RSS
 

Archiwum - Lipiec, 2011

TORBA

31 lip

Każda babeczka oczekująca na dziecko na pewno w którymś
momencie usłyszy: a spakowałaś już TORBĘ? I lepiej niech odpowie twierdząco!

Im bliżej terminu, tym częściej będzie się pojawiała w
rozmowach owa TORBA – spakowana to potwierdzenie twojego przygotowania do
porodu i pobytu w szpitalu oraz wyrażenie twojej dojrzałości i poważnego
podejścia do czekajacego cię zadania…

Ja się spakowałam jakieś półtora miesiąca przed terminem, a
raczej próbowałam wcisnąć wszystkie rzeczy z listy do torby, która wydała mi
się najodpowiedniejsza. Okazało się jednak, że wybrałam za mały egzemplarz.
Wzięłam większy – i pod koniec musiałam poszerzać go najpierw z jednej, potem z
drugiej strony przez rozpinanie takich specjanych zamków. Nie znaczy to, że
spakowałam pięć par butów, wałki do włosów i zestaw do pedikiuru, nic z tych
rzeczy. Ja tylko leciałam wg listy znalezionej w internecie: 3 koszule nocne,
szlafrok, kapcie, klapki pod prysznic, ręczniki, podkłady poporodowe, mega
podpaski itd… No i jeszcze dla dziecka – napisali, że trzeba mieć ze sobą
paczkę pieluszek, 4 komplety ubranek, kocyk, ręcznik, chusteczki nawilżane… I
tak paczka tego, paczka tego – torba wypchana po brzegi, w dodatku niemożliwe
do zapięcia.

Potem doczytałam jeszcze, że w szpitalu trzeba mieć swój
kubek i sztućce oraz papier toaletowy, a także, że najhigieniczniej wycierać
strategiczne miejsca (czytaj: krocze) nie ręcznikiem zwykłym, a papierowym i
wpadłam w popłoch – czy mam się spakować w torbę z Ikei, żeby to wszystko
pomieścić???

W międzyczasie spotkałam się ze swoją koleżanką, majacą
rewelacje szpitalno-porodowe już za sobą i usłyszałam od niej, jak to
przenosili ją z miejsca na miejsce (a to trzeba było zwolnić łóżko, a to
przenieść się do innej sali) i musiała targać tę swoją TORBĘ, bo pielęgniarka
orzekła, że niczyim tragarzem nie jest… Czyż nie miała racji? Ależ miała! Czy
szpital nam zapewnia papier toaletowy, podpaski i pieluszki? Ależ nie!

Zabrałam się do kolejnego przepakowywania. Uzgodniłam z
mężydłem, że rzeczy dla dziecka doniesie mi, jak już to dziecko będzie. I
mogłam torbę skrócić z jednej strony. Po rozmowie z położną z Borowskiej
wyjęłam obydwie paczki mega podpasek, bo szpital daje ligninę… I mogłam
skrócić torbę z drugiej strony. Po rozmowie z siostrą dowiedziałam się, że owszem,
ona ligninę dostała, ale z przykazaniem, że ma oszczędzać, bo to przydział na
cały pobyt. Jedna paczka podpasek wróciła więc do torby, która znowu urosła z
jednej strony…

Przepakowywałam ją jeszcze kilka razy, a to coś wyjmowałam,
a to wkładałam z powrotem, potem znowu spanikowana sprawdzałam, czy aby na
pewno wszystkie ważne rzeczy są, bo może w przypływie lekkomyślności wyjęłam
coś ważnego… A to człowiek chce czuć się bezpiecznie i niezależny od czyjegoś
widzimisię, a to znowu myśli, że przecież na bezludną wyspę nie jedzie…
Zwariować można. Dodatkowo, jak się ma świadomość, że być może będą nas
odsyłali z braku miejsc od szpitala do szpitala, a każda placówka ma inne
preferencje co do zawartości torby pacjentki, to poziom stresu wzrasta błyskawicznie,
a TORBA staje się problemem budzącym największe dylematy od czasu podejmowania
decyzji, kogo zaprosić na wesele… 

 Po tych wszystkich gimnastykach z TORBĄ, kiedy w końcu dałam
już jej spokój, uspakajając siebie, że jakby co, to mężydło dowiezie, czystą
rozrywką było zapoznawanie się z listą pt. "Co zabrać do szpitala"
zawartą w jednym z poradników ciążowych (amerykańskiego pochodzenia). Oto jej
wybrane punkty umieszczone na czołowych pozycjach(sic!); (w nawiasach komenarze
moje):

 

  • plan porodu w kilku kopiach, by personel znał twoje oczekiwania (już widzę minę rzeczonego personelu…)
  • radio lub magnetofon z ulubionymi nagraniami z relaksującą muzyką do słuchania podczas karmienia (jak wyżej)
  • aparat fotograficzny i kamerę wideo (kamera zwłaszcza się przyda… zmęczona położnica z tłustymi włosami plus wrzeszczący dzieciak – oto godny obrazek do utrwalenia)
  • kanapki dla tatusia, aby nie musiał cię opuszczać, gdy zgłodnieje (nie ma litości dla tatusiów!)
  • butelka szampana dla uczczenia wydarzenia – możesz poprosić położną o przechowanie jej w lodówce (hehehehe)
  • podpaski ulubionej firmy (firma faktycznie ma tu znaczenie…)
I tak dalej w tym tonie… Jeszcze coś wspominają, że pieluszki dla dziecka zapewnia szpital i tego typu androny. Nie czepiałabym się, jeśli w książce nie byłoby informacji, że została ona dostosowana do warunków polskich…

W najbliższych dniach wybieramy się do szpitala, bo to już czterdziesty tydzień. Patrzę teraz na tę moją torbę i jak pomyślę, że będę poza domem około tygodnia, to mam ochotę co chwila coś do niej dopakować…

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Trochę kultury!

26 lip

Nie ma siły – niemowlak to ograniczenia w wielu dziedzinach życia (jeśli nie we wszystkich…), więc przed godziną zero korzystam, z czego tylko mogę. I w tyle głowy mam zawsze myśl – to pewnie ostatni raz przed długą przerwą…

W czerwcu byłam na Wyspie Słodowej na koncercie mojego kochanego Archive. Przed nimi grał Yann Tiersen, mój Boże, dawno się tak nie wynudziłam, przysięgam, że żałowałam, że nie mam czegoś do czytania! Warunki do lektury były, bo miałam miejsce siedzące oczywiście. W siódmym miesiącu nie zdecydowałabym się na stanie w tłumie, aż tak bardzo szalona nie jestem. 
Wracając do Tiersena – podczas jego występu byłam dwa razy siusiu, za każdym razem mając nadzieję, że jak wrócę, już go nie będzie. Niestety, facet po prostu jakby przylepił się do sceny. W sumie grał dłużej niż gwiazda – Archive. Tzn. Tiersen też występował jako gwiazda, ale ja tego nie przyjmuję do wiadomości. I jak ktoś tworzy muzykę filmową, to niech ją daje do filmów, a nie męczy ludzi wykonywaniem jej na scenie!!!
Muzycy Archive jak zwykle dali wspaniały koncert, w odbiorze nie przeszkodził ani deszcz, ani zadziwiająco niska temperatura czerwcowego wieczoru (miałam na sobie tyle ubrań, że przestało być widać moją ciążę…). Wrażenia z imprezy będą musiały mi zostać w pamięci na długo – kiedy znów będzie okazja pójść posłuchać kawałka dobrej muzyki na żywo? Nobody knows…
Ostatnie kino przed porodem – też już zaliczone. Mężydło rzutem na taśmę zabrało mnie na ostatnią część "Harry’ego Pottera". Swoją drogą, irytujący staje się przymus oglądania filmów w wersji 3D. Trzeba siedzieć w tych idiotycznych okularach, opalcowanych, tłustych i niewygodnych i jeszcze dodatkowo za to płacić. Film spokojnie można było obejrzeć w normalnym wymiarze, te kilka gałęzi "wychodzących z ekranu" czy liści opadających niby tuż obok nie było warte mojego zastanawiania się, ileż to osób miało przede mną te okulary na twarzy oraz dlaczego, do cholery, nikt tego sprzętu nie czyści, nie wspominając o dezynfekcji?? Już sobie przyrzekłam, że następnym razem biorę z domu szmatkę i specjalny preparat do okularów. Podkoszulkiem się tego wyczyścić nie dało (próbowałam przez połowę reklam).
Kiedy następny raz w kinie? Odległa przyszłość… Jezu, a może do tego czasu już trzeba będzie siedzieć w jakichś goglach albo hełmach??
Literacko też staram się nasycić – jestem w 1/5 pierwszego tomu dzienników Iwaszkiewicza. Nie łudzę się, że skończę go w tym roku…

Z ciekawostek – miejsca siedzące na Archive zapełniały się stopniowo, przez długi czas dwa obok mnie były puste. Po czym nagle widzę, że zbliża się do nich para składająca sie z faceta i… baby w ciąży! I tak sobie siedziałyśmy dwie obok siebie z brzuchami podobnych rozmiarów. Że też w lotka tak nie trafiam!
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Hard core w szkole rodzenia :)

22 lip

Jeśli trafiliście kiedyś w jakimkolwiek filmie komediowym na wątek szkoły rodzenia, to na pewno był on związany z oglądaniem mega szczegółowego filmu z porodu :) Otóż, takie rzeczy dzieją się naprawdę :) To znaczy, po pierwsze - prawdziwe są odpychające estetycznie porody, po drugie – pokazywanie ich przyszłym rodzicom na zajęciach.

Ostatnio uczestniczyłam w takim seansie. Wiedziałam, że idę na spotkanie o porodzie, ale myślałam, że jak zwykle będzie to gadanie położnej. Co ciekawe, miałam sobie w ogóle odpuścić ten temat, ponieważ mnie nie dotyczy, ale jako że mężydło wspaniałomyślnie stwierdziło – idź, co będziesz siedzieć w domu – to sobie zafundowałam taką rozrywkę :)
Wchodzę do sali, a tu przyciemnione światła i wielkie cyce na ścianie – była to pierwsza klatka filmu, puszczona z projektora. No i po chwili się zaczęło… Film był z wczesnych lat osiemdziesiątych i pierwsze, co rzucało się w oczy to fakt, że nikt sobie nie zawracał wtedy głowy depilacją czy goleniem dolnych partii ciała. Zresztą górne również były niczego sobie – panów charakteryzował bujny wąs, a panie – brwi a’la Breżniew. No, ale nie na pornosa żeśmy tam przyszli, więc – oglądamy dalej. 
Pań rodzących było pokazanych kilka, w różnych stadiach porodu i w różnych pozycjach. Pokazano pojawiającą się między nogami główkę (a wczesniej rozwarcie na 10 cm, umożliwiwające poród), cieknące wody płodowe, urodzone łożysko, wyglądające jak niedosmażony bulwiasty stek… Dziewczyny na sali radziły sobie nieźle, ale ich partnerzy protestowali, kiedy położna w niektórych momentach zatrzymywała wyświetlanie celem dodania komentarza…
A teraz mój komentarz, jaki przede wszystkim mi się nasunął podczas projekcji. Film był produkcji niemieckiej i, jak już wspomniałam, nakręcony był jakieś trzydzieści lat temu. Mniej więcej wtedy ja przychodziłam na świat i wiem z opowiadań mamy, jak to wówczas wyglądało w Polsce. Pokazane kobiety rodzą nie w szpitalu, a w tzw. domu porodowym. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, a gdy poszperałam w necie, znalazłam tylko jedno takie miejsce w naszym kraju. 
Na filmie widać, że rodzące mają pełny wybór pozycji (siedzą, leżą, klęczą), w zależności od tego, w jakiej jest im łatwiej wytrzymać w miarę bez bólu. Są drabinki i liny, na których można się wesprzeć (ponoć przynosi to dużą ulgę), duże piłki łagodzące skurcze, szerokie materace, na których można odpocząć między skurczami etc.
Oczywiście we wszystkim asystuje mąż (czy partner, obojętnie) oraz położna. 

Poród może trwać kilkanaście godzin.

Kiedy ja się rodziłam, mój tato mógł jedynie sterczeć pod oknem szpitala i machać ręką do mamy, wyglądajacej przez okno. Żeby przyspieszyć przeciagajacy się poród, zalecano bieganie po schodach. Samo rodzenie – tylko na leżąco, chociaż to najtrudniesza pozycja (ale najwygodniejsza dla… położnej). Po porodzie dziecko zabierano na wspólną salę noworodkową. Butelka i mleko w proszku na porządku dziennym. Kładzenie dziecka matce na ciele? Karmienie piersią? Fanaberie!

W tej chwili sporo się zmieniło. Są porody rodzinne, jest rooming, jest ciśnienie, żeby niemowlę karmić naturalnie (mniejsza o powody, czemu tak naprawdę doszło do tych zmian). Jeszcze tylko to nieszczęsne leżenie na łóżku porodowym. Bo upewniłam się u położnej po projekcji, jak to jest z pozycjami rodzenia u nas. Otóż, leży się i tyle.

Ale myślę, że za jakieś trzydzieści lat…
 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Tydzień 38

20 lip

Dwa tygodnie temu lekarz powiedział mi, że rodzić mogę w każdej chwili. Nie znaczyło to, że mały jest już fizycznie w połowie drogi między macicą a światem zewnętrzym i że zaraz ujrzę jego główkę pomiędzy nogami (za przeproszeniem), ale że po 36-37 tygodniu dziecko jest już w pełni ukształtowane i należy się spodziewać, że prędzej czy później będzie chciało się zaprezentować w pełnej okazałości. Jak na razie chwilami mam wrażenie, że mały owszem, chce wyjść, ale nie dołem… Tak się potrafi wiercić w brzuchu, takie jakieś gimnastyki tam odstawiać, wymachy rąk i nóg, wypinanie pupy takie, że mi na brzuchu pojawia się coś w stylu kopuły, ewentualnie pojedyncze twarde wzgórki. Zgadujemy wtedy z mężydłem, czy to łokcie czy kolana… Wrażenia niezapomniane. Gdy sobie przypomnę, jak parę miesięcy temu czatowało się na jakieś takie niewiadomo co w brzuchu i to miały być ruchy dziecka, to śmiać mi się chce… Teraz to są ruchy!

Lekarz kazał mi zwracać uwagę na to, czy pojawia się krwawienie, skurcze (częste, regularne i silne) lub wody płodowe – wtedy mam od razu pędzić do szpitala. A jak nic się z tych rzeczy nie pojawi, mam po prostu przyjść na kolejną wizytę… Na wszelki wypadek pod prześcieradło dałam drugie prześcieradło, nieprzemakalne. Szeleści to strasznie i trochę mnie denerwuje, ale daje gwarancję, że nie zaleję wodami naszego nowego materaca… Na co to mi przyszło…
Jestem zarejestrowana do doktora na 28.07 i jak dotrwam w jednym kawałku, dostanę skierowanie do szpitala z zaleceniem cesarki na 05.08. Co nie znaczy jeszcze, że tego dnia mnie rozetną (uj…), bo mogą jeszcze poczekać, jeśli dziecko będzie się dobrze miało. Jeśli wody są w porządku, warto trzymać dzieciaka w brzuchu jak najdłużej (oczywiście w granicach rozsądku), ciąża bowiem powinna trwać 40 tygodni, a że moment zapłodnienia jest niepewny, ostateczna decyzja o cesarce podejmowana jest na podstawie badania kondycji dziecka.
Lekarze mogą też chcieć czekać na początek akcji porodowej (byłoby to wskazane, ale nie jest to regułą w naszych szpitalach i – jak mi powiedziała położna w szpitalu na Borowskiej – wszystko zależy tu od lekarza). Tak oto rysuje się moja najbliższa przyszłość…
Celujemy w Borowską, bo oddział jest nowy i mamy do niego najbliżej. Byliśmy tam jakiś czas temu oprowadzani przez przemiłą położną. Pokazała nam pokoje do badań, salę operacyjną oraz piętro z noworodkami. Patrzyłam na to wszystko, patrzyłam… i ciągle trudno mi uwierzyć, że to dotyczy mnie… mojego życia…
Zebraliśmy najważniejsze informacje od położnej. Jeśli mnie przyjmą na oddział (co nie jest oczywiste, bo jak nie ma miejsc, to po prostu odsyłają, chyba że w izbie przyjęć jest ludzki lekarz [znowu - wszystko zależy na kogo się trafi]) kładą mnie na tzw. patologię ciąży, gdzie mnie badają, sprawdzaja stan dziecka i określają, kiedy byłoby najlepiej je wyjąć (i kiedy kto ma czas na operację…). 
Po wyciągnięciu małego na świat nie mam z nim niestety żadnego kontaktu (tyle się mówi o tym kładzeniu dziecka na matkę, nawet po cesarce, nie jest to  jednak praktykowane na Borowskiej… cóż, tyle dobrze, że o tym wiem i nie będę tego oczekiwać…). 
Podczas operacji mąż czeka na korytarzu (znowu – w niektórych szpitalach moze czuwać przy żonie; na Borowskiej nie). Po podstawowych zabiegach przy dziecku wywożą je z sali w inkubatorku piętro wyżej na oddział noworodkowy (wtedy tatuś na korytarzu może mu pomachać). Ja trafiam tam dopiero, jak mnie pozszywają. Jeśli będę w dobrej kondycji i oczywiście jesli z małym będzie OK, mam się upomnieć, żeby mi go przywieźli i w ogóle wszem i wobec muszę ogłaszać, że chcę go karmić – wtedy pielęgniarka ma obowiązek mi dziecko dowieźć i pomóc przystawić do piersi. 
Tak nam to wszystko przedstawiła położna.
Na Borowskiej jest tzw. rooming (co byśmy bez tego angielskiego zrobili…), a więc matki są w pokoju z dzieckiem, jeśli oczywiście nie ma żadnych powikłań tfu, tfu. Widziałam też pokój do porodu rodzinnego, no, muszę przyznać, nieźle to wygląda, czysto, nowocześnie, komfortowo… I telewizję można poogladać, hihi.

Teraz to mi tylko pozostaje mieć nadzieję, że trafię na dobrego lekarza i dobre położne. Jak zwykle najsłabszym ogniwem jest czynnik ludzki…
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przygotowania

18 lip

Rzeczy ważnych i bardzo ważnych do przygotowania ma przyszła matka bardzo wiele. Cokolwiek się kupi lub dostanie, w większości trzeba wyprać (w specjalnym proszku!) lub wymyć; ubranka, kocyki, rożki, pościel, ochraniacze na łóżeczko etc. dodatkowo trzeba przeprasować. Bardzo lubię lato, ale muszę przyznać, że prasowanie na maksymalnej temperaturze w trzydziestostopniowym upale to spore wyzwanie… Odkryłam nawet prasowanie na siedząco, całe szczęście już jakiś rok temu zakupiłam porządną deskę, którą można obniżyć do dowolnego poziomu (mogę prasować nawet leżąc, hihi…). 

Ubrania ważna rzecz, ale jeść też trzeba. Jako przyszła matka karmiąca przygotowałam sobie porcje obiadowe spełniające standardy żywienia wyznaczone dla karmicielek właśnie. Duszona pierś z indyka z marchewką, duszona pierś z kurczaka z marchewką, pulpety… takie tam smakołyki prawie bez soli, mniam… Pomroziłam sobie to wszystko modląc się równocześnie, że będę mieć tolerancyjne dziecko, które pozwoli mi jednak na bardziej zróżnicowane pokarmy. Upiekłam sobie nawet szynkę, żeby była do kanapek zamiast wędliny ze sklepu, ale zdaję sobie doskonale sprawę, że na dłuższą metę tak się nie da. A raczej – da się, ale będzie bardzo trudno. Proszę Cię, synku, pozwól mamie na schabowego, na serek żółty, na kiełbaskę, na czekoladkę i na coś więcej z owoców niż banan…
Podobno w Polsce mamy bardzo restrykcyjne podejście do diety matki karmiącej i do opieki nad niemowlakiem w ogóle. Trafiłam na wypowiedzi Polek mieszkających w Wielkiej Brytanii, gdzie na pytania o ograniczenia w żywieniu podczas karmienia tamtejsze położne wytrzeszczały oczy. Rozmawiałam też z koleżanką, która pół roku temu urodziła w Niemczech. Położna kazała jej jeść wszystko, łącznie z wyklętymi u nas cytrusami. Bobas chowa się zdrowo wyłącznie na cycu i nie zgłasza żadnych zastrzeżeń do diety mamy.
Zastanawiam się, kto ma rację. Absolutny zakaz obejmujący pomarańcze czy truskawki czy w ogóle owoce pestkowe (to określenie wkurza mnie za każdym razem, gdy na nie trafiam, bo wg mnie każdy owoc ma pestkę…) mnie wydaje się zbyt restrykcyjny. Z drugiej strony widzieć swoje dziecko w jakichś alergicznych czerwonych plamach, wydzierajace się wniebogłosy z pewnością budzi w matce ogromne poczucie winy i lęk o zdrowie bobasa…
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Lęki laktacyjne i nie tylko

04 lip

Zakończyliśmy już zajęcia w prywatnej szkole rodzenia, ja chodzę jeszcze na darmowe, do przychodni. Generalnie obie położne prowadzące mówiły jednym głosem, jakiegoś wielkiego mętliku nam w głowie na szczęście nie zrobiły skrajnie różnymi teoriami. Na plus szkole prywatnej podam warunki zajęć: cztery pary, czyli lepszy kontakt z prowadzącą; do tego kawka, woda mineralna, broszurki, instruktażowe płyty CD, próbki kosmetyków. W szkole bezpłatnej jest dość tłoczno – kilkanaście par i brak wygód. Ale za to położna poświęca nam więcej czasu, niekiedy aż za dużo (przeciąga zajęcia przez mówienie oczywistości). Dla prywatnej czas to pieniądz, zapłaciliśmy za 1,5 ha zajęć i do widzenia, przychodzą kolejni zainteresowani, nie ma czasu na dywagacje.


Oprócz wiadomości wyniesionych z zajęć, douczam się z książek i pism typu "Twoje Dziecko" i, niestety, przyniosło to efekt odwrotny do zamierzonego. Moja głowa wypełniła się po brzegi wątpliwościami i zaczęłam panikować; to było to samo uczucie, jakie miałam przed sesją na studiach – nagle wydaje mi się, ze jedyne, co wiem, to to, że nic nie wiem i nie jestem sobie w stanie przypomnieć nawet tego, kto to powiedział… ;) 
Stres przedegzaminacyjny do tej pory pojawia się w moich najgorszych snach – mam mieć egzamin za parę dni, a nie wiem z czego, nie mam żadnych notatek, a wiem, że przez ostatnie miesiące się nie uczyłam i po prostu nie podołam… Przez to okropne panikowanie zakończyłam studia na tytule magistra, uciekając z murów uczelni jak najdalej. 
Niestety, teraz czuję się też jak przed egzaminem, ba – jak przed wielką sesją, w której stawką jest zdrowie i życie bezbronnego człowieka. Chwilami tracę wszelki dystatns, a moja głowa  pęka od nadmiaru pytań i wątpliwości: czy będę umiała karmić, czy w ogóle będę miała pokarm, a jak nie, to czy będę umiała te wszystkie mieszanki dobrze podać, nie mam przecież żadnych butelek; mogę zostać zignorowana w szpitalu – będzie natłok rodzących, zniecierpliwione położne, nikt sparaliżowanej znieczuleniem babie nie poda dziecka z braku czasu, pielęgiary dokarmią je butelką i potem ono nie chwyci dobrze piersi i skrzywdzę swoje dziecko, nie dając mu tego, czego najbardziej potrzebuje – mojego pokarmu. 

Nie wiem, czy kupować na zapas laktator i tę specjalną butelkę odwzorowującą pierś – Calmę. Czy nie będę musiała męża gonić o północy po aptekach, żeby ten sprzęt kupił, bo inaczej stracę laktację. Z drugiej strony położna ze szkoły rodzenia przestrzegała przed niepotrzebnym wydawaniem pieniędzy na laktatory, bo często można się bez nich obejść. Można też przesadzić z odciąganiem. I bądź tu mądry.

Oto moje lęki laktacyjne spowodowane czytaniem dziesiątek broszurek o niepowtarzalności i wyjątkowości mleka matki. Jedna z nich nazywa karmienie piersią "wyrazem najgłębszej matczynej miłości" – czy można bardziej zdołować przyszłą matkę, która NIE WIE, czy uda się jej karmić swoje dziecko piersią??! Przecież od takiego stwierdzenia najprostsza droga do konkluzji – nie karmisz piersią=nie kochasz swojego bobasa, krzywdzisz go sztucznym żarciem i narażasz na setki chorób z nagłą śmiercią łóżeczkową włącznie.

Z laktacją wiąże się kolejny problem – dieta matki karmiącej. Co jeść, żeby dziecku nie zaszkodzić. Kiedy czytam porady typu: jeść wszystko, oprócz – i tu leci długaśna lista produktów – to słabo mi się robi. Po przeczytaniu takiego artykułu nadal nie wiem, co do paszczy będę mogła włożyć i przeżuć. Słynny gotowany kurczak z marchewką jedzony dzień w dzień wykończy i matkę, i dziecko. Przepisy na przykładowe obiady dla karmiacych bywają tak wymyślne, że nawet teraz ręce mi opadają, a co dopiero będzie w połogu, z bolesną raną na brzuchu, z wrzeszczącym dzieckiem na ręku i mega podpaską między nogami na – za przeproszeniem – odchody popołogowe.

Aha, po porodzie jest zakaz stresowania się, bo można stracić pokarm – to dopiero dobre. Pokażcie mi zrelaksowaną matkę z trzydniowym noworodkiem na ręku. Ech…

Laktacja to oczywiście jedno z setek zagadnień, które krążą mi po głowie, budząc lęk i stres. Kolejne to:
- alergie (i zgaduj-zgadula na co),
- kalendarz szczepień (obowiązkowych i dodatkowych; przegapisz termin i dzieciaka już się nie da zaszczepić),
- odpowiednio ustawione bioderka (można dziecko zaniedbać i będzie skrzywione na całe życie),
- ubieranie dziecka stosownie do pogody w prawidłowo wyprane i wyprasowane ubranka (to osobny rozdział…),
- gorączka, wymioty, biegunka w środku nocy – lecieć do szpitala czy podać czopek?
- prawidłowa pielęgnacja pępka,
- odparzenia, pleśniawki, potówki, kolki…

Do tego wszystkiego dochodzi gadanie najbliższych: "Tobie to dobrze, nie musisz pracować". Doprowadza mnie to do szału. Kto tak mówi, nie rozumie, jak czuje się człowiek, który nagle po 10 latach pracy rano budzi się i czuje pustkę. Nie motywuje go płynący czas – wszak na żadną godzinę się z nikim nie umawiał; nie motywują go ludzie, liczący na jego doświadczenie i kompetencje. Taki człowiek snuje się po mieszkaniu i jeśli nie zorganizuje sobie odpowiednio czasu, przez cały dzień nie zrobi nic znaczącego, a wieczorem wpadnie w panikę, że dzień przeleciał przez palce i będzie chciał nadrobić: o 23 umyć gary i podłogę równocześnie, do tego poprać i poprasować… Koszmar. Rano znowu wstanie i nie będzie się z niczym spieszyć, bo po co, skoro cały dzień przed nim…
Nigdy nie mówcie człowiekowi, który jest przymusowo bez pracy, że mu dobrze, bo nie musi rano lecieć na autobus i wysłuchiwać uwag szefa. 
Parafrazując Grabaża z "Moralnego salta":
"Nie fajnie mu z tym

Nie pytaj czy mu fajnie"

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Późne macierzyństwo

03 lip

Do macierzyństwa trzeba dojrzeć. Tak jak i do ślubu. Kiedy widzę parę dwudziestolatków przysięgającą sobie miłość i wierność, to jakoś nie potrafię do końca im uwierzyć. Może to mój wrodzony pesymizm, trochę cynizmu i… doświadczenie życiowe po prostu.

Z macierzyństwem jest o tyle trudniej, że ogranicza nas biologia/fizjologia (pomijam tu ekstrema w stylu wszczepiania zapłodnionych jajeczek siedemdziesięciolatce). Jednak jeśli dopiero po czterdziestce kobieta zaczyna odczuwać instynkt, to nie mam żadnego „ale” do jej zachodzenia w ciążę.

W tym roku kończę 32 lata, jestem w pierwszej ciąży. Czy to za późno? Dla mnie – w sam raz. Wcześniej nie miałam ani warunków, ani odpowiedniego partnera do wychowywania dzieci. Po prostu.

Gdybym dopiero po czterdziestce ułożyła sobie życie tak, jak teraz, to też dopiero wtedy pomyślałabym o dziecku. Nie wcześniej. Oczywiście trzeba się liczyć z konsekwencjami wieku – że może być kłopot z płodnością, że jest większe prawdopodobieństwo wystąpienia różnych chorób u dziecka.

A kiedy późne macierzyństwo jest za późne? Nie mnie to osądzać. Tylko ten, kto z góry umie przewidzieć długość życia konkretnego człowieka, może stawiać tu jakieś granice.



 

Do oglądania

03 lip

Nie trzeba mieć kalendarza, by wiedzieć, że zaczęło się lato. Wystarczy spojrzeć w program telewizyjny: "Karino", "Czterej pancerni i pies", "Szaleństwo Majki Skowron", "Podróż za jeden uśmiech"… Jak dadzą "Wakacje z duchami", będzie znaczyło, że lato w pełni. "Stawka większa niż życie" i "Czterdziestolatek" są już w połowie, więc jest szansa, że w sierpniu zostaną nam oszczędzeni. 

Jednak powtórki seriali (i nie tylko, TVN odgrzewa też np. Milionerów) bardziej mnie rozbrajają niż irytują. Prawdziwie denerwująca jest wieczorna propozycja telewizyjna. Przykład z dziś – TVP1:
20:15 "Miłość nad rozlewiskiem" – pora na oglądanie filmu idealna, ale tego akurat serialu, jak większości – nie oglądam;
21:20 "Rebeka" – melodramat włoski, oceniony na dwie gwiazdki, więc kicha;
dopiero o 23:10 czterogwiazdkowy "Zawód: dziennikarz" z doborową obsadą, a po nim o godzinie – uwaga – 01:10 również oceniony na cztery gwiazdki "Amator" Kieślowskiego, którego nigdy nie udało mi się obejrzeć, bo ZAWSZE leci o równie dogodnej porze, jak dziś. I taka sytuacja pojawia się nagminnie. Kto chce ambitnego kina, musi prowadzić życie nietoperza. Lub – jak ja – oglądać filmy na komputerze.
A propos filmów – polecam film "Babies". Nie tylko dla osób oczekujących na dziecko, ba – nie trzeba być nawet jakimś specjalnym miłośnikiem dzieci. Chociaż oglądamy w nim cztery bobasy w czterech różnych miejscach na ziemi, nie o zachwyt nad dziećmi tu chodzi, a na pewno nie jest to jedyny cel filmu. Dla mnie ten obraz to przede wszystkim ciekawa z socjologicznego punktu widzenia wypowiedź na temat: czego potrzebują dzieci w pierwszych miesiącach życia. 
Od wielu tygodni przygotowuję się na niemowlaka w domu i dla mnie wiąże się to z gromadzeniem mnóstwa NIEZBĘDNYCH rzeczy (niezbędnych do tego, by być dobrą matką, jak sądzę…). W naszym mieszkaniu przybywa wszelakich ubranek (czapeczki, skarpeteczki, śpioszki, pajacyki, body etc.), kosmetyków (do pupy, do ciała, do kąpieli, po kąpieli, na słońce, na wiatr, na pełnię księżyca… żartuję), sprzętów (wanienka, łóżeczko, wózek, fotelik) i tak dalej, i tak dalej. Tymczasem – spójrzcie na te dzieci z Namibii: 


I nagle smoczek z termometrem, pieluchy z aloesem, specjalna oliwka hypoalergiczna stają się jakieś takie groteskowe…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS