej Polsce o takich luksusach nikt nawet nie śmie zamarzyć!

Niech komentarzem do tej sytuacji będzie jeszcze jeden, jakże wymowny, cytat, dotyczący pobytu w Rzymie: „…oglądamy wystawy. Widzimy piękne nowoczesne kryształy, porcelany, wspaniałe tkaniny, owoce, kwiaty. Poczciwy Stryjkowski ogląda to wszystko z równym co ja zachwytem. W pewnym momencie powiada: >>Czasami tak mi strasznie żal, że w Polsce tego nie ma, ale myślę sobie: oni za to nie mają socjalizmu!<<„.

Ech…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Słów kilka o butelkach

27 lut

Całe szczęście nasz mały nie jest wybredny i jakiej by butelki nie dostał, to mu odpowiada. Jak już na pewno pisałam, na początku stosowaliśmy Medelę ze smoczkiem Calma; nie oducza dziecka ssać piersi. I butla, i smoczek łatwe do umycia, na butli wyraźna podziałka. Wadą smoczka jest cena (60 zł) i to, że czasem, jeśli dziecko zassie za słabo, to do buzi nie doleci, ale zostanie w smoczku i jeśli w takim momencie weźmiemy butelkę do pionu, mleko poleci po zewnętrznych ściankach. Bardzo irytujące, wszędzie miałam kółka z mleka. Mimo to polecam. Praktyczne były zakrętki do butelki, brakuje mi tego w innych flaszkach.

Wspomniana widoczna skala nie jest standardem, o czym przekonałam się przy następnej butelce kupionej na miejsce Medeli. Chodziło o prostszy wypływ mleka, bo mały przestał nam przybierać. Kupiłam flaszkę z Tommee Tippee… Nie wiem, jak firma z jaką taką renomą (a TT za taką uchodzi) może wypuścić na rynek butelkę z transparentną podziałką! Przy każdym robieniu mleka był problem z prawidłowym odmierzeniem wody, no ludzie, to chyba nie jest zbyt wielkie wymaganie – chcieć wiedzieć, ile mililitrów wody jest w butelce!! Od tego zależy przecież ilość miarek mleka do wsypania, to nie może być robione na oko! Męczyłam się z tą butelką bardzo, trzeba było patrzeć pod światło, żeby dojrzeć, gdzie jest np. 150 ml. Marker się z tego zmywał, zastosowałam więc lakier do paznokci – co 30 ml postawiłam karminową kropkę. Co jakiś czas się to zdrapywało, nie wspomnę o zachwianej  precyzji pomiaru… Do mycia butelka jest wygodna, bo szeroka niczym szklanka. Z ulgą jednak zmieniłam ją na flaszkę z Aventu. Granatowy nadruk z mililitrami, hurra! Można było przestać mrużyć oczy… Do tego trójprzepływowy smoczek – bardzo wygodny wynalazek, gdy trzeba nieco zagęścić mleko, ale nie tak, że prawie łyżka w nim stoi, a do takiej konsystencji jest chyba smoczek do kaszy z TT, który nabyłam z rozpędu. Dziura po byku, krótko mówiąc, leje się jak z kranu…

Z TT miałam jeszcze jedna wpadkę, kupiłam smoczek po 6 miesiącu, a właściwie taki mi podała babka w sklepie; najpierw kupiłam u niej butelkę, która bez sensu obowiązkowo jest ze smoczkiem zerowym, od razu więc musiałam dokupić sam smoczek na 3-6 miesięcy, był OK, więc bez cienia podejrzenia kupiłam kolejny, dla starszego dziecka. I w domu – zong. Gdzież ten smoczek ma odpowietrzacz?? Ach, nie ma, bo jest on do innej butelki, z zamontowanym jakimś ustrojstwem odpowietrzającym… A ja już go zdążyłam wygotować, o zwrocie nie ma mowy… Popełniliśmy więc zbrodnię i sami go przerobiliśmy odpowiednio… To znaczy mąż zrobił w nim po prostu małe nacięcie i… działa! Służy zastępczo dla Aventa. A takie halo robią z tych odpowietrzaczy!

Babka w sklepie, nie dość, że sprzedała mi zły smoczek, to jeszcze przekonywała, że wszystkie butelki sprzedawane są ze smoczkami od zera. Otóż to nieprawda, Avent można kupić ze smokiem bardziej zaawansowanym. Chyba nie muszę wspominać, że nie chodzę już do tego sklepu…

Żeby o Avencie tak słodko nie było, napiszę, jaki kit wciskają na pudełku od butelki. Znajduje się tam mianowicie interesujący wykres. Mamy tam oś określającą, uwaga, „liczbę minut rozdrażnienia” oraz dwa słupki – jeden dotyczy zwykłej butelki, drugi – butelki Philips AVENT. Oczywiście słupek dotyczący zwykłej flaszki jest o połowę wyższy… Poniżej znajduje się komentarz do tego osobliwego wykresu: „Badania kliniczne potwierdzają, że butelka Philips AVENT znacznie zmniejsza częstotliwość występowania kolki i stanu rozdrażnienia”. Ciekawe, zwłaszcza, że jednoznacznych przyczyn kolki nie ustalono, jak dotąd, tak samo, jak nie wiadomo, jak jej skutecznie zapobiegać…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Jeszcze raz o „Języku niemowląt”

24 lut

Udało mi się skończyć ten dość specyficzny poradnik, w którym to autorka traktuje początkujące matki jak jakieś durne ciemnoty pozbawione empatii (inna sprawa, że same rodzicielki często się o to proszą…). Główna idea książki jest wg mnie słuszna – trzeba poznać swoje dziecko, żeby wiedzieć jak z nim postępować (czyli – kiedy dawać sutek/butelkę w dziób, kiedy przytulać, a kiedy zabawiać). Zadanie to ułatwia notowanie pór karmienia, spania, siusiania etc. Dzięki temu nie tylko radykalnie zmniejsza się ryzyko przegłodzenia/przekarmienia, ale matka zyskuje też jaką taką kontrolę nad swoim życiem (potrafi mniej więcej przewidzieć, kiedy potwór zaśnie i będzie mogła iść umyć zęby).

Zapiski odnośnie papu i kaka robię niemal od pierwszego dnia pojawienia się małego terrorysty w moim życiu. To naprawdę pomaga ogarnąć cały ten mleczno-pampersowy chaos i pozwala uniknąć ciągłego łamania sobie głowy, czy dziecko jest głodne. Otóż jeśli godzinę temu aktywnie ciągnęło cyca przez czterdzieści minut lub opróżniło pokaźną butlę, to na pewno przyczyną jego marudzenia czy wrzasku nie jest głód..

Poza tą główną ideą, niemal wszystkie pozostałe teorie i wskazówki budzą we mnie liczne zastrzeżenia… A już zalecenia odnośnie wprowadzania nowości do menu wręcz mnie zszokowały, cytuję: „… można w dziewiątym miesiącu dawać dziecku rosół z kury [...]. Proponuję natomiast wstrzymanie się z mięsem, jajkami i pełnotłustym mlekiem do ukończenia pierwszego roku życia”. Dalej pani Hogg podaje w tabelce podzielonej na miesiące, jakie pokarmy dziecku podawać, prócz mleka z piersi/butelki. Jest tam gruszka (jako pierwszy wprowadzany owoc!), potem dynia, słodki ziemniak (afrykańskie bataty, czy co?), brzoskwinia, banan, marchewka (dopiero w 8 miesiącu), groszek, fasolka i w końcu, w wieku 9 miesięcy, uwaga, chyba uznane za bardzo uczulające i ryzykowne, więc dlatego tak późno, po brzoskwiniach i fasolce, ta dammm! JABŁKO!

I tu pytanie: czy pani Hogg, dyplomowana pielęgniarka i położna z doświadczeniem, pracująca w Anglii i USA, nie słyszała o wprowadzaniu drobiu i króliczego mięska już w piątym miesiącu, żółtka jaja kurzego w siódmym, że o jabłuszku na początek zmian w menu niemowlęcia nie wspomnę? Czy nie słyszała, żeby nie podawać dziecku wywaru z gotowanego mięsa (czyli rosołu), ze względu na dużą ilość uczulającego białka w owym? Nie jest jej wiadomym fakt, iż maluch potrzebuje tłuszczu, czyli oleju, oliwy lub masła? A może to nasze polskie (europejskie?) zalecenia są błędne i przeładowane? Czy takie koncerny jak Hipp czy Nutricia na każdy kraj mają inne produkty? Zaciekawił mnie ten temat, interesujące, co jest w słoiczkach z jedzeniem dla dzieci w innych krajach. Czy decydują o tym zwyczaje w danym regionie? Przyzwyczajenia ludzi? Kultura? Moda? Myślałam, że chodzi o zdrowie i rozwój dziecka, że są jakieś ogólnoświatowe badania wskazujące, co i kiedy powinno jeść niemowlę. W wolnej chwili spróbuję zgłębić ten temat.

Co tam jeszcze wyczytać można w „Języku…” ? Ano, dowiedziałam się, że moje z laktatorem boje były… bezzasadne, że nadzieja na zwiększenie ilości mleka poprzez mozolne pompowanie piersi była bez sensu! „Ssanie uaktywnia zatoki mlekonośne, czego żaden mechaniczny laktator nie może zrobić. Ssanie noworodka powoduje wysyłanie komunikatów do mózgu matki, które uruchamiają wydzielanie pokarmu; mechaniczna pompka jedynie opróżnia pęcherzyki mleczne, w których pokarm się gromadzi.[...] Ściąganie mleka [...] za pomocą laktatorów nie pozwala podtrzymać jego wydzielania dłużej niż przez pięć tygodni”. Jednym słowem, nie ma ssania -mleko zanika,  mało mleka = mało ssania, mało ssania = mało mleka, obojętnie czy pompujesz cycek czy nie… Hmm… Powiem tak – w moim przypadku to by pasowało idealnie, mimo „laktatowania” pokarmu miałam coraz mniej. Z drugiej strony jednak wiem, że wielu kobietom laktator pomógł, po paru dniach odciągania miały piersi pełne mleka. A więc???

Kolejny kontrowersyjny temat książki to podejście do niemowlaka „pełne szacunku”. Wg autorki, niedopuszczalna jest np. zmiana pieluchy bez… uprzedzenia o tym dziecka. Poinformowanie niemowlaka  ”A teraz będę ci zmieniać pieluszkę” działa na niego uspokajajaco i jest wyrazem szacunku właśnie. Podobne zachowanie autorka zaleca przy wszystkich czynnościach przy dziecku. Aha, i nie mówimy dziecko, tylko zwracamy się po imieniu… Nieustannie przypominając o szacunku, autorka zakazuje układania niemowlaka spać w pokoju gościnnym czy innym pomieszczeniu niebędącym jego sypialnią, argumentując, że nikt z nas nie chciałby spać w takich warunkach. Itd., itp…

Wszystko fajnie, ale mój mały ignoruje moje zapowiedzi ubierania go, nawet jeśli używam najłagodniejszego tembru głosu. Ma je w głębokim poważaniu i z uporem maniaka udaje wija na przemian z ośmiornicą, bylebym tylko nie trafiła ręką w rękaw… Informacja o zmianie pampersa też nie robi na nim wrażenia, na ostrzeżenie o kupie wkłada w nią piętę… Jeśli zgodzić się z rozsądną, moim zdaniem, tezą autorki, że dzieciak niczego nie robi złośliwie, (nawiasem mówiąc warto o tym pamiętać, twierdzenie to studzi nasze negatywne emocje do wrzeszczącego potwora…), muszę nie zgodzić się z istotnością informowania małego, co mam zamiar z nim robić za pięć minut.

Z całym szacunkiem do małych ludzi uważam, że jednak nie kumają, o co chodzi, nie rozumieją słowa rajtuzy, ani przestrogi „bez czapki zmarzniesz”… (Przypomnę, że w książce jest głównie mowa o noworodkach i 2-6 miesięcznych niemowlakach). Jestem przeciwna zrównywaniu niemowlęcia z dorosłym. Zupełnie nie przemawiają do mnie argumenty typu: nie róbcie tak, bo sami byście nie chcieli być tak traktowani. Gadam oczywiście do małego prawie cały czas, ale żebym zaraz miała wierzyć, że wie, o co mi chodzi, to nie, nie ma tak lekko. Jeśli mi zaśnie podczas karmienia, nie budzę go, by był świadomy przenoszenia do łóżeczka, tylko go po prostu przenoszę. Wg autorki powoduje to szok i zamęt w głowie dziecka, gdy budzi się w miejscu innym od tego, w którym zasypiało. Jeśli poranne radosne  gaworzenie i wesołe machanie łapkami jest wyrazem szoku, to ja przepraszam bardzo!

Na koniec pochwalę autorkę, żeby nie było tak kwaśno :) Gorąco zaleca włączać partnerów w opiekę nad dzieckiem i tu przyznaję jej całkowitą rację. Należy to jednak robić w sposób inteligentny, radzi pani Hogg: „Niektóre znane mi kobiety robią to w sposób beznadziejny, stając mężowi nad głową, krytykując każdy jego ruch, narzekając i twierdząc, że wszystko robi źle”. Cóż, jeśli ktoś chce robić przy dziecku ABSOLUTNIE WSZYSTKO I BEZ NICZYJEJ POMOCY, niech tak postępuje… Ja przychylam się do zdania autorki, że do zbyt luźno założonej pieluchy dziecko zrobi zrobi kupę tak samo, jak do tej perfekcyjnie zapiętej…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Fascynujące sznureczki

17 lut

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Do przodu

15 lut

Mały nadaje niezłe tempo. Jeszcze parę dni temu na siłę pchałam mu tyłek do obrotów, teraz wystarczy go położyć i już zaczyna się wić, wykręcać i… hop! już jest na brzuchu. Nową umiejętność ćwiczy chętnie na leżaczku, wyginając się w pałąk (muszę go już przez to przypinać). Wygląda to dość przerażająco – mały twarzą do dołu, tylko nogi fyrkają, ale jak go podnoszę, cieszy się bardzo. Podobnie, gdy wystraszona odwijam go z kocyka – pod spodem zawsze jest uśmiechnięta gębula z dwoma zębami. Żadnych szmat nie mogę zostawiać w pobliżu, bo uwielbia się nimi zakrywać. Wicie i wykręcanie się na wszystkie strony praktykuje też przy ubieraniu, co, eufemistycznie mówiąc, nie ułatwia mi sprawy. Włożenie jednej ręki w rękaw to mordęga, a drugiej – mordęga do kwadratu. Niestety, pora roku jaka jest, każdy widzi, więc ubierania jest sporo.

Nawiasem mówiąc, nie wiem, dlaczego producenci ubranek dla dzieci skupili się na takich duperelach jak kieszenie, hafty, wielkie metki, natomiast kwestia przeciśnięcia ruchliwej rączki z rozcapierzonymi palcami przez wąski nierozciągający się rękaw zwężony dodatkowo przy mankiecie zupełnie nie zaprzątnęła ich uwagi. Nigdy nikt nic nie schowa w kieszenie w spodenkach niemowlęcia, w dodatku mają one często ćwieki gniotące w tyłek lub brzuszek; hafty są dwulicowe – z wierzchu śliczne, od spodu drapiące; metki drapią same z siebie, dodatkowo często są przyszyte (na amen!) ostrą żyłką – wiadomo, nikt nie lubi mieć czegoś takiego przy szyi. Natomiast odpowiednio szerokie rękawki w bluzeczce warte są chwili zastanowienia, naprawdę…

