RSS
 

Archiwum - Październik, 2011

13 razy NAJ

23 paź

13 razy NAJ pisane z perspektywy bycia mamą dwumiesięcznego człowieczka:


NAJMILSZE – uśmiech bezzębnych dziąseł :)
NAJPRZYJEMNIEJSZE – zapach wtulonego we mnie ciałka;
NAJBARDZIEJ UCIĄŻLIWE – zwlec się z łóżka o 4 rano do płaczącego głodomora;
NAJBARDZIEJ IRYTUJĄCE – usłyszeć kwękanie w łóżeczku po kwadransie spokoju uzyskanego godziną bujania;
NAJBARDZIEJ NIEPOKOJĄCE – stwierdzić, że śpi już piątą godzinę;
NAJTRUDNIEJSZE – ubrać rozwścieczonego bobasa wijącego się jak piskorz;
NAJBARDZIEJ STRESUJACE – ubrać śpiącego bobasa na dwór (w kombinezonik, butki, czapeczkę etc.), tak żeby się nie zbudził;
NAJŚMIESZNIEJSZE – gruchanie, guganie i podziwianie własnych rączek;
NAJDZIWNIEJSZE – po godzinie ryku nagłe zapadnięcie w spokojny sen, jakby ktoś guzik wyłączył;
NAJWIĘKSZA NIEWIADOMA – sucha pielucha, pełny brzuszek, bujające ramiona, a mały się drze;
NAJWIĘKSZA ULGA – po całym dniu zajmowania się małym przekazać go na parę godzin tacie;
NAJWIĘKSZA DUMA – słyszeć od lekarki, jak to mały się nadzwyczaj szybko rozwija;
NAJSTRASZNIEJSZE – sama myśl, że małemu coś złego może się stać.


 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Operacja SPACER

21 paź

Spędziłam ostatnio parę dni u moich rodziców w mieście pod Wrocławiem. Mieszkają w pobliżu lasów i łąk, pogoda była świetna, więc grzechem by było nie spacerować z małym w wózku. We Wrocławiu nie zawsze mi się chce wychodzić, bo jest to cała logistyczna operacja.  Muszę synka znieść na rękach 4 piętra po schodach, oprócz niego niosę też torbę, kocyki etc., następnie muszę wytargać wózek z piwnicy [wciąż z małym na rękach], ułożyć w nim zwykle już wrzeszczącego i wijącego się gościa [chociaż w domu już mi ładnie usnął] i dopiero wtedy mogę wyjechać na Boży świat. Wtedy na dwoje babka wróżyła – albo mały na powrót uśnie, albo będzie już tak wkurzony polką w piwnicy, że będzie to głośno manifestował i wtedy nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć wszystko w odwrotnej kolejności i paść na kanapę z wyczerpania… Ponieważ jest prikaz, że niemowlak musi być codziennie na świeżym powietrzu (wrrrr…), najczęściej wypełniam go tak, że eksmituję małego w samej gondoli na taras…

Moi rodzice mieszkają w domku jednorodzinnym, więc wyjście na spacer było bułką z masłem (pomijając wsadzenie w kombinezon młodego machajacego wściekle wszystkimi kończynami; można sobie to pozornie ułatwić i ubierać go dopiero jak uśnie, jednak wtedy istnieje ryzyko, że się obudzi i zapewniam, że nie będzie zadowolony…). A propos kombinezonów i ubierania, w najbliższym czasie planuję o tym notkę, bo temat jest tego wart.
A poniżej kilka fotek ze spacerów.










 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Twoje cycki nie należą już do ciebie – czyli o karmieniu piersią

18 paź
Moje karmienie piersią nie jest typowe. Mimo ciężkiej pracy z laktatorem (przez pierwszy miesiąc odciąganie po każdym karmieniu, nawet o 3 w nocy) nie udało mi się wyeliminować dokarmiania mieszanką. W nocy małemu pierś wystarcza, ładnie ssie i zasypia najedzony, w dzień jednak domaga się dodatkowego jedzenia, a czasami w ogóle odmawia piersi i rodzierający wrzask ucisza tylko butla. Udało mi się znacznie zredukować dokarmianie sztuczne, ale nie widzę możliwości zupełnego jego wyeliminowania. 
Są zalety takiego stanu rzeczy: 
- na pewno nie będę miała kłopotu z odstawieniem od piersi, 
- nie muszę być obecna przy każdym karmieniu.
Wady:
- jak wbito mi do głowy w szkołach rodzenia – mleko matki to najlepsze, co mogę dać dziecku do jedzenia, więc mieszanka jest nie teges…
- mycie butelek i smoczka milion razy dziennie,
- jakby nie było – puszka takiego Bebilonu kosztuje 30 zł…

Z początków tzw. rozbudzania laktacji został mi nawyk wypełniania tabelki. Notuję datę, godzinę, czy było karmienie piersią, ilość odciągniętego i podanego pokarmu, czy było siku, czy coś więcej, oraz ilość podanej mieszanki. Choć teraz już nie jest to konieczne, prowadzę te zapiski i polecam je każdej początkującej mamie. Zaznaczam w nich też podane witaminy i inne szczegóły dotyczące małego. Niewyspany człowiek średnio kontaktuje i naprawdę czasami trudno było mi sobie przypomnieć, czy aplikowałam mu już D, czy moźe to było wczoraj? I czy dobrze mi się wydaje, że już od trzech dni nie było kupy?
Odnośnie tego ostatniego, to tak jak w pierwszych tygodniach kupa była po każdym karmieniu, tak teraz pojawia się raz na kilka dni i powiem, że tak źle i tak niedobrze. Lekarka mówi, że i jedno, i drugie jest normalne. Ja już chyba wolałabym wycierać małemu pupę przy każdym przewijaniu, niż zmagać się, wprawdzie raz na kilka dni, z wijącym się na przewijaku małym obsranym po pachy (za przeproszeniem)…

No, ale miało być o karmieniu. Ciąża = różne totalnie nowe doświadczenia i odczucia, począwszy od noszenia coraz większego brzucha, przez kopniaki dziecka w środku, poród/cesarka, w końcu – karmienie cycem. Dziwne to uczucie, naprawdę… Dla mnie szokiem było, kiedy po wielu dniach pobudzania piersi podczas karmienia poczułam, że z drugą, nieużywaną wtedy piersią zaczęło się dziać coś dziwnego… Poczułam lekkie drętwienie i mrowienie i nagle zaczęło z niej kapać mleko… Rzecz normalna u kobiet karmiących bez problemów, dla mnie to była rewolucja! Poczułam się wtajemniczona… Miałam jeszcze w pamięci wysoce niedelikatne pytanie mojej siostry, która dwójkę dzieci bez problemów wykarmiła cycem i nie mogła sobie wyobrazić, że u mnie są z tym kłopoty – no, ale jak karmisz jednym, to nie leci ci z drugiego?? To było w czasie, kiedy po półgodzinie pompowania laktatorem miałam na dnie butelki 5-7 mililitrów mleka… Teraz potrafię "udoić" ponad 100ml i jest to mój mały sukces…

Decyzja kobiety dotycząca karmienia to jej wyłączna sprawa. Ja mogę tylko podzielić się swoimi wrażeniami. Lubię patrzeć, jak synek puszcza moją pierś podczas karmienia tylko po to, by się do mnie uśmiechnąć lub powiedzieć "ghu ghu" i po chwili, z zawadiacką miną (sic!) ponownie przyssać się do cyca; niezły widok jest też, gdy mały jest naprawdę bardzo głodny, wtedy z błyskiem w oku wręcz rzuca się na pierś, robi takie "chap!" i już ssie, prawie się dławiąc; czasami zaś zanim złapie brodawkę, robi nieśmiałą minę, jakby chciał powiedzieć "że ja? mam ssać pierś? no, doobra…"; zabawne jest też odgrywanie przez niego tragedii, kiedy w jednej piersi mleko już się skończyło i trzeba kilku sekund, żeby go przystawić do drugiej – jest wtedy wielki płacz, rozpacz wręcz (mąż mówi, że synek wygląda wtedy jak Ciastek ze Shreka…), po czym po chwili na już ssącej buzi pojawia się błogość…

Często liczę miesiące, kiedy już odstawię małego i odzyskam pełną władzę nad swoim ciałem – będę mogła przestać nosić te beznadziejne staniki do karmienia… odkorkuję swoje ulubione wino… zacznę znowu brać pigułki…

Nie żałuję jednak, że zawalczyłam o laktację.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Pieluchowanie, pęsetka i gruchanie

10 paź

Parę dni temu byliśmy z małym na USG bioderek. Badanie robi się rutynowo u tak małych dzieci, żeby sprawdzić, czy biodra dobrze się rozwijają, czy nie ma ryzyka dysplazji. Doktor ocenił jedno biodro na Ia, drugie na Ib. I kazał szeroko pieluchować… A z tego, co wyczytałam po powrocie do domu, to Ia i Ib to prawidłowe wyniki, więc podejrzewam, że to zalecenie pieluchowania dał na wyrost… Upierdliwe to jest bardzo, mały z tymi pieluchami ma pupę jak szafa trzydrzwiowa, musiałam przejść szybko na większe body, żeby to wszystko mu między nóżkami upchać i dopiąć. Dobrze, że nie musiałam tego robić w te ostatnie upały. Do kontroli mamy się zgłosić za 6-8 tygodni, mam zamiar załatwić tę sprawę jak najszybciej, tzn. tuż po 6 tygodniu stawić się u doktorka i – mam nadzieję – usłyszeć, że mogę juz przestać męczyć syna.

Z nowych umiejętności małego – wprawdzie macha jeszcze rączkami dość bezładnie (potrafi pacnąć siebie samego w czoło lub policzek lub wsadzić sobie palec w oko i oczywiście kończy się to co najmniej buzią w podkówkę), potrafi jednak zrobić z kciuka i paluszka wskazujacego „pęsetkę” (określenie mojego męża), którą chyba niedługo będzie umiał chwytać zabawki, umie też złożyć rączki jak do modlitwy.

A najmilsze chwile są wtedy, gdy mały się uśmiecha bezzębnymi dziąsłami oraz mówi nieśmiało „gru” lub „kha”. Wygląda na wówczas na bardzo szczęśliwego. A mnie się serce roztapia…

Udało mi się na tyle pobudzić piersi do pracy, że modyfikowanego mleka mały dostaje około 350 ml na dobę, tj. 1/3 całego jego jedzenia, reszta to moje mleko – prosto z cyca lub z butelki ściągnięte laktatorem. Mój mąż tak reklamuje synkowi butlę z moim pokarmem: Świeży udój!

No comments…


 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Szczepienia

09 paź

Za nami pierwsze szczepienia, zrobione w szóstym tygodniu życia małego; z braku czasu dopiero teraz o nich piszę. Zdecydowaliśmy się na płatną wersję – te, które oferuje Sanepid wiążą się z większą ilością wkłuć oraz z większym prawdopodobieństwem powikłań. A to dlatego, że wszczepiane są całe komórki bakterii, natomiast te płatne są w ogóle bezkomórkowe. Dodatkowo zafundowaliśmy małemu szczepienie przeciw pneumokokom i rotawirusom. Wyszła nam za to wszystko okrągła sumka: 700 zł. A to przecież dopiero początek…

Niech żyje polityka prorodzinna i prozrowotna… 
Jak czytam w ulotce o szczepieniach: "Szczepionki pełnokomórkowe nie są już stosowane ani w USA, ani w większości krajów europejskich. Szczepionki 5 w 1 oraz 6 w 1 (…) są powszechnie stosowane w kalendarzach obowiązkowych [podkr. moje] wielu krajów UE (np. Niemiec, Austrii, Belgii, Wielkiej Brytanii, Czech oraz Słowacji)".

No dobra, Belgia, Niemcy…, ale Czechy i Słowacja? Co jest? Dlaczego u nas jest gorzej niż w takich Czechach???

Mały podczas szczepienia był bardzo dzielny. Rotawirusa pięknie połknął. Do wkłucia pierwszą nóżkę dał bez gadania, przy drugiej już płakał, a przy rączce już ryczał wniebogłosy, jednak – o dziwo – udało mi się go jakoś uspokoić, a po wyjściu z przychodni po prostu zasnął w wózku. Kochany chłopak!

Następny drenaż portfela na początku listopada…
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Z braku czasu – tylko parę zdań

05 paź

Trudno mi uwierzyć, że mały jest z nami już dwa miesiące… Czasami wracam myślami do czasów, kiedy byliśmy sami, we dwójkę tylko… No, nie czasami, dość często mi się to zdarza, zwłaszcza wtedy, gdy nie mogę obejrzeć filmu, bo mały płacze, gdy muszę wstać o 3 w nocy na karmienie, gdy przez godzinę próbuję zjeść obiad, ale mały budzi się co pięć minut i muszę lecieć do niego… Tak, bez dziecka żyje się bardziej komfortowo, spokojniej i po prostu tak, jak się chce. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, że miałoby naszego synka nie być… 

Oglądałam wczoraj zdjęcia dokumentujące mój wielki brzuch ciążowy. Wydaje się, że to było tak dawno… Już zapomniałam, jak się z tym brzuchem żyło. 
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Pranie :)

02 paź

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS