RSS
 

Archiwum - Listopad, 2011

Kiedy następne?

28 lis

Nie planuję drugiego dziecka. Po prostu nie i już. Kocham mojego synka i dziękuję za niego Bogu, ale – powtarzam – nie planuję drugiego dziecka. Jestem dumna z bycia mamą i tę dumę oraz radość z macierzyństwa daje mi już posiadanie jednego potomka. 


Mały pochłania prawie cały mój czas, wymaga wielu poświęceń, przezwyciężania choroby, gorszego samopoczucia czy wreszcie lenistwa, bo od karmienia czy przewijania NIE MA WOLNEGO. Nie liczy się, czy boli mnie głowa czy mam sraczkę, czy jest piąta rano czy północ, mogę być w trakcie obiadu lub seksu, jeśli mały płacze – trzeba do niego biec, ululać, pocieszyc, ponosić na rękach. Można padać ze zmęczenia i mieć fantazje na temat ciepłej kołdry, ale jeśli dzieciakowi coś nie pasuje, nie ma, że boli. Nosi się do zemdlenia rąk, śpiewa do zachrypnięcia, płacze razem z nim… z bezsilności… 

Co poza tym? Dźwiganie wózka po schodach, sprint z parku do domu z wyjącym potworem mającym w nosie miłe spacerowanie, wyciąganie cyca w każdych okolicznościach, mycie butelki kikanaście razy dziennie, wycieranie z siebie i z fotela mlecznych wymiocin, wyparzanie smoczków beztrosko wypluwanych po minucie ssania… Mało? Mogę wymieniać dalej… 

Dziecko to rezygnacja z siebie, z tego co się lubi robić, z tego, co się chce robić… Widzę to bardzo wyraźnie, mimo całej mojej miłości i uwielbienia dla mojego kochanego synka. Uważam, że 9 miesięcy ciąży, rozpruty brzuch, walka o laktację oraz perspektywa opieki przez najbliższe kilkanaście lat to sporo, jak na moje barki. Staram się więc mierzyć siły na zamiary…

Dlatego szalenie denerwują mnie teksty, jakie słyszę, gdy tylko pojawię się gdzieś z małym: To kiedy drugie? Następna będzie córka, będzie parka! Kiedy następne? Nie może być jedynakiem! Ludzie są tak pochłonięci gadaniem o produkowaniu kolejnych dzieci, że prawie nie zwracaja uwagi na to, które już jest! 

To tak jakby w momencie pokazywania zdobytego właśnie dyplomu studiów wyższych usłyszeć pytanie o kolejny kierunek…

Na moje protesty i zaprzeczenia na temat drugiego potomka słyszę albo, że jestem egoistką i przesadzam (swoją drogą, jaka ilość dzieci zwalnia z obowiązku planowania kolejnego?), albo, że "to się zapomina jak było ciężko". Otóż ja dbanie o swoje dobre samopoczucie i święty spokój nie uważam za egoizm, a pamięć mam dobrą… Więc…
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Zmiany, które trudno dostrzec bez chwili refleksji…

15 lis

Przez cały dzień jestem na każde wezwanie małego, karmię, przewijam, kremuję, ubieram, rozbieram, usypiam, wycieram ślinę i ulane mleko z naszej ukochanej skórzanej kanapy (tylko małemu mogę wybaczyć taką profanację!), gotuję mineralną, myję butelki, myję smoczki, wyparzam… i od nowa… Nie jest więc dziwne, że wieczorami, kiedy z pracy wraca mężydło (w końcu!), mam ochotę zostawić mu synka, usiąść z książką i nie zwracać uwagi na NIC! Nie mogę jednak, bo mąż też jest zmęczony, do tego głodny, a więc szykuję obiadokolację, potem robimy małemu kąpiel (bardzo to lubi i cieszy się już podczas rozbierania), potem karmienie, marudzenie, przysypianie… otwieranie oczu w chwili odkładania do łóżeczka… usypianie, marudzenie, a może jednak coś jeszcze zje… possał piersi, to może jeszcze butelkę… no to grzanie wody, mieszanie, zjadł… no to jeszcze trochę… nie chce już, wkłada rączki do buzi i się uśmiecha… dochodzi 22, czuję, że ja szybciej usnę, niż mały wijący mi się na rękach… przejmuje go mąż, potem znowu ja, w końcu mały odpuszcza i ułożony w łóżeczku wygląda jak najgrzecznieszy bobas pod słońcem… Spaaać! 

