RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2011

Dzieci i dzieciary

29 kwi

Święta spędziłam bardzo rodzinnie, wszyscy najbliżsi stawili
się w komplecie, w sumie 11 osób, w tym troje dzieci. Z dzieci – jedno ma
niecały rok i nie sprawiało większych problemów. Uśmiechało się dwuzębnymi
dziąsłami, pełzało po wykładzinie wybierając okruszki-śmieciuszki (które trzeba
było mu oczywiście wydzierać z tłustych paluszków) i klaskało w rytm muzyki, najchętniej do najpopularniejszych
rytmów tanga. Drugie dziecko to pięcioletnia rezolutna dziewczynka, z którą
również większych problemów nie było. Za to trzecie dziecko w mojej rodzinie to
czterolatek, który potrafi zrobić problem z każdej najprostszej czynności, a
skoro potrafi – to robi. Siadamy do obiadu – on nie chce jeść. Jeśli już łaskawie coś weźmie do buzi i się rozmyśli, do połowy przeżutą papkę wypluwa i odkłada, niekoniecznie na swój talerz. Małe zadrapanie z podwórka = wrzask, że boli. Kiedy babcia chce popsikać preparatem odkażająceym, pisk, bo będzie piekło.

Piekło to my mieliśmy, a że ja nie należę do najspokojniejszych osób, wyraziłam na głos, co myślę o takim zachowaniu. Naraziłam się tym matce, a mojej siostrze. Pojawiło się nieśmiertelne zdanie "jak będziesz miała swoje, to zobaczysz". No cóż, może jest w tym trochę racji. Z drugiej strony wydaje mi się, powtarzam: wydaje mi się, że jednak nie będę w stanie tolerować takiego zachowania. Tego, że całe laboratorium jest postawione na głowie, bo mały histeryzuje z pobraniem krwi i wymiotuje na siebie śniadanie, tego, że jak czegoś mu się zabroni, piszczy tak, że migrena murowana i nie dociera do niego żaden argument – tak jest zajęty wrzasko-piskiem w wysokim rejestrze. Nie wydaje mi się, żebym tolerowała głośne uwagi własnego dziecka w kościele: "Brzydki jest ten kosciół, chcę stąd iść", a gdy jakaś kobiecina ustąpiła bachorowi miejsce w ławce, rzucił: "Pani jest stara i brzydka, nie będę tu siedział". Itd., itp.

Na moją uwagę, że mały czasami powinien po prostu dostać w dupę, usłyszałam, że bicie dziecka to porażka rodziców i tego typu głodne kawałki. Dla mnie porażką rodziców jest takie zachowanie i terroryzowanie całej rodziny przy świątecznym stole. Mały raz dostał karę – stanie w kącie. "A jak długo" – brzmiało jego pytanie. Doszło do licytacji z matką odnośnie czasu stania w kącie. Następnie postał chwilę, po czym sobie poszedł (dorośli nie zwrócili uwagi, bo w końcu było przez chwilę cicho). I taka to kara.

Mam ogromne obawy, że moje przyszłe dziecko może sprawiać takie kłopoty. Wiem, że to w dużej mierze wynika z charakteru i często rodzic jest bezradny. Jednak jakoś nie widzę siebie w takiej roli – biernie przyglądającej się, jak mój syn robi co chce i kiedy chce. I przysięgam, że jak mi czterolatek wypluje kolację na talerz, bo serek czy kiełbaska nie taka, a po dwóch godzinach będzie chciał kanapkę, to pójdzie spać głodny. Amen.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Położny

29 kwi

Od lat chodzę do ginekologa-mężczyzny. Zdarzało mi się być pod opieką kobiety, z tego, co sobie przypominam, były to cztery różne lekarki, ale trzy z nich mogę określić jako mało delikatne i szorstkie w obyciu. Nie wiem, z czego to wynika. Wizyta ginekologiczna już sama w sobie jest deprymująca, człowiek lata na boso z gołym tyłkiem, w tym locie musi odpowiadać na pytania typu „roniła?’, „rodziła?” – w tej właśnie kolejności, musi wspinać się na ten beznadziejny fotel oświetlony reflektorem (zawsze się zastanawiam, jak radzą sobie kobiety starsze, mniej sprawne; fotele dentystyczne mają przeróżne regulacje, można je obniżać, podwyższać itp. a tu – nic. Chyba że w jakichś wypasionych gabinetach??), trzeba opowiadać o różnych intymnych dolegliwościach…

Ale do czego zmierzam. Ginekolodzy mężczyźni wydają mi się być bardziej delikatni. Bardziej taktowni. Może, mimo całego doświadczenia i rutyny, jednak czują jakieś onieśmielenie. Paradoksalnie bardziej niż ginekolożki zdają się rozumieć, że kobieta bez majtek nie czuje się zbyt komfortowo w gabinecie. A badanie nie musi boleć, jak utrzymują niektóre baby lekarki. Kiedyś podczas wizyty, kiedy czekał mnie pewien nieprzyjemny zabieg, usłyszałam od lekarki pełne pretensji pytanie – a co ma pani taką minę depresyjną!? Ploteczki z pielęgniarką podczas pobierania, za przeproszeniem, materiału z pochwy są na porządku dziennym. U faceta mi się to jeszcze nie zdarzyło.

Ale do czego zmierzam. Nie mam nic przeciwko położnym, czyli męskim wersjom położnej. Wstyd czy onieśmielenie związane z rozebraniem się od pasa w dół jest podobny, czy to przed kobietą czy mężczyzną. A po doświadczeniach z ginekologami mam zaufanie do facetów. Jeśli trafi mi się przy porodzie położny, to bardzo się ucieszę, wątpię jednak czy choć jeden pracuje we wrocławskich szpitalach. Dam znać…


 
Komentarze (62)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Urzędowe boje

14 kwi

 

Nie wiem, jak pójdzie z PIT-em, nie spodziewam się żadnych fajerwerków, ale temat
debaty przypomniał mi moją lataninę w sierpniu, kiedy to musiałam wymienić
wszystkie dokumenty, w związku ze wstąpieniem w związek. Małżeński. Moją
frustrację związaną z wielkimi utrudnieniami ze strony Urzędu Miejskiego
Wrocławia w wypełnieniu obowiązku zaktualizowania dowodu osobistego tudzież
prawa jazdy postanowiłam pokazać w liście do urzędującego wtedy (i niestety
również i dziś) prezydenta Dutkiewicza. List cytuję poniżej:

„Wrocław, 29.07.2010

Szanowny Panie Prezydencie

Pozwolę sobie przekopiować informacje zawarte na stronie internetowej Urzędu Miejskiego
Wrocławia z działu Godziny pracy Wydziału:

Centrum Obsługi Mieszkańców

ul. G. Zapolskiej 2/4

obsługa interesantów w zakresie: rejestracji pojazdów, praw jazdy, spraw meldunkowych
oraz dowodów osobistych :

* poniedziałek, wtorek, czwartek, piątek w godz.
8.00-15.15

* środa w godz. 8.00-17.15

Dnia 28.07.2010 czyli w środę o 16:30 byłam pod budynkiem Urzędu, gdzie zastałam
kartkę, że „do odwołania” urząd czynny w godz. 7-15. Informację tę,
po długich poszukiwaniach znalazłam na drugi dzień
na stronie urzędu, ale w innym miejscu [sic!], niż tę zacytowaną powyżej.
Znalazłam też ciekawe uzasadnienie: „ze względu na falę upałów”. To
ciekawe, bo obok mamy podaną informację o pogodzie:

Czwartek: Południe 29.07.2010, Temperatura: 23°C

oraz rysunek z chmurką i kroplami deszczu. Widocznie jaki kraj, takie upały…

I jeszcze jeden absurd: urząd czynny od godziny 7:00, ale po wejściu petenci
muszą się jeszcze 15 minut tłoczyć w przedsionku, zanim dostaną dopuszczeni do
sal z okienkami. Pytałam o powód – powiedziała mi
pani w informacji, że panie i panowie urzędnicy muszą mieć przecież czas na
włączenie komputerów! To ciekawe, bo wszędzie gdzie dotychczas pracowałam praca
od danej godziny oznaczała obsługę klientów/petentów od tej właśnie godziny i
jeśli włączenie komputera zajmuje mi 15 minut to
te 15 minut przychodzę szybciej do pracy! Sytuacja moja jak i wielu innych
petentów jest taka: albo muszę wstać co najmniej o 6 rano, by przed pracą
zdążyć załatwić swoje sprawy w Urzędzie (bez gwarancji, że się do pracy nie
spóźnię) albo muszę się specjalnie zwolnić z pracy (pracuję w godzinach 8-16) i
to co najmniej dwukrotnie (przy składaniu wniosku o dowód i odbieraniu go).

Enigmatyczna informacja „do odwołania” nie pozwala mi czekać na powrót tego
jednego dnia w tygodniu, kiedy Urząd jest czynny dłużej, gdyż nie wiem, czy
krótsze godziny będą odwołane za tydzień, czy za miesiąc?

Jeszcze jedno na koniec – czy kiedy pracuje się do 15, a nie do 17:15 upał staje
się znośniejszy? Pomijając już fakt, że upały (czyli wg mnie okres z
temperaturą około 30st. Celsjusza) skończyły się tydzień temu.
Widać urzędnicy Urzędu Miejskiego jeszcze nie mogą dojść do siebie. Petenci
też, bo jakoś im nikt z powodu lipcowej aury nie skraca czasu pracy. Może
dlatego, że nie pracują w dużych przestronnych salach starego
budynku z grubymi murami, w którym upał to po prostu słońce za oknem!!!
Skandal.

Z wyrazami szacunku

…”

Do dnia dzisiejszego nie otrzymałam ani słowa odpowiedzi.

Przy wymianie paszportu też było ciekawie – na stronie Urzędu Wojewódzkiego tym
razem była sympatyczna informacja głosząca, iż jeśli wymienia się paszport z
powodu zmiany danych, a stary jest jeszcze ważny, to przy kosztach bierze się pod
uwagę liczbę ważnych jeszcze lat i koszt ten odejmuje przy wydaniu nowego
dokumentu. Super! Mój wymieniany paszport miał jeszcze 5 lat ważności, mogłam
więc zaoszczędzić połowę kwoty. Jednak przy okienku czar prysł, bowiem poinformowano
mnie, że ta zasada działa tylko przez 30 dni od dnia zmiany danych. I trzeba
było przyjść z aktem ślubu, a nie czekać na nowy dowód, jak
ja – głupia zrobiłam. Ot – i taka to zasada niczym nie uzasadniona. Jak wiele
innych panujących w urzędach.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - wrocławianka

 

Słabość rośnie w siłę

12 kwi

Byłam wczoraj w sklepie „dla najbiedniejszych” (cyt. J. Kaczyński, tfu), bo mi się owoców chciało, a w warzywniakach ceny już przeszły same siebie; np. jabłka za 5,50 to już przesada, jeszcze kilkadziesiąt groszy i przegonią pomarańcze! Poszalałam zatem przy stoisku z owocami (winogrona po 7 zł, pomarańcze po 4,50, kiwi też tak jakoś podobnie, ręka mi zadrżała przy moim ulubionym mango 2,49/sztuka, taniej co prawda, niż w normalnym sklepie, ale… Ostatnio kupiłam pół kilo truskawek za jedyne 14 zł kilogram (nawiasem mówiąc doznałam niemal orgazmu, pochłaniając pyszne truskawy jedna za drugą), więc zostawiłam mango w spokoju. Złapałam jeszcze kilka niezbędnych produktów, których grzech nie kupić w Biedronie, bo dobre i tanie i… Całą drogę do domu zastanawiałam się, czy zaraz urodzę, czy jednak jeszcze trochę wytrzymam. Podjechałam kawałek autobusem, ale większość drogi musiałam wlec się piechotą, szłam więc tempem staruszki po 3 zawałach i klęłam na własną głupotę w myślach (na głos powodowałoby zbyt duży wysiłek).
Oberwało się mężydle, jak tylko pojawił się w domu, że mi ciężko robić zakupy, a robić trzeba, więc on musi robić, ale tylko tam, gdzie wskażę i tylko produkty, które w danym dniu są w atrakcyjnej cenie. Minę miał taką, jakbym mu kazała wejść na Giewont, a co najmniej taką, jaką ja chyba mam, kiedy muszę policzyć coś w pamięci. Tak już żeśmy się dobrali, że dla niego całki, logarytmy, kosmiczne struny i rozważania na temat prędkości światła to chleb powszedni, natomiast sprytny zakup smacznych produktów po niskiej cenie to już wielki wyczyn… U mnie oczywiście porządek jest odwrotny.
Ciekawi mnie, po kim nasze dziecko odziedziczy zdolności…
W przyszłym tygodniu czeka mnie badanie na cukrzycę, będę musiała oddać krew na czczo, wypić 75 ml glukozy, odczekać dwie godziny i znowu dać się nakłuć. Wolałabym zjeść słoik kiszonych ogórków niż pić ten słód, doktor życzliwie poradził mi wcisnąć do tego supernapoju cytrynę, więc może dam radę…


 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Co zmienia dziecko

09 kwi

Dostałam maila od kolegi, który od niedawna jest tatą. Zawsze miał ciekawe spojrzenie na świat, pewnie dlatego od lat wymieniamy się mailami i jeszcze się nam nie znudziło. Jego spostrzeżenia na temat nowego człowieka w rodzinie są bardzo zabawne i – co ważniejsze – wydają się bardzo trafne, pozwolę sobie więc je tutaj zacytować:


"Dużo się zmienia:

1. Zacząłem doceniać każdą chwilę, w której mam czas dla siebie.
Piętnaście minut z gazetą i herbatą staje się niczym wakacje, a dwie
godziny przytulenia z Kimś Najbliższym to najprawdziwsza ekstaza.
2. Nauczyłem się działać na autopilocie. W nocy budzę się i robię różne
rzeczy, z reguły dobrze, ale rano nie pamiętam, co i kiedy dokładnie.
Ostatnio obudziłem się stojąc przed szafą i nie miałem pojęcia, czego
tam szukam. Musiałem dopytać żony, po co wstałem.
3. Każda dziecięca kupka stała się świętem. Potem Ania (z reguły) idzie
spać. (patrz pkt 1)
4. Stwierdziłem, że płaczące dziecko jest zagadką detektywistyczną czy
też łamigłówką. Analizując zachowanie trzeba dociec przyczyn płaczu czy
marudzenia.

A dziecko może płakać, ponieważ:

1. Jest głodne.
2. Jest bardzo głodne.
3. Przed chwilą jadło, ale jeszcze chce podwieczorek.
4. Przed chwilą jadło, chce podwieczorek, ale już nie ma miejsca na
jedzenie. Co nie przeszkadza próbować.
5. Jest za gorąco.
6. Jest za zimno.
7. Uwiera pielucha/pajacyk/czapka/kocyk…
8. Czapeczka drapie i opada na oczy.
9. Pielucha jest pełna.
10. Pielucha jest sucha, ale na body zrobiła się mała kropelka wody,
która powoduje dyskomfort.
11. Tata ma za zimne dłonie.
12. Tata za wolno przewija, a obowiązują punkty 1. 2. lub 3.
13 i z każdego innego powodu… :-)"


Nic dodać, nic ująć… Przynajmniej dopóki sama nie doświadczę rodzicielstwa…
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Końcówka piątego miesiąca

05 kwi

W ciąży można spać tylko na boku i to najlepiej lewym, na prawym można jakąś tam ważną żyłę dotleniającą dziecko przygnieść, ale z drugiej strony piszą w poradach ciążowych, że nic się takiego nie stanie, jak się na prawym boku obudzimy. Czyli – tak jak w wielu sprawach w ciąży – schizofrenia. Nie można, ale można… Np. ryby – trzeba jeść ze względu na wartości odżywcze, ale nie za dużo ze względu na ołów… Wracając do spania – trochę juz mi się nudziło spać tylko na lewym boku, więc trochę podsypiam na prawym, ale tak naprawdę to chciałabym na brzuchu się położyć… Ale na brzuchu, a nie na dziecku… więc chyba jeszcze trochę czasu mogę sobie tylko o tym pomarzyć… Powinny być specjalne łóżka dla ciężarnych z dziurą lub z obniżeniem na brzuch :)
Poniżej – zdjęcie ze strony trymestr.pl, przedstawiające płód w piątym miesiącu ciąży w pęcherzu płodowym, połączony pępowiną z łożyskiem.
Zamieszczam, bo sama miałam wczoraj wątpliwości, jak to łożysko względem dziecka się ma.
Wygląda trochę jak obrazek Hieronima Boscha…

W ciążowej gazecie napisali, że długość naczyń krwionośnych w łożysku osiąga 50 km! Trudno mi to sobie wyobrazić (kto to, do licha, zmierzył i jak?), no, może przyjmijmy po prostu, że jest mocno ukrwione :)

Mimo USG trudno mi sobie wyobrazić, że mam coś takiego (kogoś takiego) w brzuchu. A jeszcze trudniej przyjąć, że za parę miesiący będę miała takiego dzieciaka na rękach, że będzie ssał moje piersi, budził mnie w nocy… Że będę śmigać z wózkiem po osiedlu, przesiadywać w parku… chodzić na szczepienia… zaprowadzać do przedszkola, szkoły… krytykować jego dziewczyny… hihi, czas przecież tak szybko leci.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Mój kochany mąż…

03 kwi

Mój mąż ostatnio wrócił ze spotkania z kolegami o drugiej w nocy. Obudził mnie, co automatycznie wiąże się z tym, że muszę iść siku. Oto, co usłyszałam, kiedy półprzytomna minęłam męża idąc do łazienki: Ale cyce! No comments…


Kilka dni temu wieczorem mężydło szuka czegoś słodkiego w szufladzie ze słodyczami. Nie napychajsię na noc słodkim – pouczam. Ale te Grześki trzeba już zjeść! Są tylko do grudnia!


Od dwóch tygodni mamy w końcu długo oczekiwaną zmywarkę. Jest to, jak na razie, ulubiona zabawka mojego męża, zaraz po komputerze oczywiście. Zanim jeszcze została zamontowana, już studiował książeczkę z instrukcją, rozgryzał tajniki poszczególnych programów i dodatkowych funkcji oraz robił wywiady wśród znajomych posiadaczy zmywarek, jakie środki myjące są najskuteczniejsze w walce z brudnym talerzem. Kiedy pojechał po sól i tabletki, nie było go godzinę. Jak się potem okazało, zwykły najbliższy dyskont (dla ubogich) miał zbyt ubogą ofertę i mąż udał się aż do Auchan, gdzie następnie oddał się lekturze opisów przeróżnych środków do zmywarek, celem wybrania najlepszego i najtańszego równocześnie…

Kiedy w końcu mieliśmy i sól, i tabletki (całe szczęście już z nabłyszczaczem, jeden wybór mniej), mąż przystąpił do układania brudnych naczyń w koszach, co najpierw obserwowałam z zaciekawieniem, jednak wraz z mijającycm czasem zrezygnowałam i poszłam z kuchni precz, bo setne przekładanie talerzyka z miejsca na miejsce przestało być zabawne. Kiedy wreszcie zmywara uczyniła swoją powinność, nastąpiło uroczyste otwarcie drzwiczek i rozpoczęła się analiza umytych naczyń. Zostały sprawdzone naocznie – pod światło, smakowo – językiem (bo kumpel mówil, że u niego naczynia ze zmywarki są słone) oraz węchowo – poprzez włożenie nosa do szklanki. A ten talerzyk co ma nam do powiedzenia? – rzucił autentycznie zainteresowany mąż wyciągając kolejne naczynie z kosza, a ja zaczęłam się zastanawiać, co by to było, jakbyśmy kupili ten fajny odkurzacz podobny do kraba, który rozpoznaje sprzątaną powierzchnię, omija przeszkody i sam sunie do ładowarki, kiedy tylko poczuje, że baterie mu słabną…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS