RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2011

Odsłona druga i trzecia: cięcie cesarskie i sala wybudzeń.

26 sie

Noc w szpitalu minęła mi zaskakująco dobrze, mimo zbiorowego pomiaru tętna dziecka
(jest to zorganizowane w ten sposób: o północy [sic!] z głośników w salach
rozbrzmiewa głos pielęgniarki wzywający do zabiegowego, z łóżek powoli gramolą
się ciężarne z zaspanymi twarzami, wypełniają korytarz przed gabinetem
zabiegowym; tam po kolei położna przykłada urządzonko wykrywające tętno
dzidziusia; dziewczynie spodziewającej się trojaczków przykładała w trzech
miejscach…).

O szóstej rano przyszła pielęgniarka mierzyć temperaturę. Od tego momentu
zaczęłam się szykować – prysznic, szpitalna koszula, pakowanie torby. Poleżałam
chwilę z KTG, potem przyszło kochane mężydło podtrzymać mnie na duchu, po czym
wezwali mnie na kolejne wypełnianie papierów (pesel…etc.), podpisywanie zgody
na wyrażanie zgody [sic!], w końcu poproszono mnie na fotel…

Czytałam wcześniej w necie i książkach, że dobrze jest, kiedy zakłada się cewnik już po znieczuleniu, bo nie
jest to przyjemne ani bezbolesne. Niestety – założono mi go na żywca, poza tym
położna rzuciła okiem na mnie leżącą na fotelu i poleciła „dogolić” – nie wiem
po co, były to miejsca zupełnie nie tknięte podczas cięcia, poza tym wcześniej
wszyscy mówili, że teraz nawet do normalnego porodu nie goli się już
pacjentek… Nikt mnie nie zapytał o zdanie, a na ciche protesty nie dostałam
odpowiedzi.

Położna ostatni raz zmierzyła tętno dziecka (dobrze, że nie moje, bo chyba by
stwierdziła stan przedzawałowy) po czym kazała iść za sobą. I tak z rurką w
ręce podłączoną do mojej cewki moczowej, zakończoną woreczkiem na mocz, w
rozchełstanej na piersiach koszuli szpitalnej musiałam przedefiladować przed
mężem i całym oddziałem patologii. Nastroiło mnie to tak pozytywnie do całej
sprawy, że zaczęłam się trząść i płakać, i panikować. Położna powiedziała, że
już wszystko gotowe, czekają na mnie i zaprowadziła mnie do jakiegoś
pomieszczenia z trzema pipkami. A te zaczęły świergotać:

- Jak to gotowe? Jeszcze nikogo nie ma! A to teraz ta cesarka? To poczekamy, pani
sobie tu usiądzie, uzupełnimy papiery…

Niech no kto spróbuje usiąść z cewnikiem na twardym krześle… To jak siadanie na
patyku postawionym na sztorc.

- A czemu pani płacze? Spokojnie, przecież dzidziuś zaraz będzie, to szczęśliwy
dzień! No dobrze, to pani adres to… – i tu podaje mój stary adres, spisany z
karty ciąży, tak jakbym wcześniej sto razy nie podawała swoich aktualnych
danych.

- To nie mój adres, nie jest aktualny.

- Nie? Ojej, trzeba zmienić… – i tu pipka zwraca się do mnie, mającej na sobie
tylko tę szpitalną szmatę i cewnik – ma pani dowód osobisty?

Potem spisywały jeszcze ode mnie kolejne dane, między innymi zawód męża i wiek i tu
się zawiesiłam. Nie byłam w stanie powiedzieć, ile lat ma mój mąż! Tak poza tym
to konia z rzędem temu, kto mi powie, po jaką cholerę na 10 minut przed
operacją od półnagiej spanikowanej i zasmarkanej pacjentki wymaga się podawania
tego typu informacji!

W końcu zaprowadzono mnie do sali operacyjnej, tam musiałam wdrapać się z tym
swoim brzuchem na wysoki i wąski stół.

- O, a pani już zacewnikowana? – asystująca pielęgniara wyraziła zdziwienie.

- Tak, już od godziny – chętnie bym odpowiedziała, ale mega wystraszony człowiek
jest w stanie tylko cichutko przytaknąć.

Przyszła pani anestezjolog, a ja myślałam, że to będzie ten facet, który dzień wcześniej
ze mną rozmawiał, więc zaczęłam dociekać, co jest grane.

- Oj, to Radek musiał coś pokręcić – usłyszałam. – Ja będę panią znieczulać.

No i zaczęła… Żeby dokładnie przekazać, co musiałam zrobić, żeby wkłuto mi się w
kręgosłup, proponuję takie ćwiczenie: włóżcie sobie pod bluzkę sporego arbuza,
po czym na stole szerokim na pół metra połóżcie się na boku i spróbujcie czołem
dotknąć kolan… I w tej pozycji nie wolno się ruszyć!

Anestezjolożka wkłuwała się nieudanie dwa razy (nieudanie nie znaczy, że tego nie czułam,
wyjątkowo paskudny ból) po czym poprosiła o grubszą igłę [sic!] i jak się
wkłuła to… Kazano mi oddychać głęboko celem zniesienia bólu… Aż w końcu od
pasa w dół zaczęłam czuć… NIC. W końcu!

Przyszli lekarze, postawili mi wysoki parawan niemal pod brodą i się zaczęło. Było mi na
przemian zimno i gorąco, duszno, niedobrze i ogólnie niefajnie. Od parawanu w
górę podawano mi tlen, jakieś substancje w kroplówce, od parawanu w dół
natomiast nagle doszedł mnie płacz dziecka. Chwilę to trwało, zanim się
zorientowałam, że oni mi tam już wyjęli mojego syna!!! I znowu zaczęłam płakać.
Mały krzyczał, słyszałam jak podają jego wagę i długość, punkty w skali Apgar,
za parawanem lekarze jeszcze się uwijali, nagle podetknięto mi pod nos
plastikową opaskę z moimi danymi, datą i godziną i zapytali, czy wszystko się
zgadza. Dzięki Bogu, pozwolili mi mieć okulary na nosie! Jeśli chodzi o
godzinę, to uwierzyłam im na słowo. Mały dostał taką opaskę na rączkę i nóżkę.

W końcu pokazano mi go na moment – małego czarnowłosego bobaska, wrzeszczącego
wniebogłosy – dotknęłam jego buzi… To było najbardziej przejmujące wydarzenie
w moim życiu…

Zabrali go z sali w inkubatorku, a mnie jeszcze zszywali itp. Potem przeniesiono mnie na raz, dwa, trzy na łóżko i
na nim wywieziono. Widziałam kątem oka czekającego męża, po czym mnie
wtoczono do windy, a mężowi kazano iść schodami.

Wylądowałam w tzw. sali wybudzeń. Mąż mógł tylko przez parę minut mi potowarzyszyć, bo w
tej sali odwiedziny są zabronione i dość szybko został wyproszony.

Musiałam leżeć bez ruchu osiem godzin, nie wolno nawet podnosić głowy. Kilka godzin
trzymało mnie znieczulenie, co nie przeszkadzało wcale w odczuwaniu bólu na
brzuchu. Dostałam kilka różnych środków przeciwbólowych w kroplówce. Za każdym
razem musiałam się zarzekać, że nie jestem na nie uczulona. Na paskudną
telepawkę dostałam dodatkowy koc.

Co jakiś czas położna naciskała mi brzuch w najbardziej bolesnych miejscach. Cel
miała szczytny – w ten sposób macica szybciej się oczyszczała z różnych
interesujących rzeczy typu krew i skrzepy…  Ostatni raz z bólu krzyczałam chyba w podstawówce u dentysty… Środki przeciwbólowe działały tak sobie. Poza tym chciało mi się
pić, a potem jeść. Na dziennej zmianie położna powiedziała, że moje jedzonko
jest tutaj – i postukała w kroplówkę. Powiedziała, że nic nie dostanę dziś do
jedzenia. Do picia, a raczej zwilżenia ust, dostałam małą ampułeczkę z wodą.
Znieczulenie puszczało mnie od pasa w stronę stóp. To naprawdę przedziwne i
przerażajace zarazem uczucie, kiedy wysyłasz z mózgu sygnały, by ruszyć nogą, a
nie przynosi to żadnego efektu. Powoli zaczynałam czuć, jak wiele krwi
tracę, położna co jakiś czas zmieniała mi ligninowe podkłady – w takich
momentach człowiek jest zupełnie zdany na łaskę innych ludzi, pierwszy raz
czegoś takiego doświadczyłam.

Po ośmiu godzinach miałam próbować się podnosić i był to chyba największy wysiłek w
moim życiu. Na początku pracowało za mnie łóżko – sterowane pilotem podnosiło
mi górną część ciała. Przez dłuższy czas nie byłam w stanie doprowadzić się w
ten sposób do pozycji siedzącej, bo już w połowie robiło mi się ciemno przed
oczami. Ale w pozycji półleżącej mogłam jako tako wytrzymać i wtedy poprosiłam
o przyniesienie dziecka – dzieci kobiet po cesarkach są w sali obok, za szklaną
ścianą. Położna przyniosła mi mały pakunek z owłosioną główką… Uświadomienie
sobie, że jestem matką, było dla mnie kolejnym szokiem tego dnia…

Próbowałam małego trochę przystawić do piersi, ale brak sił, potwornie boląca rana na
brzuchu i ogólne oszołomienie niezbyt mi w tym pomogły. Zresztą mały był już
nakarmiony – to taka trochę niedżwiedzia przysługa ze strony personelu, przez
którą cierpię do dziś… Ale o tym później.

Po dziesięciu godzinach udało mi się usiąść na łóżku i spuścić nogi. Cały czas
kombinowałam, jak by tu nie używać do poruszania się mięśni brzucha… Niestety,
to chyba niemożliwe. Przy każdym ruchu czułam się, jakby mi brzuch rozrywało. Położna
z nocnej zmiany zaproponowała mi kolację (wyraziła zdziwienie, że ta na
dziennej zmianie powiedziała, że nic nie będę jadła). Dostałam bułkę i jajko
oraz herbatę. Boże, jak mi to smakowało! Specjalna dieta pooperacyjna typu kleik, o jakiej czytałam w
necie, okazała się być mitem.

Potem byłam dopingowana do podjęcia decyzji o usunięciu cewnika. Im dłużej cewnik
tkwi, tam gdzie tkwi, tym większe zagrożenie wywołania stanu zapalnego tam. Po
jakiejś godzinie byłam gotowa. Przyjemne to to nie było… Potem musiałam
powoli wstawać i ruszać się, wszystko po to, by szybciej wracać do normalnego
stanu. Po kolejnej godzinie prób udało mi się wstać. I wtedy wruuuch – zalałam krwią
podłogę, własne kapcie, nogi… To naprawdę głupie uczucie, kiedy stoisz i
czekasz, aż ktoś powyciera ci łydki, umyje kapcie, pościera podłogę… Wstyd
trzeba schować do kieszeni.

Kolejne nocne godziny to wyznaczanie sobie coraz bardziej ambitnych celów – okrążenie łóżka,
dojście do umywalki, dojście pod prysznic… Pamiętałam o dobrej radzie ze
szkoly rodzenia – pierwsze siusianie najlepiej pod prysznicem. Bo pierwsze
siusianie po zdjęciu cewnika to jak siusianie igłami. Wrażenia niezapomniane…

Plan miałam taki, żeby się umyć, ale zrobiło mi się słabo i położna czatujaca pod
drzwiami musiała wejść i odprowadzić mnie do łóżka. Zostałam podmyta na leżąco.

Ponieważ krwawiłam bardzo obficie, wezwano lekarkę, która oczywiście pouciskała mi
brzuch i poleciła personelowi mnie obserwować. Potem w środku nocy przyszedł inny
lekarz i też dalejże uciskać mnie tam, gdzie najbardziej boli. Zlecił
morfologię oraz podanie mi glukozy, bo nadal krwawiłam obficie. Potem, jak ktoś tylko zbliżał się do mojego brzucha, pytałam, czy będzie go uciskać. Zazwyczaj słyszałam w odpowiedzi: oj, muszę, kochana, muszę…

I zaciskałam zęby.

Trudno mi teraz powiedzieć, czy cokolwiek spałam tej nocy. Pamiętam tylko takie tępe leżenie.
Co jakiś czas rękaw na moim ramieniu pompował się automatycznie, żeby zmierzyć
ciśnienie krwi. Co jakis czas ktoś podchodził i sprawdzał, czy dycham. I tak
przyszedł ranek.


 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii rodzić po ludzku...

 

Pobyt na Borowskiej w pięciu odsłonach. Odsłona pierwsza: patologia ciąży.

21 sie

Tak jak kazał mi lekarz, w poniedziałek byłam punktualnie o 7:30 przed izbą
przyjęć. Miałam zostać przyjęta jako pierwsza. Od razu w to zwątpiłam, kiedy
zobaczyłam tłum oczekujący pod drzwiami izby, wszystkie krzesełka w korytarzu
zajęte… No nic, czekamy. Pojawia się położna, ta sama, co w piatek. Daję jej
skierowanie z notką lekarza, że jestem zapisana na 7:30 i mam być dziś
przyjęta.

Mam czekać.

Mija półtorej godziny. W tzw. międzyczasie na minutę pojawił się lekarz (inny niż w
piątek). W końcu wchodzę do środka.

Położna zbiera ode mnie informacje, wypełnia jakieś papiery. Wnioskuję z tego, że
sprawa idzie naprzód, ale pewna być nie mogę, bo nikt mnie o niczym nie
informuje. W końcu sytuacja się wyjaśnia – mam się przebrać. Ponieważ nie chcę
spędzać całego dnia w piżamie, wkładam przygotowaną zawczasu luźną sukienkę.

- Jak tu lekarz był na chwilę, kazałam mu podbić pani skierowanie – mówi położna.
– Powiedziałam, że obiecał dziś panią przyjąć, chociaż to nie ten lekarz, hihi.
Ale powiedział, że jak obiecał, to obiecał i – o, podbił.

Okazało się więc, że po czterech wizytach w izbie przyjęć położna stała się moją
sojuszniczką… A może nie chciała mnie więcej oglądać?

Kiedy wszystkie papiery już były uzupełnione, miałam czekać za parawanem na
sanitariusza, a przy biurku obsługiwana była kolejna dziewczyna.

- Kogo pani upoważnia do powiadamiania o swojej sytuacji w szpitalu?

- A można podać kilka osób?

- Nie, jedną.

- Ojej, to kogo mam podać? Bo teraz nie wiem…

- ?

- No to może niech będzie 555555555.

- Do kogo to? Do męża?

- Nie, to jest do tego, no… ojca dziecka…

Po kwadransie oczekiwania przyszedł sanitariusz. Musiałam czekać w gabinecie, a
nie na korytarzu z mężem, bo położna powiedziała:

- Niech pani tu siedzi, bo jak pani wyjdzie, to będę musiała kolejną osobę
przyjąć… A niech czekają.

A dobrze wiedziała, że jest pełen korytarz ludzi…

W końcu trafiłam na oddział patologii ciąży. Musiałam czekać, aż mi przygotują łóżko,
bo zostało dopiero co zwolnione przez poprzednią pacjentkę. W tym czasie jakaś
pielęgniarka brała ode mnie te same dane, które podawałam w izbie przyjęć.
Pesel, data urodzenia, powód cięcia cesarskiego, uczulenia na leki…

Jak tylko siadłam na łóżku, żeby ochłonąć i zjeść śniadanie (przyniesione ze sobą,
bo na szpitalne się nie załapałam), przyszła jakaś stażystka i dawaj, wypytywać
mnie: pesel, data urodzenia, powód cięcia cesarskiego, uczulenia na leki…

Po jakimś czasie, już wściekle głodna, odpowiadałam na pytania kolejnej
pielęgniarki: pesel, data urodzenia, powód cięcia cesarskiego, uczulenia na
leki… Przyjechał obiad – okazało się, że nadal nikt mnie nie uwzględnił w
grafiku i dostałam tylko trochę zupy. Dobre i to, ale zanim zdążyłam ją zjeść,
przyszła kolejna pielęgniarka.

- Tu ma pani pojemnik na mocz, jutro rano proszę zostawić przy zabiegowym. Tu
jest koszula, tu płyn odkażający. Jutro rano się pani umyje normalnym mydłem,
potem brzuch tym płynem, przebierze się pani w koszulę i około ósmej panią wezmą.

- To już jutro operacja??

- Tak, a co, lekarz nie powiedział?

- Nie widziałam się z lekarzem.

- A, no to trochę uprzedziłam…

Dziewczyny z sąsiednich łóżek spojrzały na mnie z zazdrością. Przebywały na oddziale już
dwa tygodnie i na razie nie było wiadomo, kiedy wyjdą, jeśli w ogóle przed
porodem. Rekordzistki leżą na patologii cały okres ciąży. Schorzenia i zagrożenia
są przeróżne, przez ten jeden dzień mogłam zobaczyć, co szczęśliwie ominęło
mnie i moje dziecko – hipotrofia (płód nie rośnie), wielowodzie (trzeba
odciągać wody, a ich i tak przybywa), jeden martwy bliźniak (monitorowanie, czy
nie wpływa on destrukcyjnie na żywego braciszka…), wada serca dziecka, którą
trzeba po porodzie natychmiast operować, zbyt wąskie jelito u dziecka
utrudniające mu trawienie, również kwalifikowane do operacji w pierwszej dobie
życia… I tak dalej. Aż głupio się czułam, że ja mam „tylko” cesarkę…

Dzień wypełniły mi badania KTG, USG, EKG oraz rozmowa z anestezjologiem, który narysował
mi kręgosłup i wskazał miejsce wkłucia. Po podaniu mu – a jakże – peselu,
powodu cięcia i jeszcze kilku rzeczy, o które już byłam pytana z dziesięć razy,
musiałam podpisać cyrograf.

Nigdy bym nie pomyślała, że w takim dniu i w takim otoczeniu będę się tyle śmiała…
A to za sprawą jednej z moich współlokatorek, która, krótko mówiąc, nie
patyczkowała się ani z personelem, ani z samą sobą.

- Byłam na dole na fajce, ludzi od zaje..nia – powiada na przykład, wracajac z
jakiegoś ukrytego miejsca w szpitalu, gdzie można palić (tj. nie można, ale nie
widać, że ktoś pali).

- Mogliby mi już ściągnąć to chu..stwo – to o KTG.

Po podłączeniu jej kroplówki:

- No, patrzcie, k…, podłączyli mi takie chu..stwo, teraz ani zapalić, ani ch…

Do matki przez telefon:

- No, palę, a co. No i co. A tam, wpływa, gadanie z książek.

Do ordynatora, profesora nadzwyczajnego, który podczas obchodu wspomniał, żeby
telefonów nie trzymać na wierzchu, bo komuś ostatnio zginął:

- E, tam. Złodziej złodzieja nie okradnie…

Reakcja na obiad:

- Ja pier…, a co to za obiad, przyjdzie Zenon, to weźmie jako żarcie dla psa.

Zenon to też barwna postać. Podczas odwiedzin dwa razy wyskakiwał na piwko pod
szpital. Do położnej zagadał:

- A ile tak, dajmy na to, pani tu ma na rękę?

Widząc jej zmieszaną minę dorzucił: Ze dwa kółka będzie?

Kiedy Zenon sobie poszedł, zaczęły się telefony, wydzwaniał co chwila.

- Co, towarzystwo sobie już sprowadziłeś?! Miałeś, k…, nie pić. Taaa, trzeźwy.
To już nie przychodź, słyszysz? Zenon! Nie przychodź już, k…

Zenon jednak pojawił się o 23 i tak się kłócił ze swoją kobietą, że w końcu jakaś
przestraszona pielęgniarka poprosiła nieśmiało o nieco cichsze dyskusje.
Wytatuowany Zenon budził respekt, zwłaszcza po paru piwkach.

Tak więc nie tylko z patologią ciąży miałam do czynienia tego dnia. Chichrałam się
z tych wszystkich odzywek, bo – paradoksalnie – był to jakiś (wypaczony, bo
wypaczony, ale zawsze) powiew normalności. Lepsze to, niz wysłuchiwać kolejnych tragicznych historii – ile razy kto poronił, jakie szanse przeżycia dziecka etc.

Druga współlokatorka, która zwierzyła mi się szeptem, że się tamtej trochę boi, po
jakimś czasie zaczęła śmiać się razem ze mną. I w takim nastroju poszłam spać.


 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii rodzić po ludzku...

 

Mały wielki cud

19 sie

Tak wiele do opisania, a tak mało czasu… Wydarzenia minionego tygodnia przebijają wszystko, co do tej pory spotkało mnie w życiu. I dotyczy to zarówno pozytywnych spraw, jak i tych mniej przyjemnych. Od paru dni jestem w domu z moim synkiem, dzięki Bogu nie trzymali mnie długo w szpitalu. A to, co się tam działo chwilami przechodziło ludzkie pojęcie. 
W najbliższych dniach na pewno szeroko przedstawię obraz szpitala na Borowskiej, być może trochę mi ulży…
Największą pociechą w trudnych momentach był (i jest) fakt, że mój synek jest zdrowy, no i przystojniak z niego nie lada!
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Izba przyjęć jak nizej, podejście nr 2 i 3

07 sie

Godzina 9

Rozmowa z lekarzem:

- Dzień dobry, miałam się dziś zgłosić, dziś mam termin.

- Dzień dobry… Yyyy, no tak, ale, widzi pani – nie mamy miejsc.
- Aha. To co mam robić?
- Dziś ma pani termin?
- Tak.
- No to trzeba by panią przyjąć…
- Też mi się tak wydaje.
- Ale trzeba poczekać, dziś po piętnastej są wypisy, proszę przyjść o szesnastej, będzie pani doktor M., bardzo miła pani, będzie robić przyjęcia na swój oddział, proszę przyjść.
- Aha…
- Ruchy pani czuje?
- Tak.
- No to proszę dziś przyjść po południu. Do widzenia.

Godzina 16

Rozmowa z położną:
- Dzień dobry, tu jest moje skierowanie, doktor z rana kazał mi przyjść o 16, bo mają być przyjęcia.
- Tak? Ja nic nie wiem.
- Hmm, no rano mi powiedział, że o 15 są wypisy i będą miejsca…
- Tak powiedział? No, niezły ten nasz doktor… Proszę poczekać, zapytam, sprawdzę.

Godzina 16:40

Przychodzi lekarz. Rozmowa w progu izby.
- Dzień dobry, ja się miałam zgłosić…
- Dziś?!
- No, doktor z rana powiedział, żeby przyjść, dziś mam termin…
- I co z tego, skurcze są? Termin, termin, ja nie mam miejsc…
- Miała byc pani doktor M., która miała robić przyjęcia na oddział?
- Kto? Pani M. nie ma dyżurów po południu. 
- Ale…
- No, dobrze, niech pani wejdzie, ale ja zaraz muszę wracać na oddział, tam czeka na mnie 100 pacjentek, ja nie mam czasu.
- To może ja też wejdę – wtrącił się mój mąż.
W gabinecie:
- No, ale czego pani oczekuje, co z tego, że termin, proszę pani, do tygodnia po terminie to jest norma, że się czeka.
- Ale ja mam skierowanie na cięcie cesarskie.
- No i co? A jakie wskazania? Okulistyczne? A jakieś zaświadczenie?
- Proszę.
- No, ale tu jest napisane, że "sugeruję cięcie".
- A jak miała pani profesor napisać?
- Że "są wskazania".
- ??? (oboje z mężem świdrujemy lekarza wzrokiem).
- No, ale nikt tu nie będzie oczywiście ryzykował, myślę, że nie będzie problemu… No, ale tak na zimno, to my nie tniemy, trzeba czekać na akcję.
- Panie doktorze, nie przychodziłabym, gdyby doktor z rana nie powiedział, że mam przyjść, że będą wypisy…
- Wypisy, wypisy… Ale myśmy mieli dziś siedem porodów. Gdzie mam panią dać? Na ginekologię? Tam leżą pacjentki nie wiadomo z czym, po co to pani?
- Widzieliśmy dziś dużo pacjentek wychodzących z dziećmi (faktycznie, szły pielgrzymki korytarzem wg schematu – blada matka, za nią ojciec z dzieckiem w foteliku samochodowym w jednej ręce i torbą w drugiej), więc nic się nie zwolniło? – mąż naciska.
- Co się zwolniło, to się zapełniło, ta pani, co tam czeka, jest ostatnią dziś przyjmowaną pacjentką.
- To co mam robic? Czekać ile dni po terminie?
- Czekać na akcję, skurcze…
- Dobrze, a jak nie będzie akcji?
- To do siedmiu dni. Ja mogę panią przebadać ewentualnie, KTG zrobić, USG…
- Dobrze, bardzo proszę.
Doktor w trakcie rozmowy trochę mięknie.
- No, moze kolega źle rano powiedział… No, może myślał, że będą miejsca… A przed cięciem to trzeba by panią przebadać…
- Panie doktorze, proszę tylko sprawdzić, że jest w porządku i ok, będę czekać w domu na akcję.
Po półgodzinie mam zrobione KTG, USG i nawet badanie ginekologiczne, bo nagle doktor się zaangażował i stwierdził, że może mimo braku skurczów mam rozszerzoną szyjkę i wtedy musiałby mnie przyjąć. Wszystkie badania wychodzą dobrze i wskazują, że jednak na razie mały nie szykuje się do wychodzenia. Podczas KTG znowu leżę za parawanem, a przyjmowana jest inna pacjentka.
- Który tydzień?
- Ósmy.
- Która ciąża?
- Druga. 
- Pierwsza zakończyła się tak samo?
- Tak.
- No, do trzech razy sztuka… Pani Jolu, pani przyjmie panią na ginekologię, kartę wypisać proszę.
- Dobrze, mnie już dziś wszystko jedno, jak mi doktor kaze faceta przyjąć, to też przyjmę – pani Jola wzdycha. Fakt, że była i rano, i teraz – o 17.
Mnie też doktor każe założyć kartę. Wpina tam badania, które mi zrobił. I nagle zmienia front.
- W poniedziałek otwierają Chałubińskiego, tłok się rozładuje trochę, we wtorek już na pewno będzie lepiej z miejscami, to proszę przyjść.
Głupieję:
- To kiedy w końcu mam przyjść? W poniedziałek, wtorek czy po siedmiu dniach?
- W poniedziałek.
- Ale znowu będzie inny lekarz i mnie pogoni…
- Proszę przyjść o 7:30, żeby była pani pierwsza. Wpiszę panią w zeszyt. Mogę też wpisać na skierowaniu.
(Wow, co za postęp – myślę).
- Może być też tak, że złapie panią dziś w nocy i wtedy ja panią przyjmę.
- No, może być… A jak nie, to mam przyjść w poniedziałek rano, tak?
- Tak, 7:30.
- Do widzenia.
- Do widzenia.
 
 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Izba przyjęć ginekologii i położnictwa

04 sie

Mój lekarz prowadzący powiedział, żeby nie czekać na wyliczony termin porodu (ten konkretny dzień), tylko po prostu zgłosić się ze skierowaniem do szpitala w czterdziestym tygodniu. No i tak zrobiliśmy. Byliśmy w szpitalu około 9, ale na drzwiach izby przyjęć ginekologii i położnictwa była kartka, że ze skierowaniami przyjmują od 11. Odczekałam chwilę, aż ktoś będzie stamtąd wychodził, włożyłam głowę i mówię, że mam skierowanie i czy mam czekać?

- A gdzie to skierowanie? 
- No, już moment, mam w torebce…
- No to czego pani nie dała?!
Hmmm…
Po jakimś czasie wzywa mnie lekarz do środka. 
- Nie mamy miejsc. Może pani spróbować na Brochowie, tam dziś są jeszcze miejsca. Poza tym… a, okulistyczne, teraz dopiero doczytałem… z pani wskazaniem do cięcia to się czeka na akcję.
- To co mam robić?
- Może pani pojechac na Brochów [rozumiem, że tam nie czekają na akcję??] albo czekać w domu, aż się pojawią skurcze, krwawienia, wody, to wtedy przyjechać [i wtedy będą miejsca???].
- A ile mam tak czekać?
- No, do terminu. Bo przeterminowane to też niedobrze. To do widzenia.
- A może ktoś mnie chociaż zbada? Sprawdzi czy jest w porządku?
- Zbada? No dobrze, możemy sprawdzić tętno, proszę poczekać na korytarzu.
Czekam, wzywają. Kładę się na leżance, podłączają KTG. Leżę za parawanem. W pokoju dwie pielęgniary dyskutują o kolonoskopii.
- Ja to miałam cztery, za pierwszym razem znaleźli torbiel, a za drugim nic…
- Za drugim nic?
- No, nic. Więc zlecili trzeci raz, wykryli wtedy polipy.
- Polipy?
- No, trzydzieści polipów. A potem jeszcze za czwartym razem było już pięćdziesiąt.
- O!
Dzwoni telefon. 
- Jezu, ten dzwonek jest straszny, trzeba go zmienić [sygnał faktycznie świdruje w uszach].
Pielęgniara odbiera, gada, odkłada słuchawkę.
- Ty, ale numer, dzwonili z Brochowa, żeby im nie podsyłać pacjentek, bo oni miejsc już nie mają!
- O, proszę.
- No. A my co mamy robić? Co sobie myślą, że jak Dyrekcyjna była z gumy, to tu też tak będzie? Na Dyrekcyjnej mi rano ordynator mówił, że nawet szpilki się nie wciśnie i nikogo nie przyjmować! A potem nagle przyjmowali trzydzieści pacjentek.
Wchodzi ktoś z korytarza. Jakaś dziewczyna na ginekologię.
- Dobrze, proszę sobie siąść na korytarzu, przyjdzie sanitariusz, to panią zaprowadzi.
Dzwoni telefon.
- Z informacji pani dzwoni? Moment – pielegniara oddaje słuchawkę drugiej pielęgniarze – Dzwoni babka z naszej informacji [oddalonej od izby przyjęć jakieś 100m], da do słuchawki pacjentkę.
- No, słucham. Tak, izba. Krwawi pani od rana? No, a skierowanie do szpitala jest? Nie, no jak nie ma, to nie przyjmujemy. No jak gdzie, do poradni niech pani idzie. Nie, bez skierowania tu nie przyjmiemy, my tylko ze skierowaniem. No.
Odkłada słuchawkę.
- Mówi, że krwawi. A była ostatnio taka, co mówiła, że od 50 dni krwawi. Przyszedł lekarz, to już było 40 dni. A pewnie było i mniej, tylko się przebadać za darmo u nas chciała…
- A co ty, wysłałaś tamtą do poradni?
- No, do naszej tutaj, przecież to obok.
- A wiesz, jakie tam terminy są?
- No, to niech idzie gdzie indziej. Skierowania nie miała.
Wchodzi pacjentka.
- Ja w 39. tygodniu.
- No, ale nie ma miejsc. Na Brochowie…
- Właśnie wracam z Brochowa, odesłali mnie tu…
Gadają, wychodzi.
Wchodzi sanitariusz.
- No, Heniu, gdzie ty się podziewasz, tam pani na korytarzu czeka, żeby ją zaprowadzić na ginkę.
- To niech czeka, jeszcze sie zdąży należeć. Niech się cieszy, że ją przyjęli. A wam ten sygnał miałem naprawić.
- A, no!
Wchodzi lekarz, podchodzi do mnie za parawan, przez sekundę patrzy na wydruk.
- No, panią tu już odpiąć można!
Wychodzi. Pielęgniara rzuca mi na brzuch kawałek papieru, wyrywa wydruk z maszyny, podaje mi ze skierowaniem bez słowa, wraca do biurka. Ledwo wstaję z wysokiej leżanki, wycieram się. Mokry papier trzymam w dłoni. 
- Jest tu jakiś kosz? – rozglądam się. Pielęgniary gadaja. – Przepraszam, czy tu jakis kosz jest? – macham papierem.
- No, jest, tu – wskazują mi, muszę im wejść za biurko. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Wychodzę na korytarz.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 
 

  • RSS