Łatwo w tym korowodzie ulec wrażeniu, że ciągle jest tak samo. Ptak Nakręcacz jednak nie przysypia (w odróżnieniu do mnie) i kręci sprężynką, powoli, ale jednak kręci… 
Jeśli tylko mam chwilę na refleksję, widzę, że wiele się zmienia – i we mnie, i w małym. Już nie jestem tak nieprzytomna, jak na początku, kiedy noc mieszała się z dniem i zdarzało mi się sprawdzać w komórce aktualną datę… Raz wyszłam w kapciach na spacer… Nagminnie zasiadałam do ściągania pokarmu z laktatorem bez butelki, z butelką bez lejka, z lejkiem bez butelki… Po paru minutach wgapiania się bezmyślnie w to, co trzymałam w ręku, dopiero dochodziło do mnie, że czegoś tu brakuje… Zdarzyło mi się wciągnąć małemu spodenki na niezapięte body lub założyć odwrotnie pieluchę… Często w nocy doznawałam szoku, kiedy budziłam się w łóżku, bo wydawało mi się, że przed sekundą siedziałam na kanapie i karmiłam małego… Albo nie mogłam uwierzyć, że synek śpi obok mnie, skoro nie wyciągałam go z łóżeczka! Albo odwrotnie – budziłam się gwałtownie, przerażona, że przygniotłam małego, macałam nerwowo po kołdrze, tymczasem on sobie smacznie spał w swoim łóżeczku… 
Takie metafizyczne wręcz doznania wynikają z niewyspania i stresu, a ponieważ jestem obecnie bardziej wyspana (chociaż nie tak jak bym chciała!) i mniej zestresowana (bo sytuacja nie jest już tak nowa i nieznana), moje życie powoli normalnieje (w miarę możliwości). Udało mi się prawie skończyć książkę zaczętą ósmego sierpnia w szpitalu, w przeddzień cesarki :) Udało się nam z mężydłem obejrzeć w ostatnich dniach kilka filmów w całości!
A mały? Mały co parę dni prezentuje nam swoje nowe umiejętności. Żeby je jednak uznać za nowe, trzeba sobie uświadomić, że jeszcze niedawno nie robił tego, co robi… Od około dwóch tygodni na przykład uważa za świetną zabawę wydawanie dźwięku "brrrrrrrrrrrr", skutecznie się przy tym opluwajac (a zaczynał, jak każdy, od głośnego płaczu, potem było grhu kha, potem doszło a a e e u uuu…). 
Kilka razy zaśmiał się w głos, ale przez sen (na początku uśmiech pojawiał się rzadko i jakby nieświadomie, potem cieszył michę już do konkretnych osób, tj. do mamy i taty), czekamy teraz na świadomy głośny wybuch radości. 
W wanience nie jest już bezwładną lalką, jak w pierwszych tygodniach, przeciwnie – odpycha się nogami od dna i ścianek, w pozycji na kolankach robi "wyskoki" do przodu; dopóki nie zacznie siedzieć, kąpiel będzie próbą sił… A propos siedzenia – od mniej więcej 3 tygodni synek cierpliwie ćwiczy "brzuszki" – przyciąga głowę do piersi, wyciąga rączki przed siebie i dalejże wstawać! Leżąc zaś na brzuszku coraz pewniej opiera się na swoich rączkach robiąc "kobrę" :) A początki były wiadomo jakie – leżało to to niemal bezwładnie i nawet nie umiało trafić rączką do buzi. Teraz ćmakanie piąstki to jedno z jego ulubionych zajęć.
Tak jak wspomniałam - łatwo w codziennej bieganinie nie zwrócić uwagi na te wszystkie nowinki, na to, jak bardzo mały nie przypomina już tego pakuneczku, jaki wręczono mi w szpitalu. Owszem – jest męczący, zajmuje mnóstwo czasu i nie uznaje spokojnego czekania, aż matka się wysika lub zje kanapkę… Jednak obserwowanie zmian, jakie w nim zachodzą (powtarzam – jeśli tylko człowiek sobie je uświadomi…) daje siłę i sens temu, co robię dzień po dniu. 
I nie wiem, skąd tę siłę czerpią rodzice chorych dzieci. Tych, które w wieku kilku lat nadal posiadają jedynie marne umiejętności niemowlaka, tych, które potrzebują setek godzin rehabilitacji, by nieco unieść główkę czy chwycić zabawkę. Chylę przed nimi czoła. Wiem, że jest ich bardzo wielu i wiem, jaki ogrom pracy i wysiłku potrafią włożyć w ćwiczenia umożliwiające ich dziecku zrobienie tego, co mojemu synkowi (i innym zdrowym dzieciom) przychodzi naturalnie i bez trudu.
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Teoria kontra praktyka, czyli co się tak naprawdę sprawdza cz. 3

08 lis

Dziś parę słów o kosmetykach polecanych w szkole rodzenia.


1. Oliwka – najlepsza jest taka bez dodatkowych składników typu rumianek (może uczulać), np. z Johnsona z zielonym korkiem. Ale oliwkę można też zastąpić parafiną – sprawdziłam, polecam. Kupuje się ją w aptece , kosztuje jakieś 3 zł i stwarza najmniejsze ryzyko alergii, bo jest bez żadnych dodatków. Jak nam mówiono, oliwkę można stosować tylko na wilgotna skórę – wówczas nawilża; położona na suchą skórę – rozmiękcza ją. Tę ostatnią właściwość można ponoć wykorzystać przy ciemieniusze – nie wiem, bo mój synek nie miał. Zamiast oliwki można stosować mleczka, balsamy – ważne, by były przeznaczone dla noworodka.

2. Do kąpieli polecano nam płyn Johnsona, stosuję, polecam. Jest delikatny, nie szczypie w oczy, nadaje się do ciała i włosów, nie trzeba go spłukiwać.

3. Chusteczki – stosuję przeróżne, ostatnio nawet z Biedronki. Odradzam Cleanic – są prawie suche; za to bardzo dobrze nawilżone są z Huggiesa, ale te biedronkowe też dają radę.

4. Do pupy - bardzo popularny jest Sudocrem, jednak położna krytykowała jego opakowanie jako niehigieniczne (chodzi o to, że się tam paluchy wsadza). Fakt, może i tubka jest lepsza, polecana jest maść Alantan, mam i jest ok, ale zwykły krem Bambino też się sprawdza. W każdym razie synek żadnych uczuleń nie ma.

5. Puder – można, ale słabo izoluje, ponoć dobry jest Alantan puder z żywokostem, nie stosowałam, więc nie wiem. Kilka razy za to używałam mąki ziemniaczanej, w upały się sprawdzała w fałdkach skóry.

6. Do pielęgnacji pępka najlepiej używać spirytusu 70% (czyli 90% rozcieńczony wodą przegotowaną 2:1) i zwykłego patyczka higienicznego. Potwierdzam – pępek nam się ślicznie zagoił i po 5 dniach bodajże odpadł.
Powiedziano nam, że pępek można moczyć (wbrew obiegowym opiniom) i faktycznie nie działo się z nim nic złego po kąpieli.

7. Do czyszczenia nosa polecano tzw. fridę (jako alternatywę dla gruszki) – mam, kupiłam, jeszcze nie stosowałam, ale moja siostra chwali. 

8. Do przemywania oczu polecano nam sól fizjologiczną i gaziki, mam, kupiłam, ale… położna środowiskowa to trochę wyśmiała – jako przesadę.


To chyba tyle z ważniejszych spraw.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Teoria kontra praktyka, czyli co się tak naprawdę sprawdza cz. 2

07 lis

Szkoły rodzenia tak naprawdę powinny się nazywać szkołami dla przyszłych rodziców, bo poruszają mnóstwo różnych tematów, a skurcze, parcie i rozszerzająca się szyjka to tylko jeden z nich. Ja z góry wiedziałam o czekającym mnie cięciu cesarskim, więc z początku myślałam, że szkoła rodzenia jest nie dla mnie. Całe szczęście jednak w porę uświadomiono mi, że mogę się tam dowiedzieć o wielu praktycznych sprawach dotyczących opieki nad małym ludkiem i nikt nie będzie mnie terroryzował nauką oddychania. 


Do tej pory czasem zerkam do swoich notatek z zajęć. Większość rad bardzo mi się przydała, niektóre zweryfikowałam. Poniżej zamieszczam małe sprawozdanie ze szkoły rodzenia, uzupełnione o moje doświadczenia:

1. Pieluchy tetrowe

Przydają się do wycierania buzi z ulanego jedzenia lub śliny, rozkładam je też na prześcieradle pod głową małego; wycierają się w nie włosy z głowy, czasem jakaś smużka śliny pocieknie… :) Łatwiej zmienić pieluchę niż od razu całe prześcieradło. Pieluchę kładę na ramię, kiedy biorę małego do pionu do odbicia – czasem nie samym powietrzem mu się odbije… Co nie znaczy, że uniknęłam oplucia rękawa… Zazwyczaj zdarza się to, gdy tylko włożę czystą bluzkę…

Pielucha przydaje się też jako osłona przed słońcem na wózku – nie mam parasolki, więc wieszałam tetrę na budzie, dawała lekki cień (dzieci nie znoszą, gdy je razi słońce, od razu jest ryk). W upały pielucha tetrowa zastąpić może kocyk, potrzebna jest tez podczas wizyty u lekarza – podściela się ją na przewijaku i na wadze. W pieluchy zawija się też dziecko dla uspokojenia (u mnie sprawdzało się przez jakieś 1,5 miesiąca, potem już wydawało mi się, że synek jest na to za duży); tak na marginesie – polecam techniki kojenia płaczu dziecka doktora Karpa - 
http://www.happiestbaby.com/
, o tym sympatycznym facecie też dowiedziałam się w szkole rodzenia. 

Pieluchy tetrowe (ale też flanelowe) potrzebne są również do tzw. szerokiego pieluchowania, w celu prawidłowego ułożenia dziecku bioder. Oczywiście można używać ich też do tego, do czego zostały pierwotnie stworzone, ja spróbowałam kilka razy, kończyło się na przemoczonym ubranku i tym, na czym dziecko leżało. Pewnie trzeba było zastosować ceratkę, ale wg mnie lepszy pampers niż mokra tetra owinięta ceratą. 

Położna w szkole mówiła, że można używać pieluch tetrowych, żeby nauczyć dziecko wołać siku – mokry okład na tyłku szybciej je do tego skłoni niż komfortowy pampers – wypróbowanie tej metody jeszcze przede mną.
Generalnie trzeba mieć tych pieluch kilkadziesiąt, ja mam 50 sztuk. W ciągu dnia zużyje się ich 2-3, ale żeby nastawić pralkę, potrzebna jest większa ilość po prostu. Chyba że rzeczy dziecięce będziemy prać ze swoimi, wtedy szybciej uzbiera się stosik do prania, wówczas jednak "marnujemy" drogi dziecięcy proszek na nasze ubrania.

2. Materacyk do łóżeczka

Dostępne są przeróżne, tak jak i dla dorosłych. Można kupić jakiś ekstra z kokosa czy innego bambusa :), warto jednak pamiętać, że na materac, a pod prześcieradło trzeba położyć specjalną ceratę. I co nam po ekstra włóknach, jeśli zakryjemy je folią? Jak nie zakryjemy, istnieje niebezpieczeństwo zsikania i wtedy materacyk raczej jest do wyrzucenia. Warto też wziąć pod uwagę fakt, że różne wynalazki typu trawa czy kokos w materacu może uczulać. W szkole położna poleciła najprostszą piankę i u mnie się to sprawdza. Nie należy kupować używanych materaców, są siedliskiem bakterii. Piankowe są naprawdę tanie.

3. Przewijak

Przy zakupie sprawdzić, czy ma blokady uniemożliwiające zsunięcie się go z łóżeczka.

4. Rożek 

Rożek z napami raczej się nie sprawdza, bo po zapięciu i tak jest za luźny i nie spełni dobrze swojego zadania ciasnego otulenia dziecka; lepiej jest ubrać go w zwykłą poszewkę na poduszkę i ścisnąć malucha tasiemką. Rożek z twardym wsadem w ogóle jest niepraktyczny i nawet niebezpieczny – dziecko może się nam z niego po prostu wysunąć.

5. Odstające uszy

Położna powiedziała, że można używać czapki lub przyklejać je do głowy taśmą klejącą (sic!), którą należy odklejać przy pomocy oliwki. Nie musiałam całe szczęście sprawdzać, czy to działa, bo synek ma uszy przylegające ładnie do głowy. Warto jednak wiedzieć, że niektórm dzieciom ucho się podwija podczas snu i może zostać w ten sposób zniekształcone – na tyle miękka i nieukształtowana jest to chrząstka.

6. Ubranka

Najlepiej bez guzików – istnieje ryzyko połknięcia; zatrzaski najlepiej metalowe, bo plastikowe można ponoć stopić żelazkiem (nie zdarzyło mi się). Najpraktyczniejsze ubranko – body; nie podjeżdża pod brodę jak bluzka. Dodatkowo teraz body jest mi niezbędne w celu trzymania podkładu z pieluch na swoim miejscu (przy szerokim pieluchowaniu). Położna zakazała body na ramiączkach; ramiona dziecka muszą być zakryte.

Uwaga na metki - wg mnie powinien być zakaz umieszczania ostrych metek przy dziecięcych ubrankach; jeśli już, to gdzieś przy pupie, bo wtedy ciałko dziecka chronione jest pieluchą. Jednak metki najczęściej są przy szyi. Trzeba je wówczas obcinać lub zaklejać plastrem, bo inaczej dziecko będzie płakać z powodu podrażnienia, a my się za Chiny nie domyślimy, o co chodzi. 

Od siebie dodam, że najwygodniejsze ubranka to te zapinane "po całości", bodziaki też takie można dostać, warto poszukać. Wkładanie przez głowę jest uciążliwe i dla nas, i dla dziecka. Kłopot jest nie tylko z głowa, ale i trudniej wkładać rączki w rękawki. Poza tym jest problem z dekoltem – najłatwiej ubiera się oczywiście wtedy, kiedy dziura na głowę jest po byku, wtedy jednak dziecko ma gołą klatkę piersiową (nie przesadzam, niektóre ubranka tak się rozciągają). Najlepiej, gdy są zapięcia przy szyi.

Spodenki – w szkole nie polecano gumek w pasie i w pełni się zgadzam; niemowlak potrafi mieć spory okrągły brzuszek, żal taki ściskać gumą. Lepiej już, aby był ściągacz, a najlepiej sprawdzają się spodenki zapinane na ramionach. Wtedy dużym ułatwieniem jest, jeśli mają rozpinany krok. W ogóle trzeba zwracać uwagę, żeby był jak najłatwiejszy dostęp do pieluchy, zmieniamy ją przecież jakieś 10 razy dziennie…

Co do prasowania zdania są podzielone – w jednej szkole położna zalecała prasować wszystko i zawsze; w drugiej – ubranka tylko na początku, a zawsze – pościel. Ja do tej pory prasowałam wszystko, jednak powoli juz odpuszczam – mały kończy trzeci miesiąc, nie ma też żadnych problemów ze skórą. Podobnie z dwukrotnym płukaniem ubrań w pralce – powoli odchodzę od tego.

Ciąg dalszy nastąpi :)
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Teoria kontra praktyka, czyli co się tak naprawdę sprawdza cz.1

03 lis

Kiedy zastanawiałam się nad tym, dlaczego tak wiele jest wątpliwosci w opiece nad noworodkiem/niemowlakiem, tyle niepewności i niewiadomych, mimo zaliczenia szkoły rodzenia (w moim przypadku dwóch) i przeczytania grubaśnej książki dotyczącej w/w tematu, doszłam do wniosku, że to jest tak jak z kursem na prawo jazdy i późniejszą jazdą samochodem. Można wykuć testy na blachę, dokupić milion godzin dodatkowych z instruktorem, a i tak potem przy skręcaniu w lewo na skrzyżowaniu myślimy "o Boże, o Boże, o Boże", zmiana pasu wywołuje pot na czole, a wjazd na autostradę równa się prawie stanowi przedzawałowemu (przynajmniej ja tak mam…). 

Kiedy świeżo upieczona mama dostaje pod opiekę małego człowieczka, to czuje się tak, jak początkujacy kierowca, któremu kazali odbyć podróż z Zakopanego do Gdańska w jeden dzień. I tu, i tu nie ma czasu na siusianie i nie jest to jedyne podobieństwo…

Jednak teoria zawsze pomaga; nie rozproszy, co prawda, stresu, ale trochę go zminimalizuje, a pewne sprawy uporządkuje. Dlatego polecam jak najwięcej się edukować z opieki na małym wrzeszczącym ludkiem, polecam szkoły rodzenia, poradniki, prasę dla mam. Polecam wbijać sobie do głowy porady fachowców, bo niestety to, co radzą nam mamy, ciocie i koleżanki często stawia włos na głowie. A młoda mama w amoku może nie zaprotestować przed pojeniem niemowlaka glukozą ("będzie lepiej spał") czy herbatką ("na pewno chce mu się pić"), może uwierzyć, że zrobienie sauny z mieszkania jest dobrym pomysłem ("bo inaczej będzie mu zimno!"), a dusznej sauny jeszcze lepiej ("nie otwieraj okna, bo przeziębisz dziecko"). 
Nasze mamy działają oczywiście w dobrej wierze, ale trzeba pamiętać, że za ich czasów normą było karmienie butelką i to zwykłym mlekiem w proszku (swoją drogą – jakoś to przeżyliśmy…). Często już trzymiesięczne dziecko oddawało się do żłobka. Nie było pampersów. Nie było proszków do prania dla dzieci (moja mama używała płatków mydlanych). Nie było specjalnych kosmetyków, jedynie puder-zasypka, obecnie niezbyt polecany. Nie było ubranek typu body, fotelików samochodowych, specjalnych szczepień, kremów z filtrem 30 (ani z żadnym innym), nie było nawet ręczników z kapturkiem… Nasze mamy nie używały staników do karmienia, wkładek laktacyjnych, laktatorów, elektronicznych termometrów, elektronicznej niani, że o płytce oddechu nie wspomnę. Śmiem więc twierdzić, że raczej niewiele skorzystamy z matczynych porad i tak naprawdę trzeba dużo taktu, żeby rodzicielki nie obrazić, kwestionując jej wskazówki.
A czy wszystko, co wyczytamy w mądrych książkach lub też czego dowiemy się w szkole rodzenia okaże się przydatne? O tym następna notka, bo słyszę jakieś kwękanie dochodzące z łóżeczka…
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS