RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2012

Praca a poczucie własnej wartości

30 sty

Przeczytałam bardzo uważnie wszystkie komentarze dotyczące dylematu praca versus opieka nad dzieckiem. Jedna z osób zadała ważne pytanie – dlaczego posiadanie pracy utożsamia się z posiadaniem własnej wartości? No, cóż.  Pewnie dlatego, że praca w domu jest lekceważona i niedoceniana.

Jeśli powiem: pracuję w biurze/sklepie/na stoisku/etc. , to jestem odebrana jako ktoś, kto sobie radzi, kto robi coś, za co mu płacą, a więc – robi coś ważnego, potrzebnego, ZAUWAŻONEGO. A pozmywane naczynia, wyprane, wyprasowane i powieszone w szafie koszule, umyty kibel, przetarte lustra, odkurzony dywan, zmieniona pościel, błyszcząca umywalka i wanna, wyczyszczone z kamienia krany, ugotowany obiad, pieczywo w chlebaku, wędlina, sery, pomidory w lodówce, mleko w szafce, kawa w słoiku (czyli zakupy robione na bieżąco) PLUS nakarmione kilka razy dziennie dziecko, z czystą pieluchą, z aktualnymi badaniami i szczepieniami (czyli zadbane) to… to po prostu się dzieje, to po prostu jest… Jeślibym to wszystko robiła u kogoś za pieniądze, jako sprzątaczka i opiekunka, miałabym niezłą pensyjkę…

Od pół roku pracuję na full pełny etat. Full pełny, bo 24 h na dobę. Bez dnia wolnego, bez prawa do urlopu i do chorobowego. Czas nienormowany, przerwa na posiłki – niekoniecznie, siusiu w wolnej chwili. Robię jako sprzątaczka, kucharka, praczka, opiekunka. Wykonuję kawał dobrej roboty, wielki kawał. A mimo to czuję się okropnie, jak jakiś mały nieistotny żuczek, kiedy mówię, że siedzę w domu z dzieckiem i na razie tak pozostanie, idę na wychowawczy, nie szukam opiekunki, nie dam dziecka do żłobka.

Niskie poczucie własnej wartości? Na pewno. Przez naświetlenie sobie samej tego problemu czuję się trochę lepiej, pewniej. Kto prycha na pracę w domu niech zatrudni sprzątaczkę i opiekunkę do dziecka, a zobaczy, ile to kosztuje, ile taka praca jest warta. Na razie jestem najlepszą osobą do jej wykonywania, we własnym domu, ze swoim dzieckiem. Pomogły mi komentarze czytelniczek, dziękuję.

 

A co powiecie na wyznaczenie sobie pensji? Wypłacanej przez męża? :) Nie będę zdzierać, stówka za dniówkę…

 
Komentarze (15)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Kończy mi się macierzyński…

25 sty

Kończy mi się macierzyński… W związku z tym ostatnio nie jest mi zbyt wesoło, eufemistycznie mówiąc. Na swoje stanowisko wrócić nie mogę, bo moje biuro zostało przeniesione poza Wrocław, dojazdy nie wchodzą w grę. Zresztą moją pracę wykonuje już inna dziewczyna, wyszkolona zresztą przeze mnie…
Siedząc w domu teoretycznie mogłabym wykonywać część pracy zdalnie (o czymś takim bąkał mój szef, gdy odchodziłam na zwolnienie), teraz jednak widzę, że nie jest to takie proste. Albo zawalałabym obowiązki, albo opiekę nad małym. Co miałabym wybrać, jeśli dostałabym pilne zlecenie zorganizowania transportu i równocześnie mały by się zanosił płaczem? A tak się dzieje, jeśli się nudzi/jest głodny/jest zmęczony/jest senny, czyli prawie zawsze.
Rozmyślając o mojej sytuacji wpadłam w wielki dół, co tam dół, to był Rów Mariański! Po pierwsze, szef nie zaproponował mi jak na razie nic do roboty, co jest dla mnie jasnym komunikatem; poczułam się niepotrzebna i zapomniana. Po drugie – nawet jeśli coś mi zaproponuje, chyba będę musiała odmówić. Nie chcę powierzać dziecka obcej babie (czytaj: opiekunce), tym bardziej żłobek nie wchodzi w grę; zresztą moja praca byłaby wówczas kompletnie nieopłacalna. Z drugiej strony – nie chcę zasiedzieć się domu… I tak źle, i tak niedobrze.
Mój niepokój zwiększyła dodatkowo koleżanka, do której zadzwoniłam na swobodne plotki. Zamiast relaksującej rozmowy wysłuchałam wykładu o tym, jak to jeszcze trochę i nie będę w stanie wrócić na rynek pracy, a moje CV będzie totalnie zepsute przez to, że będzie miało defekt pt. kilkuletnia opieka nad dzieckiem. Dowiedziałam się, że urlop macierzyński to marnowanie czasu, a wychowawczy to już w ogóle czarna dziura, z której się nie wygrzebię (jak to z czarnej dziury…).
Miotałam się strasznie po tej rozmowie; sama już nie wiedziałam, co jest ważne i w którą stronę powinnam iść.
Jak zwykle pomógł mi mój rozsądny i poukładany mąż, który stwierdził, że teraz jest czas dla dziecka. I najlepiej zajmie się nim jego mama… A gdy przyjdzie czas na żłobek/przedszkole, pomyśli się o moim powrocie do pracy. Niby proste, logiczne i przede wszystkim rozsądne… Niepokój jednak pozostał. Że nie będę mieć własnych pieniędzy, że zbytnio przyzwyczaję się do siedzenia w domu, że poczucie własnej wartości zleci mi na łeb na szyję (już teraz nie jest z tym najlepiej…).
Do końca miesiąca muszę określić się w moich kadrach… Ech.

 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nowinki

18 sty

Parę dni temu miałam pod opieką moją pięcioletnią bratanicę.  Jest to bardzo inteligentna dziewuszka, jednak nie potrafi sobie przyswoić, że jeszcze długa droga przed niemowlakiem do jako takiego świadomego bytowania. Dlaczego on tak piszczy? – pytała mnie, gdy swoim zwyczajem mały wydawał dzikie piski radości spowodowane dobrym humorem z rana. Wg niej było to zupełnie bez sensu – gdy ktoś się cieszy, to raczej nie piszczy… Kiedy włączyła sobie Królewnę Śnieżkę na DVD, poważnym głosem oznajmiła: Tu są straszne momenty i ja wtedy nie oglądam, a on to niech w ogóle nie patrzy. Niepomna jej ostrzeżeń podeszłam po chwili z małym na ręku. Niech on nie patrzy! – usłyszałam. Hmm… Jakiś czas potem włączyła „Gnomea i Julię” i stwierdziła: A tu nie ma nic strasznego, ani smutnego, to on też może oglądać. No, OK… Śmiać mi się chciało. Potem podałam na obiad zupę. A mały nie chce żurku? – zdziwiła się. Przez cały dzień nie byłam w stanie jej wytłumaczyć, że mały jest naprawdę mały i w związku z tym, po pierwsze, niekumaty, po drugie, dość wierny swemu mlecznemu menu.

Nie dość, że niekumaty, to do tego leniwy. Ma już skończone 5 miesięcy, ale nie zamierza się przemęczać na kocu, w związku z tym ma w nosie przewracanie się z brzucha na plecy i odwrotnie. Wyczytałam, że w piątym to już nie tylko jakieś tam przewroty, ale turlanie się na całego, więc od jakiegoś czasu ja albo mężydło stajemy nad małym leżącym na podłodze i nakazujemy mu: Turlaj się! Turlaj! Mały albo się drze (bo co to za kładzenie go na kocu, proszę mnie nosić!), albo obślinia zabawki; w pozycji na plecach dochodzi zawijanie się w tzw. matę edukacyjną i udawanie naleśnika, ewentualnie wersja uproszczona – naciągnięcie na siebie całej maty i radosne sapanie spod niej. Bardzo się boję takich zawijanek, włos mi się jeży na głowie na myśl o tym, co może się stać, więc nie mogę spuścić gościa z oka ani na chwilę, zwłaszcza, że podobny numer wywinął dziś rano w łóżeczku. Po przebudzeniu jest zazwyczaj cały w skowronkach, gada do zwierzątek, które mu wiszą nad głową, tarmosi je, uderza pluszową kostką, a ja mam czas, żeby w miarę łagodnie przejść ze snu do realu. Dziś, ponieważ noc była ciężka (karmienie i usypianie od północy do drugiej), na czas jego porannej zabawy uciekłam z kocem na kanapę do salonu, żeby jeszcze trochę pospać. Mąż i tak miał zaraz do pracy wstać. No i faktycznie, po półgodzinie był już w kuchni, zwlekłam się z kanapy, by iść do małego, a mężydło mówi: On śpi. Śpi?! No, nakrył się cały, razem z głową kocykiem, pogadał trochę i usnął. No, pięknie, kocyka do łóżeczka już nie dostanie. Tylko co z kołderką? Też pod nią wlezie?

Byliśmy parę dni temu na kolejnym USG bioderek. Byłam przekonana, że w końcu pozbędziemy się dodatkowej pieluchy, a tu kicha. Ortopeda nadal nie widzi skostnienia, wobec czego dalej każe szeroko pieluchować. Na moje protesty postraszył nas zwyrodnieniami, na uwagę, że może przez tę pieluchę małemu jest trudniej obracać się na plecki, odpowiedział, że wszystko przyjdzie w swoim czasie. Rozmawiałam dziś o tym z pediatrą przy okazji bilansu. Przyznała, że istnieje konflikt między ortopedami a neurologami. Jedni mają na względzie szerokie rozstawienie nóżek, drudzy – rozwój ruchowy, niczym nieskrępowany… Pediatra doradziła mi kompromis – pieluchować na czas spania, wyciągać tetrę na czas turlania (które mam z małym ćwiczyć). No cóż, zobaczymy…

Co tam bioderka, co tam przewroty! Jest ząb! Mały, biały i ostry. I nadaje małemu bardzo komiczny wygląd staruszka… Gdy synek ogłasza swój protest poprzez zaciśnięcie oczu (W nosie mam zabawki, którymi przede mną machacie! Nie będę na nie patrzył!) i maksymalne rozwarcie szczęki, celem wydania z siebie jak najgłośniejszego wrzasku (Nie mam zamiaru słuchać waszych kołysanek i pozytywek! Nie będę spał, jadł, pił [niepotrzebne skreślić] i koniec!!), to widok tego jednego zęba w rozwartej paszczy potrafi rozbawić… Chociaż z drugiej strony cholera mnie bierze…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Moralnośćamoralność

13 sty

Czytam bardzo dużo, mniej, odkąd pojawił się mały, ale nadal sporo. Jeśli chodzi o prasę, czytam regularnie kilka tytułów, m.in. Politykę. Ostatnio w końcu znalazłam czas na numer z listopada zeszłego roku, a w nim natknęłam się na rozmowę z dr Joanną Różyńską, bioetyczką. Bardzo poruszyły mnie jej wypowiedzi, od razu przypomniał mi się też wywiad z etykiem Peterm Singerem (też znaleziony w Polityce) z maja 2010, który wywarł na mnie takie wrażenie, że sobie go wyrwałam i zachowałam.

Problemy poruszane w tych rozmowach są częstym tematem moich rozmów-sporów z mężydłem. Ja jestem większy wrażliwiec, on natomiast przedstawia bardziej radykalne stanowisko. O jednoznaczne odpowiedzi na postawione w obu tych wywiadach pytania jest jednak trudno i jemu, i mnie. Zawsze też się zastanawiam, czy mam prawo zabierać głos w sprawie, w której jestem jedynie teoretykiem?

Poniżej zamieszczam cytaty ze wspomnianych rozmów, ciekawa jestem, czy komuś też dadzą tak bardzo do myślenia, jak piszącej te słowa.

Z rozmowy Joanny Podgórskiej z dr Joanną Różyńską:

„W pracy (doktorskiej – p przyp. mój) (…) starałam się odpowiedzieć na pytanie, czy (…) jest coś moralnie nagannego w świadomym powołaniu do istnienia dziecka obarczonego poważnym upośledzeniem bądź chorobą o podłożu genetycznym. Czy rodzice, którzy mają dostęp do zdobyczy współczesnej medycyny i świadomie dokonują takiego wyboru, wyrządzają dziecku krzywdę? Czy życie w ogóle może być traktowane w kategoriach krzywdy?

Pytania te mogą wielu osobom wydać się niedorzeczne. Przez tysiąclecia przekazywanie życia traktowane było jako coś oczywistego (wszystkie podkr. moje) i nieproblematycznego. W Polsce do dziś dominuje takie myślenie. Uznaje się, że życie zawsze jest błogosławieństwem, bez względu na to, z jakim wielkim cierpieniem i z jakimi ograniczeniami się wiąże. Nie zgadzam się z tak kategorycznym poglądem. Uważam, że są sytuacje, w których obdarzenie kogoś istnieniem może być uznane za czyn moralnie nieodpowiedzialny, a nawet naganny. (…)na taką ocenę zasługują na przykład rodzice, którzy świadomie i bez żadnych mocnych racji decydują się np. na powołanie do życia dziecka obarczonego chorobą Tay-Sachsa. To przypadek skrajny. Choroba nieuleczalna, głęboko upośledzająca, prowadząca do śmierci w 3–4 roku życia. Niewątpliwie rozsądni ludzie mogą się też spierać co do oceny decyzji, które prowadzą do narodzin dzieci dotkniętych mniej tragicznymi schorzeniami.

[...]

Kilka lat temu gorące dyskusje wywołała historia pary niesłyszących lesbijek z Bethesda w stanie Maryland. Aby zwiększyć szanse na posiadanie niesłyszącego dziecka, kobiety wybrały na dawcę spermy mężczyznę, w którego rodzinie od pokoleń występowały przypadki genetycznie uwarunkowanej głuchoty. I udało im się. Urodził się niesłyszący chłopiec. Matki były szczęśliwe, ale w mediach i w środowiskach naukowych zawrzało: czy dopuszczalne jest celowe powoływanie do życia niepełnosprawnych dzieci? Czy rodzice mogą wykorzystywać zdobycze współczesnej medycyny w takim celu?

[...]

Wiele osób uważa, że takie wybory prokreacyjnie są moralnie problematyczne, a nawet moralnie naganne. Ja również podzielam tę intuicję. Okazuje się jednak, że trudno ją teoretycznie uzasadnić.

Dlaczego?


Nie można powiedzieć, że świadomie powołując do istnienia osobę dotkniętą na przykład genetycznie uwarunkowaną głuchotą, rodzice wyrządzili jej krzywdę. Gdyby para lesbijek skorzystała z nasienia innego mężczyzny, urodziłoby się inne dziecko. To nie byłby ten sam chłopczyk, bo powstałby z innej gamety męskiej, a może także z innej komórki jajowej. Gdyby zatem kobiety dokonały innego wyboru prokreacyjnego, chłopiec ten nigdy by nie zaistniał. A skoro jego życie będzie najpewniej życiem wartościowym, choć będzie żył w świecie bez dźwięków, nie można twierdzić, że kobiety postąpiłyby dla niego lepiej, gdyby wybrały innego dawcę.

Rozumowanie to ujawnia sławny filozoficzny problem, tzw. problem nie-tożsamości, oraz problem nie-istnienia. Ten ostatni sprowadza się do pytania: czy życie może być gorsze lub lepsze od nie-życia w ogóle? Pytanie to, wbrew pozorom, nie jest wyłącznie intelektualną zagadką. Stawiały mu czoła sądy wielu krajów, rozpatrując sprawy z tytułu wrongful life, dotyczące odpowiedzialności lekarza za wadliwą diagnozę prenatalną. Zajmowałam się tymi roszczeniami w mojej pracy magisterskiej z prawa. W sprawach tych dziecko dotknięte wrodzonym upośledzeniem lub chorobą, reprezentowane przez rodzica, żąda od lekarza odszkodowania za sam fakt przyjścia na świat. Twierdzi, że jego życie stanowi prawnie kompensowalną szkodę, która by nie wystąpiła, gdyby lekarz poprawnie poinformował o dostępności bądź wynikach testów prenatalnych.

Aby taką szkodę ustalić, sądy musiały zmierzyć się ze wspominanym wyżej problemem nie-istnienia, odpowiedzieć na pytanie, czy dziecko ma się gorzej żyjąc z chorobą, niż miałoby się, gdyby w ogóle nie istniało. Czy można w ogóle sensownie porównywać wartość istnienia i nieistnienia?”

 

Z rozmowy Jacka Żakwskiego z profesorem Peterem Singerem:

„Człowiek tym różni się od zwierząt, że ma świadomość biograficzną. Wie, co robił tydzień temu i co będzie robił za tydzień. W odróżnieniu od zwierząt jesteśmy bytami dla siebie. To daje nam szczególne miejsce w przyrodzie i szczególne prawa. Zdrowy noworodek nie ma świadomości biograficznej, ale wiadomo, że niebawem będzie ją miał. Więc ma takie same prawa jak każdy inny człowiek. Ale jest pytanie, co z noworodkami, o których wiadomo, że na skutek wady czy choroby nigdy nie będą miały świadomości biograficznej, że nie przeżyłyby, gdyby nie fantastyczny rozwój medycyny, i że potęga medycyny skaże je oraz ich najbliższych na życie w nieusuwalnym cierpieniu.

Jaka jest pańska odpowiedź?

Pytam, czy moralne jest sztuczne utrzymywanie takich dzieci przy życiu. Po jednej stronie mamy cierpienie tego dziecka i jego rodziny oraz gigantyczne nakłady, które mogłyby uratować lub poprawić jakość życia wielu ludzi, a po drugiej stronie jest tabu bezcennej wartości każdego ludzkiego życia. Dziś wszędzie na świecie takie wątpliwości lekarze rozstrzygają we własnym sumieniu. Po cichu. Bez żadnej specjalnej reguły. Jeden lekarz szybciej pozwoli takiemu dziecku umrzeć, inny później. Jeden się zdecyduje, by dać mu komfort lekkiej śmierci, a drugi boi się zarzutu zabójstwa i godzi się, by to dziecko umierało w cierpieniu. Uważam, że trzeba zacząć o tym poważnie rozmawiać. Pan myśli, że przymykanie oczu jest bardziej moralne, niż poszukiwanie reguły, która ułatwi podejmowanie sensownych i moralnych decyzji?

Intelektualnie wszystko się tu zgadza. Ale trudno to powiedzieć o konsekwencjach społecznych. Jeśli każdy ma równe prawo do życia – to każdy je ma i koniec. A kiedy pan zaczyna różnicować, to zawsze jest obawa, że w miejsce pańskiego sensownego kryterium ktoś podstawi inne – rasowe, płciowe, jakiekolwiek. Może więc czasem lepiej pytań nie stawiać, a tym bardziej na nie nie odpowiadać. Może to jest przypadek, w którym lepiej przymknąć oko na zło, by nie ryzykować jeszcze większego zła?

To zależy od społeczeństwa, o którym myślimy. Ale wcześniej czy później rozwój technik medycznych sprawi, że każde społeczeństwo będzie musiało sobie takie pytania stawiać i na nie odpowiadać formułując kryteria. Nie tylko wobec noworodków, ale wobec każdego człowieka, który bezpowrotnie stracił świadomość biograficzną.

Może lepiej zostawić decyzję sumieniu lekarza.

A jeżeli trafi pan na lekarza, który nie ma sumienia?”

Więcej pod adresem 
http://www.polityka.pl/nauka/czlowiek/1520920,1,rozmowa-z-laureatka-nagrody-naukowej-polityki.read#ixzz1jKvvasx2

Więcej pod adresem 
http://www.polityka.pl/swiat/rozmowy/1506130,2,zycie-a-moralnosc.read#ixzz1jKysLWNh

 

Mam znajomych, którzy są rodzicami bardzo chorego dziecka. Ma pięć lat i szereg wad genetycznych, jest niepełnosprawne fizycznie i psychicznie, nie ma szans, żeby kiedykolwiek usiadło (brak napięcia mięśniowego), wzięło coś do ręki (przykurcz palców), powiedziało choć jedno słowo. Słabo widzi, słabo słyszy, ma padaczkę i bardzo niską odporność; często choruje, co zazwyczaj kończy się pobytem w szpitalu (oczywiście z matką, bo nikt inny go nie nakarmi, nie przewinie jak należy). Owi znajomi od 5 lat są niejako więźniami swojego dziecka, nie mogą wyjechać choćby na urlop, bo „zawsze może się coś stać”, poza tym mały fatalnie znosi podróże, kiepsko się aklimatyzuje do nowych miejsc, nie może przebywać na słońcu, od wiatru się dusi itd. Każda większa zmiana powoduje nawrót padaczki. Sporo by tu o tym pisać. Mam czasem takie myśli, że może lepiej byłoby i dla tego dziecka, i dla rodziców, gdyby… No, wiecie. Ale mimo tego, że są tak tym wszystkim umęczeni i z tak wielu spraw musieli zrezygnować, to gdy mały był ostatnio o krok od śmierci (zresztą któryś już raz), to potem usłyszałam od nich, że mówili sobie: jeszcze nie teraz, jeszcze nie tym razem…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Język niemowląt…

07 sty

W wolnych chwilach czytam hit sprzed paru lat pt. Język niemowląt Tracy Hogg. Książka jest irytująca jak cholera, ponieważ autorka uważa się za wszystkowiedzącą i nieomylną ekspertkę w dziedzinie opieki nad niemowlakami, dającą sobie prawo do protekcjonalnego zwracania się do zestresowanych mam i ojców „złotko” tudzież „słoneczko”. Powodem, dla którego zaglądam jednak na karty tego poradnika jest nadzieja, że może jednak jakąś złotą radę z niego wyłuskam. W końcu parę lat temu, będąc młodą księgarką, polecałam tę książkę jako bestseller…

Na razie bawię się opisami zabawnych sytuacji. Weźmy problem współdziałania partnerów w opiece nad małym terrorystą:

„Kiedy główna opiekunka noworodka – zazwyczaj jego matka – nie znajduje w ogóle czasu dla siebie, przeważnie zaczyna narzekać i mieć pretensje do partnera, który w jej odczuciu nie pomaga w wystarczającym stopniu wypełniać obowiązków rodzicielskich.[...] Trudno sobie wyobrazić coś bardziej frustrującego dla młodej matki niż taka oto, typowa odpowiedź męża lub partnera:

- O co ci chodzi? Dlaczego jesteś niezadowolona? Masz przecież tylko to dziecko do obsłużenia!

- Musiałam ją nosić przez cały dzień. Płakała przez dwie godziny bez przerwy – tłumaczy się młoda mama.

Kobieta potrzebuje porządnie się wyżalić. Jej partner myśli jednak kategoriami rozwiązywania problemów, wysuwa więc konkretne propozycje:

- Kupię ci nosidełko

lub

- Dlaczego nie wyjdziesz z nią na spacer?

Kobietę ogarnia w końcu złość, ponieważ uważa, że jest niedoceniana. Jej partner czuje się sfrustrowany i dręczony. Nie ma pojęcia o tym, jak naprawdę wyglądał jej dzień, a w głowie potrafi tylko obracać to samo pytanie: Czego ona ode mnie chce?”

Kluczem jest oczywiście stwierdzenie „nie ma pojęcia o tym, jak naprawdę wyglądał jej dzień”. Dlatego zawsze sobie z mężydłem opisujemy, co się u nas działo, mimo że nie są to jakieś fascynujące przeżycia, raczej historie z rodzaju „mały obsrał się tak, że aż zabrudził bodziaka i musiałam takie obsrane ubranko przewlekać mu przez głowę” (to moja relacja) lub „był audyt ISO, ale znowu nie przeszliśmy” (mężydło).

Autorka cytuje też najczęściej zadawane jej pytanie, czyli - dlaczego dziecko płacze i odpowiada takim pięknym zdaniem: ”Gdybym brała po funcie za każde takie pytanie, byłabym teraz bardzo bogata” – no cóż, jeśli występujemy w roli eksperta, nie dziwmy się, że ludzie chcą konkretnych porad…

Przebrnęłam dopiero przez 1/3 tej demagogicznej książki, a już natknęłam się na takie oto odkrywcze spostrzeżenie: „Życie jest takie, jakie jest i trzeba to zaakceptować. Mam w domu niemowlę, a niemowlęta płaczą – taki jest ich sposób bycia”.

Hmm…

Jeśli przebrnę przez resztę równie odkrywczych kwestii, dam znać. Obiecuję!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii, ja - matka, heh

 

Frida, leżaczek, kapturek… plus słów kilka o schizofrenii…

04 sty

Nowy rok witamy z fridą w ręku, niestety. Mały od trzech dni ma katar i do tego brzydko kaszle, z mokrym akcentem, że tak powiem. Jeden katar już przeżyliśmy jakiś miesiąc temu, ale wtedy nie było tego charczącego kaszlu a’la gruźlik, więc poszłam wczoraj do lekarza. Doktor najpierw wspomniała coś o antybiotyku, bo mały zarzęził bardzo rasowo na powitanie, potem jednak, po osłuchaniu, zaleciła zmasowany atak na gluty pod postacią witaminy C, wapna, Nasivinu i, przede wszystkim, fridy. Mały nie cierpi tego szwedzkiego wynalazku i jak tylko widzi, że zbliżam się z rurką, zaczyna wrzeszczeć co sił w płucach. Będzie z niego kiedyś dobry wokalista rockowy (jeśli rock nie będzie dead za kilkanaście lat) albo chociaż porządny kibic… Dziś idziemy do kontroli, mam nadzieję, że lekarka stwierdzi progres w walce z glutami.

Muszę przyznać, że nic tak dotąd nie dawało mi poczucia dorosłości, jak wizyty u lekarza z małym. Nie odebranie pierwszego dowodu osobistego, nie upicie się tequilą, nie powrót o piątej nad ranem do domu, nie kotłowanie się w pościeli bynajmniej nie samotne, ale właśnie przyprowadzenie swego dziecka do doktora. Lata temu to moja mama prowadzała mnie kaszlącą i zasmarkaną do przychodni dziecięcej, teraz to ja jestem w roli prowadzącej. Kiedy minął ten szmat czasu? Myślę, że jeszcze nie raz będę miała to dziwne poczucie wchodzenia w rolę matki. W ten schemat, że mama to jest ta, która całuje guza na czole, żeby mniej bolał, ta, która pozwala bawić się w piaskownicy, ta, która po dobranocce mówi „czas do łóżka” (nie wychodzę wyobraźnią dalej niż kilka lat wprzód…). Będę to wszystko robić i pewnie kiedyś stanie się to dla mnie naturalne. Jak na razie jednak cały czas czuję się nieco rozdwojona na tę siebie, którą byłam od wielu lat i na matkę swojego dziecka… Ot, taka niegroźna schizofrenia.

Jako matka mojego dziecka mogę nawet podzielić się kilkoma radami z innymi mamami. W końcu mam już prawie pięciomiesięczny staż! :)

Primo, z całego serca radzę na pierwsze miesiące zakupić tzw. leżaczek, nieoceniony, kiedy potrzebne są wolne ręce, a nasz mały odmawia spokojnego leżenia w łóżeczku. Początkowo byłam sceptycznie nastawiona do tego siedzonka, a mój mąż w ogóle się zezłościł, że przybył nam, cytuję, „jeszcze jeden grat”. Zwłaszcza, że mieliśmy dodatkowy fotelik samochodowy. Leżaczek okazał się być jednak o wiele wygodniejszy. Mają te ustrojstwa różne funkcje ratujące życie matkom, tzn. grają melodyjki, wibrują… Jednym słowem – na chwilę odwracają uwagę dziecka od rodzicielki, w związku z czym może ona pójść w spokoju zrobić siku albo nawet się uczesać. Sadzałam w takim leżaczku małego niemal od pierwszych dni i sadzam do tej pory. Młody ma szerokie pole do obserwacji, zabawki na pałąku, muzyczkę i wibracje na tyłek. Czegóż chcieć więcej przez dziesięć do piętnastu minut? ;) Poza tym takie siedzisko świetnie się sprawdza przy karmieniu łyżeczką, kiedy młody nie nadaje się jeszcze na krzesełko.

Inna praktyczna rzecz, też początkowo uznana przeze mnie za fanaberię, to ręcznik z kapturkiem. Kupiłam zwykłe duże ręczniki, ale… nie zdały egzaminu. Rzeczywiście bardzo korzystnie jest nałożyć taki kapturek na głowę małemu po kąpieli na czas wycierania reszty ciałka. Takie ręczniki są poza tym kwadratowe, co ułatwia dokładne opatulenie. Radzę kupić jak największe! Te małe bardzo szybko stają się ZA MAŁE.

Niewypałem okazała się natomiast poduszka do karmienia. Miałam nadzieję, że ułatwi mi sprawę przystawiania synka do piersi. Nabyłam taką długą, którą można się owinąć i na niej ułożyć dziecko, jednak tylko pod warunkiem, że jest to małe dziecko. Gdy mój synek podrósł nieco (tak około 2 miesiąca), przestał się na niej mieścić po prostu, i wszerz, i wzdłuż. Teraz poducha spełnia się jako podpórka do pleców na kanapie, jest wypełniona granulatem, więc pod względem dopasowania się do ciała jest bardzo wygodna. Może przyda się jeszcze za jakiś czas małemu do zabawy.

Z praktycznych i tanich przedmiotów polecam zwykłe pojemniki na mocz. Tak, tak… Mówiła nam o nich położna w szkole rodzenia i faktycznie sprawdziły się w wielu funkcjach. W pierwszych dniach trzymałam w takim kubeczku rozrobiony spirytus do pępka i w drugim przegotowaną wodę do przemywania buzi. Oczywiście pojemnik ze spirytem podpisałam wołami… :) Teraz wykorzystuję je jako pudełka na smoczki oraz jako podręczny pojemnik na mleko w proszku – kiedy gdzieś wychodzę.

A teraz mały hard core – od pierwszych dni obcinam małemu paznokcie zwykłymi nożyczkami do paznokci dla dorosłych. Tyle się nasłuchałam i naczytałam o kichowatych nożyczkach dla niemowląt, nienadających  się do obcięcia czegokolwiek, że nawet ich nie kupowałam. Początkowo czaiłam się na pazury młodego jak spał, teraz tnę nawet wtedy, gdy jest na chodzie, kwestia unieruchomienia rączki na kilka sekund na każdy paznokietek. Nie muszę chyba wspominać, że żadnych niedrapek nie stosowałam? Paznokcie trzeba obcinać, i tyle.

To tyle z kategorii matka-dobra rada :)

 

PS

Notkę tę produkowałam prawie przez pięć godzin… Młody kiepsko śpi z zatkanym nosem…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS