RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2011

Melancholija mnie dopadła…

28 gru

Święta wprowadziły mnie w nastrój melancholijno-depresyjny z lekka… Najpewniej dlatego, że tak szybko przeminęły, niewspółmiernie szybko do ilości czasu poświęconego na ich przygotowanie.  Tyle kupowania, kombinowania z prezentami, wpatrywania się z niepokojem w szybę piekarnika, czy sernik nie siada… A tu szast-prast i po wszystkim.

Jak zwykle zjechała się cała moja najbliższa rodzina (w sumie kilkanaście osób) i, jak zwykle, nie udało się ze wszystkimi spokojnie porozmawiać, przez co czuję spory niedosyt.

W Wigilię, urządzaną u mojego brata, było zamieszanie z rozpakowywaniem się,  z przygotowywaniem potraw, z upychaniem w lodówce i w spiżarce tego, co przywieźliśmy do jedzenia… Już dzień wcześniej chodziłam cała zestresowana – bałam się, że czegoś zapomnę zabrać, sto razy sprawdzałam – czy pieluchy wzięte, czy ubranka na zmianę, Bebilon, butelki, smoczki, wózek, kocyk… Wyjazd z domu z małym dzieckiem to całe logistyczne przedsięwzięcie, jak to dobrze, że wzięłam sobie męża z autem typu kombi…

W pierwszy dzień Świąt dojeżdżała na raty reszta rodziny. Gwar, wrzaski dzieciaków, szał wśród prezentów, z rozpakowaniem których wstrzymaliśmy się do momentu przyjazdu wszystkich ciotek i wujków… W tzw. międzyczasie mieliśmy z mężem na głowie karmienie małego, usypianie, zmiany pieluch, mycie dupska z marchewkowej kupy… Nie dość więc, że z każdym by się chciało zamienić więcej niż słowo, to jeszcze sporo czasu zajęła nam po prostu opieka nad małym. To nowe doświadczenie po tylu latach zajmowania się tylko sobą…

I tak naprawdę wieczorem, kiedy wreszcie można było usiąść spokojnie i pogadać, my musieliśmy się zebrać i wracać do siebie, żeby rano pojechać z wizytą do rodziny męża.

Co dziwne, mały całe to zamieszanie zniósł lepiej ode mnie. Mimo hałasu i tłumu nieznanych mu osób, z których każda chciała go brać na ręce lub co najmniej pomachać mu przed nosem nową zabawką, był zadowolony i uśmiechnięty, marudził chyba mniej, niż zazwyczaj! Nie przejął się za bardzo rozbitym rytmem dnia, nie złościł się, kiedy w środku zabawy pakowaliśmy go w kombinezon i do auta, ani kiedy wyciągaliśmy go z fotelika akurat, gdy właśnie uciął sobie drzemkę. Po prostu dziecko stworzone do podróżowania i imprezowania! Po całym tym kołowrocie ze zrozumieniem przyjął fakt, że jego kąpiel ma kilkugodzinny poślizg, po czym usnął spokojnie na całą noc (Bogu dzięki!).

Smutno jest mi też, bo musiałam zakończyć moją walkę o mleko w piersiach. Miałam go coraz mniej, mały ssał niechętnie i krótko, denerwował się, bo leciało mało i powoli, w końcu już w ogóle o cycu nie chciał słyszeć. Myślałam, że będę się cieszyć, że wreszcie mogę ciepnąć laktator w kąt, napić się wina i zjeść wszystko, bez oglądania się na dietę matki karmiącej. Wcale jednak nie miałam ochoty na odmawiane sobie tyle czasu pomarańcze czy pierogi z kapustą, a lampka wina stała się raczej przypieczętowaniem mojej porażki niż miłym odprężającym akcentem wieczoru. Nie było mi też przyjemnie przed rodziną, pytania i teksty w rodzaju: „A co, już nie karmisz?”, „Możesz pić wino?”, „Może za mało jadłaś i dlatego straciłaś pokarm?”, „Już dajesz mu papki, może za wcześnie? Aha, bo ja karmiłam piersią, to tak szybko nie musiałam wprowadzać…”, „Moje dzieci nie znały innego smaku niż mleko do końca szóstego miesiąca…” łykałam jak gorzkie pigułki.

Co jeszcze mi tak zwichrowuje nastrój? Nie wiem, co z moją pracą w nowym roku, w styczniu kończy mi się urlop macierzyński, a razem z nim przelewy z ZUS-u. Były, co prawda, jakieś mgliste plany mojego szefa o moim pracowaniu w domu, ale coś mi się zdaje, że to było bardziej gadane ot tak, niż faktycznie brane realnie pod uwagę…

Mały jest coraz bardziej absorbujący i nie mogę się za bardzo łudzić, że zrozumie, gdy powiem mu: Teraz mama ma do wykonania ważne zlecenie i przez najbliższe dwie godziny nie może cię nosić ani zabawiać… I tak, z jednej strony nie wyobrażam sobie opiekowania się małym i równocześnie zajmowania się logistyką i transportem w mojej prawie-byłej firmie, z drugiej – jakże to, będę miała puste konto? Brak dochodów?

Dziwnie mi i smutno zarazem.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nuta egoizmu

23 gru

Czytelniczka, przyszła mama, o nicku ~eM-zE wspomniała w ostatnim komentarzu o „nucie egoizmu”, której się u siebie obawia w opiece nad dzieckiem. O, tak, trafiła w samo sedno. Trzeba umieć zapomnieć o własnych potrzebach oraz odnaleźć w sobie wielkie pokłady cierpliwości i samodyscypliny, by przywołać się do porządku w chwili, w której mamy ochotę krzyknąć pierdzielę to! i wyjść z domu trzaskając drzwiami z całej siły tak, żeby ściany się zatrzęsły…

W każdej innej sytuacji, gdy jakaś osoba nas denerwuje i nie odpowiada nam jej zachowanie, wiadomo, co zrobić. Dziękuję, do widzenia, baj baj, nie muszę tego wysłuchiwać. Gdy jednak chodzi o własne dziecko, to sytuacja jest bardziej skomplikowana… Cóż, nie tylko matki Polki mają dzieci. Mają je też niecierpliwe nerwuski, takie jak ja. Nie będę udawać, że nie trafia mnie szlag, kiedy mały drze się, jakby go obdzierano ze skóry, jęczy i zawodzi, obsmarkuje się, łzy lecą fontannami jak w kreskówce… A wszystko to bez wyraźnego powodu.

Wczoraj miałam taka sytuację, dwie godziny marudzenia i jęczenia, o marchewce z ziemniakiem (pieczołowicie udziamganej przeze mnie widelcem) mały nie chciał nawet słyszeć, butelkę z mlekiem, jakby mógł, to by trzepnął o ścianę… A najlepsze jest to, że był taki wściekły, bo był głodny, tak się jednak nakręcił, że na widok jedzenia dostawał szału. Pod koniec drugiej godziny, kiedy już mdlały mi ręce od noszenia księciunia i kiedy już wyczerpał mi się zapas piosenek, które umiem zaśpiewać, mały stwierdził, że może jednak faktycznie coś by zjadł. Ech…

Całe szczęście potrafię (czy mam inne wyjście?) ukryć swoje emocje i nie wydrzeć się, jak nie przymierzając, Kożuchowska w Rodzince :)  Nie jest to łatwe, ale możliwe. Wystarczy uświadomić sobie, że mamy przed sobą kilkumiesięcznego gościa, który nie potrafi nam przekazać, czego chce, chciałby usiąść, ale jeszcze nie potrafi, chciałby wstać… O, kurczę… A może on też ma ochotę wyjść z domu trzaskając drzwiami z całej siły tak, żeby ściany się zatrzęsły, bo ma już dość codziennego oglądania mojej gęby?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Zmiany w menu

20 gru

Od trzech dni próbuję pokazać małemu, że nie tylko mleko (modyfikowane) na tym świecie istnieje. Zaczęłam od ziemniaka, własnoręcznie ugotowanego i rodziamganego widelcem. Ziemniak pochodzi z działki od teścia, powiedzmy, że jest zdrowszy od takiego z warzywniaka… Tak czy siak, małemu nie smakował. Ciamkał, ciamkał i wypluwał. Może połknął trochę przez przypadek, trudno stwierdzić. Dziś spróbowałam z ziemniakiem z marchewką, tym razem udziamganymi przez Hippa. Było trochę lepiej, szacuję, że dwie łyżeczki ciapki zniknęły w buzi, umazanej dokładnie dookoła na pomarańczowo, a raczej marchewkowo.

Przez parę nocy było jako takie spanie, tj. zmęczona zasypiałam około 23, krótko po północy mały zaczynał kwękać. Jeśli mężydło akurat siedziało jeszcze przy kompie, uganiając się za smokami tudzież gigantycznymi pająkami (bleee), przejmowało małego, a ja mogłam z powrotem zapaść w poduszkę (mmmmmmmm…). To chyba jedyna korzyść wynikająca z uwielbienia mojego męża do Skyrima… Kiedy mały napchał brzuch, potrafił pospać do godziny 7. Nie jest to moja ulubiona godzina wstawania, ale umówmy się – zawsze to ranek,  nie noc.

Jednak, gdy tylko wczoraj pochwaliłam się, że noce przesypiamy, dziś miałam o 3 pobudkę. Rzuciła mi się bestia na cyce, wyssała te resztki, co tam jeszcze czasem nocną porą zalegają, po czym krzykiem oznajmiła, że mało! Musiałam zwlec się do kuchni, zrobić mleko, nakarmić, odbić, ululać, umyć butelkę i… zrobiła się 4:30. Tak się jakoś wybiłam ze snu, że co najmniej do 5 miałam w głowie tysiąc myśli na sekundę. Gdy w końcu usnęłam, obudziło mnie, a jakże, radosne gaworzenie i wtórujące mu stukanie karuzelką o szczebelki. Dochodziła 7…

Liczę na to, że kiedy dojdziemy do jakiejś większej ilości warzyw i owoców, nocne pobudki pójdą w zapomnienie. Może się wtedy za to zacząć ząbkowanie, a to też może oznaczać nieprzespane noce…

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Dziś pozytywnie

12 gru

Trochę ostatnio ponarzekałam, dziś chciałabym trochę pogodniej podejść do życia… I tu od razu pojawia mi się we łbie refleksja – jak człowiek jest z natury ponurakiem niczym Kłapouchy z Kubusia Puchatka, to macierzyństwo go nie zmieni. Mnie w każdym razie nie zmieniło. Mimo tego, że czytałam i słyszałam, iż dziecko to rewolucja, że budzi uśpione dotąd cechy, uspokaja, nadaje pewności… Przyznam się, że po cichu liczyłam na tę cudowną przemianę siebie – z lękliwej, nieśmiałej, wietrzącej wszędzie problemy dziewczyny w pewną swego babkę, niedającą sobie w kaszę dmuchać… Taka ze mnie interesowna mamuśka… Żadna przemiana jednak się nie dokonała i mierzę się z moją rolą matki nadal jako słaba i przejmująca się byle czym dziewuszka…


Może to z czasem przyjdzie?

Nawet jeśli nie, to i tak jest dobrze. Mały codziennie robi takie postępy w rozwoju, że prawie nie nadążam. Od wczoraj do swego dźwiękowego repertuaru włączył radosne piski i skrzeki i widać, że bawi go to wydawanie nowych dźwięków. Siedzi w swoim leżaczku i skrzeczy, i skrzypi, i popiskuje, niczym stare drzwi – i cieszy się tym tak szczerze i beztrosko, aż miło. Serce się topi na widok szeroko uśmiechniętej bezzębnej buzi…

Od kilku dni mały bardzo pozytywnie zaskakuje mnie też rano – słychać go co prawda z łóżeczka i ze spania nici, ale nie płacze i nie trzeba od razu się u niego meldować. Jest czas na rozklejenie powiek, rozczesanie włosów (strasznie mi wypadają, wiem, że to normalne po ciąży, ale i tak okropnie wyglądają te kłęby włosów na szczotce) i ogólne ogarnięcie się. Młody w tym czasie przekłada sobie zabawki z lewa na prawo, macha rączkami usiłując złapać zwierzątka z karuzelki i generalnie świetnie się bawi. Nie jest głodny, bo poucztował sobie o czwartej… Tak więc ranki są dość spokojne i miłe, śniadanie mogę zjeść bez jęczenia w tle i nawet słychać, co mówią w Dzień dobry TVN… Za to wieczorem w małego wstępuje diabeł, no, ale miało być dziś pozytywnie, więc temat ucinam :)

Wybrałam sie dzis do Lidla, ale jak się okazało, jest to sklep nieprzyjazny dla matki (i nie tylko) z dziecięcym wózkiem. Nie ma w nim małych koszyków. Nie miałam więc możliwości zrobienia zakupów, chyba że zabrakło mi wyobraźni i można pchać równocześnie wózek z dzieckiem i wózek sklepowy?
Skończyło się więc na Biedronie, dokupiłam jeszcze kilka słoiczków z papkami i za parę dni będzie inauguracja… Jestem bardzo ciekawa reakcji młodego na nowy smak i konsystencję. Z łyżeczką jest jako tako oswojony, bo dostaje na niej mleko z wymieszaną witaminą D, ale wiadomo, że to zupełnie co innego… Waham się, czy na początek ugotować po prostu zwykłego ziemniaka czy bezpieczniej jednak zacząć co prawda od marchewki, ale ze słoiczka… Niby ziemniak najlepszy na początek (zerowe prawdopodobieństwo alergii), ale nie znalazłam żadnego gerbera czy innego bobowita z samym kartoflem…
Może bardziej doświadczone mamy coś mi tu poradzą?
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Słoń nie miał żadnych szans :)

09 gru

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Szlachetna paczka

07 gru

Kilka dni temu podjęłam się udziału w akcji "Szlachetna paczka". Miałam to zrobić już rok temu, ale… jakoś tak zeszło. Wiecie, jak to jest… W tym roku też przez długi czas telewizyjne spoty puszczałam mimo uszu, ginęły w ogólnym szumie reklam, autopromocji stacji, zapowiedzi programów. Całe szczęście jednak zebrałam się w sobie, weszłam na stronę i po chwili już miałam "swoją" rodzinę. Zostało jeszcze kilka dni (paczki odbierane są w ten weekend), może zachęcę jeszcze kogoś do ruszenia tyłeczka do sklepu celem dokonania zakupu na rzecz kogoś bardzo potrzebującego wsparcia?

Powiem, jak to się u mnie odbyło – weszłam na www.szlachetnapaczka.pl, wybrałam swoje województwo i pobliski magazyn, do którego pakę trzeba dostarczyć. Następnie przejrzałam opisy rodzin przypisanych do tego magazynu. Wybrałam tę, której potrzebom jestem w stanie sprostać – chodzi o jedzenie, pościel i przybory do szkoły. Wymienione są też mniej ważne rzeczy, typu patelnia, ubrania czy używany komputer (cholera, swojego staregopozbyłam się parę miesięcy temu…), ja jednak zwróciłam uwagę na tzw. szczególne upominki, gdzie wymienione były dla córeczki (12 lat) książka przygodowa a dla synka (8 lat) zabawka typu bionicle. Musiałam sprawdzić, co za czort, nieoceniony Internet wyjaśnił, a nieocenione Allegro pozwoliło wylicytować kilka bioniklów. Pomyślałam sobie bowiem, że w rodzinie, której brakuje na żywność, nie kupuje się takich zabawek. Wyobraźnia podpowiedziała mi za to, że pewnie w klasie tego chłopca wszyscy takie figurki mają i się wymianiają, a on nie… U dziewczynki ujęła mnie prośba o książkę – jako książkomanka zawsze wspieram i wspierać będę pasję czytania, więc w paczce na pewno kilka tytułów się znajdzie.
Dzień po kliknięciu w ikonkę "wybieram tę rodzinę" zadzwonił do mnie wolontariusz, upewnił się, że się nie wycofałam oraz poprosił, abym przede wszystkim skupiła się na podstawowych potrzebach rodziny. Oczywiście, to zrozumiałe, więc jedzenie już kupiłam, pościel wybraną w necie jutro przyniesie kurier, a przybory szkolne jutro wybiorę w markecie (mężydło w domu posiedzi z małym). Wydaje mi się jednak, że dzieciom oczy zaświecą się najbardziej na widok prezentów przygotowanych specjalnie dla nich; makaron, kawa czy proszek do prania nie maja szans z bioniklami :)
Dodatkowo muszę się pochwalić, że udało mi się włączyc w akcję mojego brata (wspomógł mnie finansowo) i siostrę (napisała mi w mailu: ja też już mam swoją rodzinę). 
Ogrom biedy i nieszczęścia jest porażajacy, oto przykłady rodzin wciąż czekajacych na małe wsparcie w okresie przedświatecznym:

Pani Maria (55 l.) i pan Marek (58 l.) oraz czwórka ich dzieci: Emilia (28 l.), Łukasz (23 l.), Joanna (21 l.) i Weronika (17 l.) są pogodną i kochającą się rodziną. 
Najstarsza córka, pani Emilia jest osobą niepełnosprawną cierpi na upośledzenie umysłowe, poważną chorobę kręgosłupa oraz wadę wzroku. Ze względu na swój stan zdrowia nie może się usamodzielnić i podjąć pracy. 
Od dwóch lat, czyli od momentu kiedy pani Maria straciła pracę, sytuacja finansowa rodziny jest wyjątkowo trudna. W skład budżetu domowego wchodzą: emerytura pana Marka (1080 zł), renta (520 zł) oraz zasiłek pielęgnacyjny (191 zł) Emilii, a także niewielkie wynagrodzenie, jakie za praktykę fryzjerską otrzymuje pani Weronika (119 zł). Po uiszczeniu opłat za mieszkanie (600 zł) na jednego członka rodziny przypada zaledwie 218 zł. 
Największą potrzebą rodziny jest opał (węgiel) na zimę, gdyż na chwilę obecną rodzina nie posiada pieniędzy na jego zakup, w związku z czym w domu od dłuższego czasu jest bardzo zimno. Rodzina ucieszyłaby się również z ciepłych koców oraz kurtek zimowych dla pani Marii i dzieci
************************
Pani Iwona (36 l.) wraz z mężem Andrzejem (48 l.) wychowują sześcioro dzieci: Łukasza (15 l.), Izę (13 l.), Wojtka (12 l.), Madzię (7 l.), Sylwię (4 l.) oraz Damianka (4 miesiące).
Przyczyna trudnej sytuacji rodziny to słabe zarobki pana Andrzeja, z których musi się utrzymać wielodzietna rodzina, a także problemy ze społeczną akceptacją najstarszego syna Łukasza.
Dochód tej ośmioosobowej rodziny to 248 zł na osobę. Kwota ta jest niewystarczająca do zakupienia żywności, odzieży i opału na zimę. Rodzina ze względu na szykany jakich doświadczała od otoczenia, które nie rozumiało i nie akceptowało niepełnosprawności umysłowej Łukasza, musiała zmienić miejsce zamieszkania. Opuściła wieś i zamieszkała w mieście-chłopiec jest teraz akceptowany w grupie rówieśniczej. Obecnie wszyscy zajmują jeden z dwóch pokoi w małym mieszkanku ojca pani Iwony. Pokój ten jest przejściowy, w mieszkaniu nie ma łazienki. Ojciec pani Iwony jest pijącym alkoholikiem. Rodzina stara się o mieszkanie dla siebie, aby móc poprawić warunki bytowe dla swych dzieci. Widok pijanego dziadka, który awanturuje się, nie wpływa dobrze na kondycję psychiczną małych dzieci. 
Ze względu na brak chłodziarki rodzina najbardziej potrzebuje lodówki (nawet używanej), ponadto żywności oraz pieluch jednorazowych dla najmłodszego synka
***********************
Pani Małgorzata (42 l.) i pan Bartosz (45 l.) wychowują czwórkę dzieci: Ewelinę (17 l.), Kamila (16 l.), Klaudię (12 l.) i Patrycję (7 l.) 
Rodzina znalazła się w ciężkiej sytuacji kilka lat temu. Pani Małgorzata przez długi czas zajmowała się tylko dziećmi – teraz mimo, że usilnie szuka pracy nie może jej znaleźć. Wciąż szczególnej opieki wymaga Kamil, który ma problemy neurologiczne. Pan Bartosz pracuje dorywczo, a dochód jest niewielki. Ceny w sklepach rosną i utrzymanie rodziny robi się coraz bardziej trudne. 
6-cioosobowa rodzina mieszka w dwóch pokojach, jeszcze nie do końca umeblowanych. Na dochód rodziny składa się pensja pana Bartosza (400 zł) oraz rodzinne (570 zł), a także zasiłek z MOPS-u (200 zł). Po odjęciu kosztów utrzymania mieszkania (250 zł) oraz leków (100 zł) na które już często nie wystarcza pieniędzy, łączny dochód rodziny to ok. 136 zł na osobę. Jest bardzo ciężko utrzymać czwórkę dorastających dzieci za tak niską kwotę. Rodzice robią wszystko, co mogą by obniżyć koszty utrzymania domu (mają własną studnię, dzięki czemu nie muszą płacić za wodę). 
Rodzina najbardziej potrzebuje żywności. Przydałaby się także wersalka, by dzieci miały na czym spać. Proszą także o komplet pościeli i poduszek. Bardzo ważne dla rodziny są ciepłe buty i kurtki, aby dzieci mogły spokojnie chodzić do szkoły i nie przejmować się zimnem na dworze. Marzeniem rodziny jest piękna choinka, której jeszcze nigdy nie mieli.
************************

Potrzeby zazwyczaj są podobne: 
Rodzinie najbardziej potrzebna jest żywność oraz kurtki na zimę. Najbardziej potrzebne rzeczy to żywność i ciepły płaszcz. Pani Wioletta prosi przede wszystkim o żywność i ubrania dla chłopców. Pani Teresa najbardziej potrzebuje pościeli, pieluch i żywności. Starsza pani bardzo marzy o maszynie do szycia, która ułatwiłaby naprawę odzieży. Rodzina jest bardzo skromna, nie chce prosić o żadne upominki, przyjemności, jedynie o te najpotrzebniejsze rzeczy: środki czystości i odzież. Rodzina nie prosi o wiele. Będą bardzo wdzięczni za żywność i kilka elementów wyposażenia mieszkania. Pani Maria na myśl o świętach wzrusza się. Wśród największych potrzeb wymienia żywność i środki czystości, chciałaby także mieć w domu mikser. Jej największym marzeniem na zbliżające się święta są potrzeby syna, gdyż wymaga wizyt u rehabilitanta, na które po prostu jej nie stać.

I tak dalej, i tak dalej…

Obecnie jeszcze ponad 800 rodzin czeka na pomoc, nikt ich jeszcze nie wybrał i bardzo możliwe, że tak zostanie…

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Odnośnie komentarzy

04 gru

Dziękuję za komentarze, zawsze się cieszę z każdego – miło wiedzieć, że nie mówi się do ściany… 

Jelizawieta, rzeczywiście ostatnio sporo we mnie frustracji i zniecierpliwienia… Składa się na to wiele czynników, przede wszystkim niewyspanie. Synek od kilku nocy śpi gorzej niż kiedy był noworodkiem, ostatniej nocy, na przykład, musiałam wstawać do niego o pierwszej (karmienie), o czwartej (karmienie), o piątej (zadowolił się smoczkiem), o szóstej (karmienie), po czym o ósmej już był gotów na kolejny dzień, czyli nie obudził się, by jeść, ale żeby wyciągnąć go z łóżeczka, pogadać do niego, wysłuchać przemowy ("auuu, aa uu, łełe"), ponosić etc. 
Nie będę ukrywać, że to cholernie męczące! Dochodzi do tego zezłoszczenie, bo zapewne księciunio tak często posila się nocą, bo nie pojadł za dnia. Jakbym go głodziła, to spoko, rozumiem… Ale nie, za dnia muszę godzić się z porażką piersiową (chce ssać pierś raz na trzy karmienia; mimo tak długiego czasu wciąż się z tym nie pogodziłam i za każdym razem jest mi przykro, kiedy odwraca się od cyca na rzecz butelki), poza tym butla też nie zawsze zyskuje jego uznanie. Jednym słowem, w dzień mocno się napocę, żeby cokolwiek zjadł, za to w nocy przesiaduję na kanapie z biustem na wierzchu oraz biegam do kuchni grzać mleko. W weekendy pomaga mi mąż, ale w tygodniu nie mogę go angażować w nocne eskapady do kuchni, bo po prostu musi pójść w miarę wyspany do pracy.
Muszę jednak się przyznać, że tak w ogóle jestem typem pesymistycznym i niewiele mi potrzeba, by wpaść w czarną rozpacz, więc mam nadzieję, że moim gderaniem nie odstraszyłam żadnej babeczki planującej dzidziusia. Miliony kobiet na pewno lepiej znosi trudy wczesnego macierzyństwa ode mnie, zapewne dlatego decydują się na kolejne dzieci. Kłaniam im się nisko. 
Kalinitis – ja jedna wiem, jak wiele mnie kosztowało tzw. rozbudzanie laktacji. Stosowałam się do wszystkich zaleceń doświadczonej konsultantki laktacyjnej, męczyłam cyce laktatorem dniem i nocą. Niestety, u mnie to nie zadziałało, z ilością pokarmu byłam ciągle w tyle za potrzebami małego. Nie rozumiem, co to znaczy często przystawiać – jak przystawiać dziecko do pustej piersi? Ono pociamka chwilę i jak tylko poczuje, że nic nie leci, buzia wygina się w podkówkę i jest jeden wielki szloch, trudno o smutniejszy obrazek. Zamiast tego zawzięcie przystawiałam się do laktatora i pompowałam… powietrze. Ech…
Chcę dawać synkowi pierś przez pół roku, mimo że to jest takie na pół gwizdka u mnie. Na przestawianie na samą pierś jest już na pewno za późno. Wielka szkoda, bo faktycznie mleko kobiece jest tłuste – na moim, jeśli chwilę postoi w butelce, potrafi się zrobić półcentymetrowa warstwa żółtego tłuszczyku.
Tak na marginesie – smoczek od butelki nie rozleniwił małego, stosowałam Calmę Medeli, przy której trzeba się napracować, żeby cokolwiek pociekło. Nie zaniedbałam niczego, jeśli chodzi o walkę o mleko w cycach. Czy to się podoba konsultantkom laktacyjnym czy nie – czasami się nie udaje.
Odnośnie spania w łóżku z dzieckiem, u mnie się to nie sprawdziło. Mały nie chciał w tej pozycji chwytać piersi, więc i tak musiałam wstawać i karmić na siedząco. Po takim karmieniu lepiej było mi odłożyć dziecko do łóżeczka niż kłaść je obok siebie w pościeli. Poza tym z moim lekkim snem co chwila się budziłam, mając przy sobie stękające i kwilące przez sen maleństwo. Mam wrażenie, że i ono lepiej i spokojniej śpi, leżąc u siebie, mogąc dowolnie rozkładać rączki na boki. No i chrapiący tata jest daleko :)
Kolejny temat – chusta… No cóż, narażę się teraz wszystkim chustomankom… Mnie jest z dzieckiem w chuście ciężko. Po prostu. Trochę małego noszę, kiedy muszę na chwilę wyskoczyć do sklepu i nie ma sensu brać wózka, ale żeby to było takie wygodne, to nie powiem. Siedem kilo to siedem kilo, dodajmy do tego torbę z zakupami albo i dwie i czołganie się do domu mamy jak w banku… Poza tym zawsze przeżywam gehennę, jak małego w to ustrojstwo pakuję, wrzeszczy wniebogłosy, kiedy mu nóżki przewlekam przez te poły, nie chce być tak ciasno przyciśnięty do mnie… Po jakimś czasie co prawda zasypia, ale wtedy jest jeszcze cięższy, niż normalnie, bo bezwładny… 
Czytałam w opisie mojej chusty, że odkładanie w niej śpiącego dziecka na łóżko to prościzna… Oszczędzę tu moim nielicznym czytelniczkom opisu szaleńczego wyplątywania się z tego ustrojstwa przy jednoczesnym dbaniu o niezakłócenie snu mojemu dziecku…
We wszystkich powyższych tematach różnię się bardzo od mojej siostry. Po dwa lata karmiła dwójkę swoich dzieci piersią; laktatora nie widziała na oczy. Spała z nimi w jednym łóżku (właśnie jest w trakcie oduczania od tego swoją półtoraroczną córeczkę). Bardzo sobie chwali chustę. 
To tylko dowodzi tego, jak bardzo różne mogą być doświadczenia macierzyństwa.

Ważne, by mieć odskocznię od powtarzajacego się do znudzenia cyklu: karmienie, przewijanie, usypianie… Od niedawna znowu czytam książki. A moje mężydło gra na komputerze. Ostatnio, kiedy zawołałam go do łóżka, żeby szedł spać, usłyszałam wypowiedziane z przejęciem:
- Zaraz, tylko założę zbroję!

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Mały nie chce jeść

01 gru

Płacze, stęka, pokasłuje – borę więc małego na kolana i do cyca. A gdzie tam! Wielki wrzask i niezadowolenie. OK, no to może ukochana do niedawna butla? Odkładam go więc na leżaczek, grzeję butelkę w podgrzewaczu, mieszam mleko (w tym czasie mały spazmuje, jakby już konał z głodu), w końcu jest! Gotowe! Siadam więc z powrotem na kanapie, mały na podusi na kolanach, ale fakt, że znowu ktoś każe mu leżeć, doprowadza go do szału. Wrzaskom nie ma końca, butelka nie przechodzi. Biorę gościa do pionu, na ramię, odkładam poduszkę, wstaję – i nagle spokój. Mały się rozgląda i jest git. Cała historia powtarza się prawie za każdym razem, kiedy – wg mnie – nadeszła pora karmienia. Czasami, wyjatkowo, młody przeprasza się z cycem lub butelką, wypija jednak grubo poniżej normy i nie ma siły, która wepchnie w niego więcej. Jeśli nawet jakimś podstępem poda mu się kilka kropel więcej, niż planował wypić, zaraz cały posiłek ląduje na ubranku, na mnie, na fotelu i podłodze. Ja – załamana, mały się uśmiecha…


Niedojedzony książę postanawia nadrobić straty około pierwszej w nocy i – drugi raz – około piątej nad ranem. Possie cyce, wypije trochę z butli (ale zawsze sporo mniej niż mówi norma), przeciąga całą akcję na półtorej godziny i ululany zasypia, a ja muszę jeszcze umyć butelkę i smoczek po czym zwalam się jak kłoda na łóżko. Zła, zmęczona, sfrustrowana i niewyspana przede wszystkim.

Sytuacja trwa już jakieś dwa tygodnie. Lekarka nie wszczyna alarmu, bo młody nabrał sporo ciałka w pierwszych tygodniach życia i jest – jak na razie – tłuściutki. Przestał jednak przybierać. Zrobiliśmy badanie krwi, które wyszło w normie. Nota bene samo pobieranie było traumatyczne. Mały darł się jak opętany, szkoda mi go było strasznie. Ludzie, to trwało wieki! Pielęgniarka nakłuła paluszek, następnie łapała lecące kropelki krwi do kilku probóweczek. Po całej operacji trudno było zahamować krwawienie, bo mały histeryzował. Poplamił ubranko i wyglądał jak syn rzeźnika.

Za to dziś próbowaliśmy z mężydłem złapać do badania siuśki. Na fiutka nakłada się specjalny woreczek (o istnieniu którego do wczoraj nie miałam pojęcia), daje się pić i po chwili siuśki powinny pójść. Tyle że hrabia oczywiście nie miał zamiaru niczego konsumować. Po półgodzinie trzymania gościa na przewijaku i wciskania mu butelki w ryjek coś tam do worka puścił. Nie wiem, po pierwsze, czy ilość do badania wystarczy, po drugie, czy udało nam się zachować zalecaną sterylność opakowania, bo jednak długo to trwało i trzeba było ten worek podtrzymywać, przesuwać itp…

Po tych wypitych 30 ml (powinien wytrąbić 150) do godziny 12 nie było mowy o jedzeniu, dopiero właśnie w południe łaskawca wypił 60 ml, pocyckał pierś i usnął snem tak kamiennym, że dalsze karmienie było niemożliwe.

Mam w rodzinie niejadka i bardzo mnie wkurza namawianie go na każdy kęs, targi o kotleta, przekupstwo deserem etc. Wg mnie powinno się takiego marudę wyprosić od stołu i dać jeść dopiero aż sam poprosi. Tyle że on ma pięć lat, a mój syncio niecałe 4 miesiące. Trudno machnąć na niego ręką i swierdzić, że zje aż zgłodnieje. Z drugiej strony innego wyjścia nie ma (pomijająć jakieś drastyczne środki typu karmienie przez rurkę). Bardzo mnie ta sytuacja martwi i niepokoi, złoszczę się na małego, obrywa się też niewinnemu mężowi. Jakiż to był komfort, kiedy mały ładnie zjadał w ciągu dnia tyle papu, że całą noc przesypiał spokojnie (i dawał pospać rodzicom). Idealnie nie będzie – filozoficznie stwierdził mój mąż. A ja – chcąc, nie chcąc – muszę to przyjąć do wiadomości.

W piątym miesiącu mam już wprowadzać do menu słoiczki. Może ziemniak bez soli to będzie strzał w dziesiątkę? ;)

ps
Tak informacyjnie dla innych niedoświadczonych rodziców – taki woreczek z dziecięcymi siuśkami należy jeszcze włożyć do zwykłego pojemnika na mocz i dopiero tak opakowany oddać do laboratorium. Od dziś to wiem…
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS