RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2011

Powrót do formy

27 wrz

Muszę przyznać, że podczas ciąży miałam obawy co do mojego wyglądu po porodzie. Przytyłam w normie – 12 kilo, a jednak pod koniec nosiłam już tylko spódnice na gumkę lub sukienki typu koszula nocna i pojawiała mi się we łbie myśl, czy dane będzie mi kiedyś włożyć normalne dżinsy.

Jak tylko wróciłam ze szpitala, wskoczyłam na wagę; pokazała 64 kilo, czyli ot tak poszło w niebyt 7 kilo, no, może nie tak całkiem w niebyt, bo w łóżeczku leżał mój trzyipółkilowy synek. Wyglądałam jednak nadal jak w piątym miesiącu i jeśli chodzi o dżinsy, to w grę wchodziły tylko te ciążowe. Waga jednak spadała mi bardzo szybko – po dwóch dniach ważyłam już 62 kilo, po kilku kolejnych – 60, a obecnie wróciłam już do tej, jaką miałam przed ciążą (58).

Brzuch mam nadal lekko wystający, ale nie jest źle, natomiast szybko mi znikł celulit z ud, bardzo widoczny w ciąży, i mogłam wrócić do swoich dawno niewkładanych, za przeproszeniem, majtek :) Myślałam, że będę musiała z nim jakoś walczyć, ale nie!

Jeśli idzie o inne zmiany cielesne po ciąży, to na plus zaliczam biust. Bez operacji mogę się przekonać, jak to jest zmienić rozmiar A na C i muszę przyznać, że całkiem fajnie jest mieć duże cycki! Nie wspomnę o zachwytach męża (który, nota bene, wcześniej mnie żarliwie przekonywał, że małe jest piękne…).

Wszystkie te zmiany w moim wyglądzie zaszły bez większego wysiłku (zresztą odchudzać się nie można, gdy się karmi). Restrykcyjnej diety matki karmiącej trzymałam się jakiś miesiąc (zero smażonego i tłustego, zero słodyczy) i może to trochę pomogło. Teraz pozwalam sobie na ciastka i nawet na zakazaną czekoladę, całe szczęście synek nie zdradza żadnych oznak alergii. Na marginesie dodam, że pochłaniane przez mnie w ciąży tonami ogórki kiszone i w occie obecnie mogłyby nie istnieć.

Teraz, jak patrzę na siebie, jestem w stanie uwierzyć w te szybkie powroty do formy modelek czy aktorek, wcześniej nie dawałam temu wiary i złościłam się, że przy pomocy photoshopu oszukują normalne kobiety. Jakbym jeszcze miałą czas (i ochotę!) porobić trochę brzuszków, byłoby już w ogóle idealnie i tylko czerwona krecha biegnąca przez brzuch przypominałaby o tym, co się wydarzyło półtora miesiąca temu…

Jeśli czyta to jakaś bojąca sie stracić figurę babeczka, mogę poświadczyć, że nie ma się czego bać. Pod warunkiem, że nie przytyje się w ciąży 30 kilo, bo znam i takie przypadki…

Zmiany w swoim wyglądzie zauważa też mężydło. Ostatnio powiada do mnie: nie uważasz, że powiększyły mi się zakola i w dodatku to z lewej bardziej wcina się we włosy? Kiedy przytaknęłam, stwierdził ze swoim wrodzonym stoickim spokojem: dobrze, że się już ożeniłem…


 
Komentarze (16)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Czas pilnie poszukiwany…

25 wrz

Cierpię na chroniczny brak czasu. Jako pedantka przeżywam katusze widząc, jak moje mieszkanie pokrywa się kurzem, pranie wisi na suszarce po trzy dni, sterta do prasowania zmienia się ze Śnieżki w K2, a na płycie ceramicznej coraz trudniej dojrzeć kółka pod garnki… W dodatku moje kochane mężydło coraz częściej robi sobie samo kanapki do pracy… Co ze mnie za żona… ;)

Nasz mały nie jest jakimś bardzo płaczliwym czy marudnym dzieckiem, jednak zdarza mu się budzić w dzień co 15 minut z płaczem i wtedy trzeba się nim natychmiast zająć, utulić, może nakarmić lub zmienić pieluszkę, lub zmienić całe ubranko, bo się za przeproszeniem obrzygał zważonym mlekiem… Zdarzyło mi się ostatnio gotować barszcz przez pięć godzin, bo gdy wstawiłam wodę z udkami na kuchenkę, zaczął płakać, utuliłam, minęło 20 minut, następnie wrzuciłam kostkę rosołową, zaczął płakać, utuliłam, minął kwadrans, obrałam marchewkę i buraki, zaczął płakać, dałam mu jeść, minęło pół godziny… Zdesperowana zostawiłam go w końcu w salonie (połączonym z kuchnią) nieśpiącego, żeby wreszcie zetrzeć warzywa w robocie i zakończyć operację barszcz, uruchomiłam przeraźliwie głośną machinę, starłam wszystko w trymiga i – przekonana, że przestraszony hałasem będzie straszliwie wrzeszczał, pobiegłam do niego – a tu surprise! Usnął… 
Moje mężydło pomaga mi bardzo i , dzięki Bogu, jest bardzo cierpliwy. Po całym dniu spędzonym z małym marzę o chwili dla siebie, więc gdy mąż tylko staje w drzwiach po powrocie z pracy, niemal od razu wręczam mu synka, żeby poczuł ojcowską więź… Ostatnio mąż cały uradowany wkroczył do domu z nowym super zasilaczem do komputera, o którym gadał już od paru tygodni. Podczas kilku godzin zdążył zerwać z pudełka folię do połowy… Resztę zdjął dopiero następnego dnia, a całość zamontował jeszcze w kolejnym dniu. 
Ja, ostatnio, żeby w miarę w spokoju skorzystać z toalety, nakręciłam małemu nad łóżeczkiem karuzelkę na maksa i dopóki grało i się kręciło, było OK, potem już szybko musiałam z kibelka lecieć do purpurowego, zanoszącego się płaczem wściekłego na swoją matkę bobasa…
Czasem mały nas zaskakuje i śpi pięć godzin. Nie znamy jednak dnia ani godziny tego przypływu dobroci dla rodziców, nie można więc niczego z góry zaplanować. Często jest więc tak, że nie zaczynam jakiejś roboty lub nie kładę się spać, bo – zaraz się zbudzi i się nie opłaca – a ten śpi sobie w najlepsze i ma w nosie, że trzyma mnie w napięciu; częściej jednak, co włączę żelazko lub włożę głowę pod kran, z łóżeczka odzywa się ostrzegawcze postękiwanie, które w porę niestłumione zmienia się we wściekły wrzask…
Notka miała być dłuższa, ale obowiązki wzywają – ciągle jeszcze ściągam pokarm laktatorem między karmieniami, żeby dać tym moim cyckom do myślenia (że jednak trzeba produkować mleko, bo jest zapotrzebowanie). Od paru dni jest mi łatwiej, bo udało się nam pożyczyć Swinga, czyli elektryczny laktator Medeli, wart jakieś 500 zł. To taki mercedesik wśród laktatorów. Całe szczęście mój mąż, zamiast gadać z kumplami o dupie Maryni, rzucił temat laktacji i jak się okazało, jeden z kolegów miał w domu niepotrzebnego już Swinga pasującego do mojego Harmony… (kto siedzi w temacie laktatorów, ten wie, o czym mowa). 
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Bardzo trudne początki

15 wrz

Już ponad miesiąc mały jest z nami. Największą radością jest to, że jest zdrowy i świetnie się rozwija, oglądała go i położna, i pediatra, nie miały żadnych zastrzeżeń. Największym problemem są… nieprzespane noce. Nie jestem w tym oczywiście oryginalna… teraz jednak mogę to z własnego doświadczenia stwierdzić – jest cholernie trudno co dwie-trzy godziny zwlec się z łóżka w nocy i poświęcić małemu minimum godzinę…

Byłoby łatwiej, gdybym normalnie karmiła piersią. Jednak tak jak już w szpitalu był problem, żeby synka nakarmić, tak zostało mu to do dziś. 
Najpierw rwałam włosy z głowy, że nie jestem w stanie nakarmić sama swego dziecka, w głowie wciąż miałam te broszurki o laktacji, te zalecenia o karmieniu piersią, te przestrogi przed butelką i w ogóle odsądzenia od czci i wiary matek niekarmiących cycem… 
Przyznaję, że pierwsze dni były pełne płaczu nie tylko mojego synka, ale i mojego. Płakałam z bezsilności, rozpaczałam nad każdą porcją modyfikowanego mleka, którą musiałam mu zaserwować, obsesyjnie wypełniałam zalecenia konsultantki laktacyjnej…
Bo zaraz tego samego dnia, kiedy wypisano mnie ze szpitala, na wieczór umówiliśmy się z babką od laktacji, która prowadziła zajęcia w naszej szkole rodzenia. Nie wspominam dobrze tej wizyty. Oględnie mówiąc, po tym całym pieprzonym szpitalu nie byłam w najlepszej kondycji psychicznej, a ona potraktowała mnie jak uczennicę, która nie odrobiła zadania domowego. 
Skrytykowała z miejsca wszystko – że metka przy ubranku dziecka nie obcięta, że za ciepło ubrany, że od początku powinnam była używać laktatora (tak jakby nie było ledwie 4 dni po porodzie a 4 tygodnie), że plastik przy pępku obciąć trzeba, że to, że sio. Swoim pouczaniem doprowadziła mnie prawie na skraj załamania nerwowego.
Koniec końców wg jej zaleceń miałam karmić małego z piersi tyle, ile się da, tuż po karmieniu ściągać się laktatorem pół godziny, małego oszukać w tym czasie wodą, następnie podać mu to, co ściągnę i ewentualnie mieszankę. I powtarzać ten cykl jak najczęściej… Konsultantka skasowała nas 160 zł i poszła, a mój mąż pojechał czym prędzej szukać mleka, laktatora i specjalnego smoczka Medeli – Calmy, który nie zaburza u dziecka odruchu ssania piersi. Zdążył to wszystko kupić niemal w ostatniej chwili, bo dochodziła 21. 
Konsultantka powiedziała, że za parę dni czeka mnie nawał i laktator okaże się niepotrzebny. Niestety jej zapowiedzi się nie sprawdziły, tak jak nieprawdziwe w moim przypadku okazały się teorie głoszące, że tyle, ile mleka się ściągnie, to o tyle więcej piersi wyprodukują przy następnym karmieniu. Wszędzie w poradach jest przedstawione proste równanie: jeśli dziecko wyssie z piersi 60ml, a laktatorem ściągnę 30ml, to w następnym karmieniu będę miała w piersiach 90 ml…
Nie wiem, czy jestem trudnym przypadkiem, czy też taka matematyka jest li i jedynie wymysłem producentów laktatorów. Mija miesiąc, jak rozbudzam swoją laktację i mam wprawdzie więcej mleka niż na początku, ale mój synek też z dnia na dzień więcej go potrzebuje i jestem ciągle kilka kroków za nim. Każde karmienie to jedna wielka zgadywanka – ile przygotować mleka, skoro przez 20 minut karmiłam go piersią, dokarmiłam tym, co ściagnęłam wcześniej laktatorem, a on nadal jest głodny? Bez ogródek stwierdzam – to męczarnia. Nie wiem, jak długo jeszcze dam radę uprawiać tę żonglerkę. 
Dzięki Bogu i moja położna, i pediatra nie cisną mnie w kwestii karmienia piersią, zgodnie zadając kłam tym wszystkim gadkom wciskanym ludziom w szkołach karmienia, że każda matka jest w stanie wykarmić swoje dziecko. Może i tak, ale butelką…
Proszę o pomysły, co pożytecznego można zrobić z trzema paczkami wkładek laktacyjnych do biustonosza :)
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Odsłona piąta, czyli zemsta Chińczków (za A2)

12 wrz

Wypis ze szpitala to jeszcze nie ostateczne pożegnanie z tym wesołym przybytkiem. Przynajmniej dla tych po cesarce – trzeba jeszcze mianowicie zdjąć szwy z brzucha, a że robi się to w siódmej dobie, a wypisano mnie w czwartej – jasne było, że będę musiała zrobić come back. Poinformowano mnie jednak, że od niedawna nie ściągają szwów na oddziale, tylko w poradni ginekologicznej – trzeba się do niej zgłosić i wejść „między pacjentkami”.

Jak to usłyszałam, od razu wiedziałam, że będzie z tym cyrk. Po pierwsze – wszystkie poradnie przy szpitalnym molochu są wiecznie zatłoczone. Po drugie – wchodzenie między pacjentkami oznacza wciskanie się bez kolejki, a nikt tego nie lubi, ani ten, kto się wciska (pomijając bezczelnych cwaniaczków), ani ten, komu się wciskają. Dwa razy się upewniałam, czy naprawdę z tymi szwami muszę się stawiać w poradni. Usłyszałam, że choć takich zwykłych odwiedzajacych nikt nie kontroluje i mogą oni całymi dniami siedzieć w salach pacjentek, tak do zabiegowego nie może wchodzić nikt z zewnątrz, ze względu na przyniesione zarazki… O mój Boże, szpital ma tyle swoich zarazków, że tych parę przyniesionych z domu na pewno nie zrobiłoby różnicy! Nota bene nie wolno było obcinać paznokci dzieciom, kazano czekać z tym aż się wróci do domu, właśnie ze względu na mnogość zarazków na oddziale!

W moim wypisie miałam wyznaczoną datę zdjęcia szwów na ósmą dobę po operacji, jednak doktor zasugerował, że mogę zgłosić się w siódmej. Ponieważ cięcie goiło mi się bardzo ładnie, nie bałam się zdjęcia tych szwów. Proponowałam to nawet położnej z mojej przychodni, jednak nie podjęła się tego. Największy problem widziałam w sprawnej organizacji mojego wyjścia z domu bez kilkudniowego dziecka. Zostawiłam mężowi odciągnięty pokarm, oprócz tego była możliwość umieszania mleka z proszku. Wcześniej jeszcze telefonicznie upewniłam się w rejestracji, jak mam sprawę załatwić (zgłosić się w rejestracji celem założenia karty) i taksówką pojechałam pod szpital.

Godz. 11 – idę do rejestracji. Okienek – chyba z pięć, czynnych – jedno (niczym na poczcie). To jedno jedyne okienko służy do rejestrowania pacjentów do WSZYSTKICH poradni – czy to endokrynologicznej czy gastrologicznej, czy ginekologicznej wreszcie. Kolejka liczy 25 osób. Nie ma szans, żeby ktoś mnie przepuścił, choć nadal wyglądam jak w ciąży. Ale że kolejka składa się ze staruszków i staruszek, ludzi o kulach i laskach – stanęłam spokojnie na końcu. W parę minut za mną już ustawiło się kolejnych kilka osób.

Godz. 11:40 – podchodzę do okienka i mówię, o co chodzi. A babka do mnie powiada tak: Ale tu jest data na jutro. Ja na to: Ale dziś jest już siódma doba, poza tym jutro nie mam z kim dziecka zostawić. Na to ona: A była pani w gabinecie doktora spytać, czy przyjmie? No to mi zabiła ćwieka – miałam przecież tu się zgłosić. I ona dalej mówi: jak lekarz pani powie, że przyjmie, to wróci tu pani bez kolejki i ja kartę założę.

Co było robić – poszłam pod gabinet w ciemnym korytarzu. Przy kontakcie kartka z napisem: proszę gasić światło. Niepotrzebnie wisi, bo i tak się nie dało zapalić. Kilka metrów dalej widzę tabliczkę: PORADNIA DZIECI CHORYCH. No pięknie, całe szczęście nie przyszłam tu z małym… Czekam, aż się otworzą drzwi gabinetu. Oczywiście czekające pacjentki już toczą pianę, że ktoś chce wejść przed nimi.

Godz. 12 – wychodzi pacjentka, wkładam głowę z pytaniem, czy mnie przyjmie na zdjęcie szwów. Tak – mówi – proszę czekać. Czy mam zakładać kartę? Nie, nie potrzeba. No to czekam.

Godz. 12:15 – pani na zdjęcie szwów proszę! Wchodzę. I pada zdanie: proszę pani kartę. Przecież pan doktor powiedział, że nie trzeba. Ale tu mi pani położna mówi, że jednak trzeba.

Zaje… – muszę wrócić do rejestracji. Podchodzę do okienka, w kolejce szum: myśli pani, że jak w ciąży, to bez kolejki może pani podchodzić! Widział to kto! Tu wszyscy czekają! Rejestratorka na całe szczęście mnie pamięta i broni. Zakłada kartę. Kolejka szumi.

Godz. 12:30 – znowu czekam po gabinetem.

Godz. 12:45 – wchodzę. Mam się położyć na leżance. Przekonana o tym, że to już kres tej gehenny, kładę się i czekam, aż doktor pociągnie za nitkę. Ciągnie. Ciągnie mocniej. Szarpie, a ja krzyczę z bólu. Stojąca obok położna radzi oddychać głęboko. Doktor ciągnie ze wszystkich sił, a ja mam wrażenie, że znowu ktoś mi otwiera brzuch. Nagle – trzask – nitka się urywa!

- Część się urwała – potwierdza doktor.

- Jak to?! I została w środku?!

- No, to takie szwy z Chin…

- Słucham!? – myślałam, że żartuje.

- Wie pani jak to jest. Szpital robi przetarg na nici i wygrywa najtańsza firma. Teraz mamy takie chińskie szwy. One niby są rozpuszczalne, ale jak nie wyciągaliśmy ich pacjentkom, to się rana babrała, dlatego teraz wyciągamy, ale jak został u pani kawałek, to się on rozpuści… Ta nić już u pani częściowo wrosła, nie dało się inaczej.

- No to dobrze, że przyszłam wcześniej, bo termin mam na jutro…

- No, dobrze, że pani dziś przyszła, bo byłby kłopot.

Cała w szoku wychodzę z gabinetu, znów z takim bólem, jak po operacji. Wlokę się zgięta wpół przed szpital i wzywam taksówkę. Kiedy podjeżdża – wyprzedza mnie jakaś blondyna i pakuje się do auta! Tego już było za wiele. Musiałam interweniować u kierowcy, potwierdził, że to z mojego telefonu było wezwanie i w końcu mogłam wracać do domu.
Cały ten cyrk zajął mi ponad dwie godziny. Takich wypraw wymaga się od kobiet tydzień po porodzie/operacji, mających pod opieką noworodka. Doskonały pomysł. Realizacja jeszcze lepsza. Gratulacje dla szpitala! A jeśli któraś matka karmi tylko piersią, musi oczywiście dziecko wziąć ze sobą. Wygląda to tak, że zestresowany ojciec biega z wózkiem po parkingu, wśród spalin i ukrywających się przed kamerami palaczami. Ewentualnie można spacerować w hali szpitala, między różnymi chorymi. Brawo!


 
1 komentarz

Napisane w kategorii rodzić po ludzku...

 

Odsłona czwarta: rooming, czyli jazda bez trzymanki lub – jak kto woli – hard core na maksa

02 wrz

Pierwszy dzień po operacji służy rekonwalescencji – tak myślałam. Nadal bardzo mocno krwawiłam; plusem było to, że mogłam juz sama zmieniać sobie ligninowe podkłady, jeśli
tylko godzinę wcześniej, zanim zalało mnie całkowicie, zaczynałam gramolić się z łóżka.

W ogóle tempo miałam zabójcze, jestem pewna, że na odcinku łóżko – łazienka
(jakieś 10m) z łatwością pokonałaby mnie moja osiemdziesięcioletnia babcia.
Natomiast o stopień zgarbienia mogłybyśmy się sprzeczać – która ma większy.
Człowiek robił po prostu WSZYSTKO, byleby nie ruszać mięśni brzucha, chodził
więc zgięty w paragraf. A na samą myśl, że może zakręcić w nosie do kichania
albo podrapać w gardle do kaszlenia robiło mi się słabo.

Nadal ktokolwiek podchodził do mnie z personelu, cisnął mi brzuch, powtarzając jak
mantrę, że to dla mojego dobra. Jestem pewna, że żadna z tych cisnących osób
nie miała nigdy cesarki. Łzy ciekły mi same. I razem z nimi tzw. odchody
popołogowe… Milutko.

Synka na moją prośbę mi przyniesiono, nie mogłam go wziąć na ręce, o pokołysaniu nie
wspominając, próbowałam niezgrabnie przystawić go do piersi, ale znowu nie za
bardzo był głodny. Zwróciłam uwagę położnym, że chcę go karmić piersią, to
obiecały już go nie dokarmiać. Tyle dobrze, że miałam go koło siebie i zerkałam
jak sobie smacznie śpi.

Mężydło mnie odwiedziło z rana; żeby pielęgniary się na niego nie darły, poszurałam
kapciami na korytarz, ciągnąc za sobą kuwetkę z małym. Tak słodko spał, że
zrobiliśmy mu kilka zdjęć, co skomentowała zgryźliwie przechodząca położna:
taaa, zdjęcia akurat najważniejsze!

Odesłałam męża zaraz do domu, bo czułam się okropnie; żadnych konkretów nie mogłam mu
podać, bo nikt mnie o niczym nie informował – ile czasu spędzę na tej sali,
jaki jest mój stan etc. Dostarczono mi jedynie pismo z USC informujące, kiedy
możemy się zgłosić celem zarejestrowania dziecka – system nie śpi…

Potem przyszła do nas fizjoterapeutka i pokazywała różne ćwiczenia, jakie mamy sobie
kilka – kilkanaście razy dziennie robić (gdy to usłyszałam, utwierdziłam się w
przekonaniu, że pierwszy dzień po operacji służy rekonwalescencji, tj. m.in.
powolnym ćwiczeniom zbolałego ciała). Ćwiczenia polegały na rozluźnianiu
karku, podnoszeniu rąk, „wkręcaniu
żarówek” itp. Luzik. Na koniec każda z nas miała samodzielnie wstać. Tu już
mniejszy luzik. Ja byłam na tej sali najdłużej, toteż miałam to już za sobą,
ale inne dziewczyny (przywiezione później lub w ogóle wzbraniające się przed
podnoszeniem się z wyrka) stawały po raz pierwszy od operacji i raz po raz
któraś miała awaryjną sytuację z ligninką między nogami, która nie nastarczała
z absorbcją… Wszyskieśmy na to mogły patrzeć, bo stosowanie parawanów jakoś
nie jest w modzie na Borowskiej.

Leżałam sobie spokojnie i próbowałam powtarzać te ćwiczenia (z oszczędzaniem brzucha,
jak zaleciła), aż tu nagle staje przede mną pielęgniara i powiada:

- Pani jest tu najdłużej, proszę się zebrać, przenosimy panią na rooming.

Spojrzałam na nią jak na kosmitę, potem na swoja rozwaloną torbę (kto by tam miał siły
nachylać się i tak układać rzeczy, żeby było schludnie) i powiedziałam słabo,
że dobra, OK, tylko jak przyjedzie mąż za jakąś godzinę, to mi pomoże.

- Za jaką godzinę, teraz sie przenosimy! Łóżko trzeba zwolnić, no szybko, szybko.

Przerażona zaczęłam wyłazić spod kołdry, czując, jak każdy ruch rozdziera mi brzuch na
kawałki. Położna przywiozła małego w kuwetce, moją torbę ulokowała na płozach
tej kuwetki i dalejże wyjeżdżać na korytarz! Kiedy ja zawlokłam się do drzwi,
ona już krzyczała z daleka:

- Szybko, szybko, bo nie znajdzie pani sali!

Zaczęłąm więc szurać za nią kapciami, najszybciej jak mogłam, czując równocześnie
zbliżający się krwawy potop między nogami. W końcu wjechała do jakiegoś pokoju,
zaparkowała małego koło łóżka, powiedziała do widzenia i wyszła!

Kiedy czytałam wcześniej o systemie rooming-in, zawsze było to pisane w takim duchu –
to doskonale, że matka może być nieprzerwanie razem z dzieckiem, jednak, gdy
poczuje się zmęczona (a ma prawo po porodzie lub operacji) lub gdy potrzebuje
np. wziąć prysznic, zawsze może odwieźć dziecko na wspólną salę noworodkową,
gdzie zajmą sie nim troskliwe położne… W polskich realiach, jak widać,
szpitale wprowadziły tylko tę część owego nowoczesnego systemu, która im
pasowała…

W nowej sali mały od razu zaczął płakać, ja czułam już mokrą krwawą plamę na
koszuli z tyłu i musiałam nieźle wyglądać, bo odwiedzajacy leżącą w tej sali
babkę mąż czym prędzej się pożegnał i wyszedł. I chwała mu za to.

Wszystkimi siłami starałam się nie rozpłakać; moja współlokatorka wyczuła sytuację, bo od
razu pościeliła mi na łóżku specjalny podkład, powiedziała, że uspokoi małego,
a ja mogę iść do łazienki.

Najbliższe godziny to był koszmar. Mały płakał, a ja ledwo mogłam go wyjąć z tej kuwetki,
starając się ignorować koszmarny ból brzucha nasilający się przy każdym ruchu.
Starałam się nakarmić synka, ale średnio mi to wychodziło, w końcu moja
sąsiadka ulitowała się nade mną:

- Przyniosę pani mleka, chyba nie ma pani wystarczajaco pokarmu.

Przyniosła mi zaraz porcję w butelce i powiedziała, że zawsze można podejść do dyżurki i
takie mleczko dostać. Bardzo ważna informacja, której przeprowadzająca mnie tu
położna jakoś mi poskąpiła.

Gdyby nie moja współlokatorka, byłabym świetną kandydatką na pacjentkę z ciężką
depresją poporodową. Ze wszystkim miałam problem – ze swoją świeżą raną, z non
stop sączącą się krwią, z umyciem się, z nakarmieniem małego, z utuleniem go do
snu…

Całe szczęście odwiedzał mnie mąż, dzięki czemu miałam chwilę wytchnienia i mogłam
umyć zęby albo po prostu się wysikać.

Moja współlokatorka opowiedziała mi swoją historię – rodziła dwanaście godzin, a
właściwie miała skurcze, tylko rozwarcia brakowało. Przez całą noc nie podano
jej nic na wywołanie rozwarcia, bo to było jej drugie dziecko i lekarz
stwierdził, że „ta to sama urodzi”. Jednak po tych dwunastu godzinach, o suchym
pysku, w końcu przyszedł inny lekarz (niech żyją zmiany dyżurów) i podał jej
oksytocynę, po której urodziła w kwadrans. Po czym odwieziono ją na salę i
zostawiono z dzieckiem…

Po pierwsze była wyczerpana, po drugie głodna, po trzecie mały oczywiście się
darł. Ostatkiem sił pochyliła się, żeby go wyjąć z tej pieprzonej kuwetki, po
czym… dostała krwotoku. Wezwana położna załamała ręce, ale nie nad nią, a nad
niedostatecznie przykrytym kocykiem dzieckiem. Kałużę krwi posprzątano tak, że
jeszcze po dwóch dniach dokładniejsza salowa ścierała jej resztki spod łóżka.
Niech żyje higiena. A propos – sprzątanie naszej sali i łazienki to było
szurnięcie mopem. A przecież każda z nas krwawiła i to niekoniecznie w
kontrolowany sposób, były z nami noworodki, jeszcze parę godzin temu pływajace
w jałowych wodach płodowych… Nikt nie mył brodzika, umywalki, o muszli nie
wspominając. Ja bym tam wszystko zalała domestosem i poprawiła kretem…

Modliłam się, żeby mój mały nie dostał żółtaczki, bo dostajesz wtedy specjalną lampę na
całą noc, pod tą lampą ma leżeć golutkie dziecko w okularkach i ty,
matka-himenka, masz pilnować, żeby tych okularków sobie nie ściągnęło. Całą
noc! To jakieś koreańskie tortury pozbawiania snu!

Wracając do moich problemów z małą ilością pokarmu – położne miały jedną radę:
przystawiać dziecko do piersi. Spróbujcie przystawiać głodnego noworodka do
pustej piersi… To jakiś horror. On się darł tak, że widziałam jego migdałki,
był purpurowo-filetowy na twarzy, drapał mi i szarpał ze złością piersi, a ja
go miałam przystawiać!

Wieczorem było ważenie i okazało się, że mały sporo schudł, nie dziwota, miałam prawie
puste cycki. Dokarmiać, dokarmiać – taką dostałam radę. Chciałam porozmawiać o
moim problemie szerzej – czy mały nie przyzwyczai się do butelki i wtedy zupełnie
odrzuci pierś i co mam robić w związku z deficytem pokarmu, ale nikt nie miał
czasu ze mną rozmawiać. Znowu usłyszałam – przystawiać do piersi, przystawiać,
a jak głodne to dokarmiać – i koniec tematu. Kiedy na obchodzie sam ordynator
zapytał, czy czegoś nam potrzeba, powiedziałam, że trochę więcej opieki
położnych, bo nie do końca radzę sobie z dzieckiem, sama będąc po operacji.
Towarzysząca mu położna słodkim głosikiem zaświergotała:

-Jesteśmy tylko dwie na oddział, nie zawsze możemy każdemu poświęcić odpowiednio
dużo czasu, ale oczywiście zawsze można wezwać którąś z nas z dyżurki…

Ordynator przytaknął i zawinął się na pięcie, żeby nie słuchać już więcej o niedostatkach
personalnych na swoim oddziale.

Na kolejnym ważeniu znowu się okazało, że mały spadł z wagi i było to już 10% jego
masy urodzeniowej i byłoby bardzo źle, gdyby jeszcze schudł. Załamałam się. I
jak tu nie dokarmiać dziecka? Przy okazji poprosiłam położną, żeby trochę umyła
mi synka, bo sama nie dam rady (w pokoju była taka umywalko-wanienka).

- A wie pani, że teraz się nie kąpie dziecka? – ona mi na to.

- Jak to się nie kąpie?

- Dziecko ma taką ochronę na skórze, że nie należy jej zmywać, takie są najnowsze
tendencje…

Ponieważ mam w d… najnowsze tendencje, uparłam się, żeby mi chociaż podmyła małego, bo
sama nie mam tyle sił i boję się, że go upuszczę. Wiedziałam od znajomego, że
tydzień wcześniej wypisali z Borowskiej jego synka umazanego jeszcze mazią
płodową; mój po operacji został na całe szczęście umyty, co mi prawie wytknęła
ta położna, z niedopowiedzeniem, że ZNOWU chcę myć dziecko.

- Niech pani tak na mnie nie patrzy, takie są najnowsze badania – rzuciła
jeszcze, ale obmyła go trochę. – A na pępek proszę sobie kupić Octanisept.

Octaniseptem straszyły mnie położne w obydwu szkołach rodzenia. Że kikut trzeba wysuszać i
najlepiej to robi stary dobry spirytus, natomiast Octanisept nie wysusza i
często pępek się po prostu babrze.

No, ale żeby działać spirytusem, to trzeba mieć rozrobiony roztwór, patyczek z
watką i trzeba tym jeździć wokół pępka. A tak – psik psik Octaniseptem i po
krzyku. Kolejne pójście na łatwiznę – tak jak z tym roomingiem czy niekąpaniem
dziecka. Byle się nie narobić, a jak można się jeszcze podeprzeć badaniami
amerykańskich naukowców, to już w ogóle zaje…

Moja przyjaciółka, która rodziła kilka lat temu, ostrzegała mnie, że nie wypiszą
mnie do domu, póki, za przeproszeniem, nie oddam stolca. Jest to bardzo ważne,
bo świadczy o tym, że jelita ruszyły. Jeśli by dlugo nie pracowały, może dojść
do bardzo poważnych komplikacji, tzw. atonii jelit (z Wikipedii: atonia – zanik
lub zmniejszenie zdolności do skurczu mięśni gładkich lub mięśni poprzecznie
prążkowanych. Jej skutkami są poważne zaburzenia w czynnościach danego
narządu). Dlatego, jeśli masz problem z wypróżnieniem się (a jest problem,
olbrzymi – nie chcesz nawet słyszeć o jakimkolwiek napinaniu mięśni brzucha),
dają czopki.

Za mojego pobytu na Borowskiej o stolec spytano mnie tylko raz. Zanotowano, że nie
było i to był koniec tematu. Dobrze, że byłam świadoma zagrożenia i sama,
pokonując ból, jakoś sobie z tym poradziłam w domu; oszczędzę tu
naturalistycznych opisów, powiem tylko, że był to koszmarnie bolesny i
długotrwały proces…

W każdym razie nikt specjalnie nie patrzył na mój stan; kiedy tylko w czwartej
dobie rano po zważeniu małego okazało się, że przybrał 50g, natychmiast
uruchomiono procedurę wypisu. Rachu ciachu, nie ma czasu, kolejne pacjentki
czekają. Badanie słuchu, pobranie krwi u małego, szybko szybko (zapowiedziałam,
że bez tych badań nigdzie nie wychodzę) i już musiałam się zbierać. Nie to, że
nie chciałam iść do domu, ale wolałam już zostać tyle, ile trzeba, byleby się małym
odpowiednio zajęli. Po co mi szybki wypis, jakby np. w domu się okazało, że
dostał żółtaczki i trzeba by było wracać.

Jeszcze tylko słówko o szpitalnym menu: dostałyśmy np. zupkę kalafiorową… Na nasze
uwagi lekarka powiedziała: szpitalna dieta to nie jest dieta matki karmiacej. A
tu poniżej śniadanko:

 

 

PS

Czy
muszę wspominać, że nigdy nie powróciłam do ćwiczeń, które zalecała nam
fizjoterapeutka?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii rodzić po ludzku...

 
 

  • RSS