Jeszcze odnośnie bubli ubraniowych, mamy na rynku spodenki udające praktyczny ciuszek, najczęściej na szelkach. Otóż mają rozpinany krok – super, można dostać się do pampersa! Tyle że sam pampers nie został w noszeniu uwzględniony, spodenki nie są ani odrobinę szersze w kroku od zwykłych dorosłych portek, nie różnią się od nich krojem, a jedynie rozmiarem. I co? I nie da rady ich dopiąć, pielucha się nie mieści. Uważam, że zanim do produkcji trafi jakaś koszulka czy bodziak, powinien być zrobiony test prędkości ubierania i komfortu noszenia tegoż.

Ruszyliśmy z kopyta z zupkami. Mały wcina jak szalony, gdy widzi łyżeczkę, otwiera szeroko buzię jak ptaszek. Cieszy taki widok, tym bardziej, że obydwoje dzieci mojej siostry to niejadki i każdy posiłek to wojna. Mam nadzieję, że obecnie kształtuję u małego dobre nawyki żywieniowe i tak mu zostanie :) Zjada zarówno zupki słoikowe (każdej firmy) jak i – uwaga – moje własne. Odważyłam się, kiedy zobaczyłam, po pierwsze, jak chętnie je, po drugie, że nic go nie uczula (odpukać). Z duszą na ramieniu ugotowałam mu indyka z warzywami, parę dni później wcinał już królika, wprowadzam mu już też powoli żółtko. Na temat podawania dziecku mięsa i warzyw ze sklepu napisano w necie mnóstwo, czytałam te wszystkie radykalne opinie aż do bólu głowy. A to że trujące i z hormonami, a to że pryskane, a to że ekologiczne tylko z nazwy etc. Każdy ma pewnie trochę racji, ale jeść trzeba. Jestem jak agent Mulder – nie ufam nikomu, a więc rolnikowi od ekologicznej marchewki także. Uważam, że w Polsce jest jeszcze pod tym względem wolnoamerykanka i nikt nie pilnuje, w jakiej ziemi co rośnie. W każdym razie podaję małemu i słoiki, i swoje warzywno-mięsne ciapki. Owoce na razie tylko ze słoika, bo skąd mam wziąć teraz maliny, jagody czy brzoskwinie, a nie samym jabłkiem człowiek żyje. A i banan ze słoiczka jednak pewniejszy jest chyba od takiego ze sklepu. Mam nadzieję…

Naszym sukcesem ostatnich dni jest samodzielne zasypianie małego. Czynię tu pokłony mężydłowi, bo to on zapoczątkował praktykę nieingerowania w ten trudny proces. Ja jakoś nie mogłam uwierzyć, że gościu uśnie bez bujania, kołysania i innych nerwowych ruchów wykonywanych wszystkimi kończynami rodzicielskimi, najlepiej na raz. Dziś spróbowałam i faktycznie, mały pomarudził, pobawił się smoczkiem, pokręcił, ponakładał tetrę na głowę i po jakiejś półgodzinie usnął. Ja w tym czasie siedziałam obok, na kanapie i oglądałam Dzień Dobry TVN, mój ulubiony program, odkąd siedzę w domu… Na razie sztuczka udaje się tylko na poduszce, w którą mały się wtula, nie ma mowy o położeniu go do łóżeczka i czekaniu aż uśnie, bo… nie uśnie. Ale myślę, że dojdziemy i do tego. Wygodnictwo rodziców dźwignią postępu!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Walę tynki

14 lut

- To kiedy są te Walentynki? – zaskoczył mnie mąż parę dni temu.

- Czternastego, a co? Przecież ty tego nie uznajesz…

- Muszę wiedzieć, kiedy kontestować.

Tyle na temat Dnia Zakochanych :)

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Usypianie (jakkolwiek to brzmi…)

03 lut

Dziś podzielę się moim ulubionym fragmentem z książki „Pierwszy rok życia dziecka” Arlene Eisenberg… Naprawdę dobrze oddaje sytuację… :)

„Wreszcie zasnęło – po wieku spędzonym przy obolałych piersiach, po bujaniu na omdlewających rękach, po godzinach śpiewania. Pomalutku podnosisz się ze śpiącym dzieckiem w ramionach, zbliżasz się do łóżeczka, wstrzymujesz oddech, używasz tylko absolutnie koniecznych mięśni. Następnie z bijącym sercem przenosisz je nad krawędzią łóżeczka i powoli opuszczasz na materac. Wreszcie uwalniasz ręce, ale o ułamek sekundy za wcześnie. Dziecko zaczyna kręcić głową z boku na bok, sapać i kwilić. Podnosisz je, sama niemal płacząc, i wszystko zaczyna się od początku.”

Mały nieraz daje nam popalić, zanim zaśnie. Drze się tak, że zapewne sąsiedzi za ścianą zastanawiają się, czy nie dzwonić na niebieską linię. Ledwo widzi na oczy, ale dzielnie walczy ze zmęczeniem, nie poddaje się bez walki. Uspokaja się dopiero w pozycji podwójnie pionowej, tj. kiedy sam jest w pionie oraz kiedy obiekt go trzymający również uniósł cztery litery z kanapy. Nie ma siedzenia!! (A wszyscy dookoła pytają się, co tak schudłam…) Kiedy koleżka nieco się uspokoi i zaczyna ziewać, następuje kolejna próba ululania. Mały ma chyba jakaś wmontowaną poziomicę, bo nawet najlżejsze przechylenie go do pozycji poziomej wywołuje gwałtowne protesty… Po kilku próbach poziomica w końcu przestaje działać, bo gościu daje się położyć i pokołysać, poćmaka chwilę smoczek i odpływa… Muszę przyznać, że to bardzo kojący widok!

Czasami usypiam go 10 minut, czasami – godzinę. Ostatni patent to usypianie w wózku, który został przytargany z piwnicy, bo i tak przez te mrozy nigdzie nie wychodzimy. I znowu na dwoje babka wróżyła – raz wystarczy gościa położyć, przykryć kocykiem, pobujać – i… hurra, nareszcie można zrobić pranie, zjeść zupę i może nawet coś wyprasować… Albo dodać wpis na blogu ;) Dziś jednak wózek się nie sprawdził, mały wyczuł ściemę, czyli fakt bujania w przedpokoju zamiast w parku (przypomniał mi się od razu Dulski, spacerujący na Kopiec Kościuszki wokół stołu) i musiałam go udobruchać noszeniem na rękach. Czterdzieści minut i po sprawie, phi! Ma się tę wprawę…

Najmilej w kwestii usypiania jest wtedy, kiedy… nie trzeba usypiać. Żeby mały przespał całą noc, należy go zatankować do pełna około 23. A ponieważ po kąpieli i kolacji zazwyczaj już smacznie śpi, należy go obudzić. Zawsze mam opory, bo nie po to człowiek tyle się nabujał, żeby teraz psuć efekt swej pracy… Jednak pobudki o trzeciej w nocy nauczyły mnie, że nie ma co się łamać, tylko twardo o tej 23 małego z łóżeczka brać i karmić. No i najfajniej jest wtedy, kiedy niezupełnie się obudzi, na tyle tylko, by wydudlać butlę. Wypije, beknie i nawet oka nie otworzy – wtedy gładko go z powrotem do łóżeczka i… hulaj dusza! Można iść spać!

 

PS

W paszczy pojawił się drugi ząb!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS