RSS
 

Archiwum - Marzec, 2011

II trymestr, 22. tydzień

28 mar

Wszędzie piszą: I trymestr bleee, II trymestr – ekstra, tzn. w pierwszym wymioty i różne tego typu przyjemności, za to w drugim fruwasz cała szczęśliwa bez żadnych dolegliwości. A wcale, że nie! Początek ciąży to były wczasy! Nie wymiotowałam ani razu, czułam się niemal tak, jak sprzed ciąży (nie licząc rosnących bolesnych piersi) i tyle. Za to teraz, w II trymestrze, jest tak sobie. Od dwóch tygodni czuję ruchy malucha i to jest fajne (chociaż czasem mam wrażenie, że kopie mnie w jajnik i to juz nie jest miłe). Ruchy czuję tylko po jednej stronie, za tydzień mam wizytę u gina, spytam, czy to oznacza, że po prawej mały ma nogi? I nie okręca się w drugą stronę?
Poza wzmożoną aktywnością dziecka, reszta jest do bani. Czuję się słabo po prostu. Coś porobię i od razu jestem zmęczona. Nie wiem, jak można w ciąży uprawiać sport?? Z ilości stron poświęconych uprawianiu ćwiczeń w książkach ciążowych wynika, że są takie heroski. W sobotę chciałam trochę posprzątać i umyć okna. Skończyło się zdychaniem na kanapie po pobieżnym sprzątnięciu kibelka i kuchni. A gdzie reszta mieszkania? A gdzie okna? Całe szczęście mężydło odkurzyło podłogi, ale moje ambicje sięgały dalej…
W niedzielę byliśmy w Ikea skompletować szafę (ile szuflad, ile półek, ile pałąków etc.). Jak ta babcia musiałam przysiadać co chwila na rozstawionych kanapach, no masakra jakaś.
Żałuję, że jeszcze jest dość zimno, bo w kurtce czy płaszczu nie widać mojego brzucha, w związku z czym nikomu nie przyjdzie do głowy ustąpić mi miejsca w tramwaju czy autobusie, a jak się doda duchotę i wyziewy ludzkie, naprawdę robi się słabo…
Od dwóch dni trochę boli mnie brzuch, wyczytałam, że macica się powiększa i od tego można czuć jakieś bolesności, ale jak jutro będę się czuła też tak kiepsko, jak dziś, wepchnę się do mojego doktora, bo wolę wiedzieć na pewno, że wszystko jest w porządku.
Próbujemy wymyśleć jakies ładne imię dla synka. (O matko, synka :) ) Moje propozycje zostały zbombardowane przez męża (Błażej?? A jak to się zdrabnia? Ziemowit-Ziemek?? Zapomnij). Przytaczał rozmaite wierszyki z podwórka ośmieszajace kolejne imiona i dowodził mi, że chcę skrzywdzić dziecko. Sam za to rzucał banałami typu Adam. Przejrzałam kalendarz i włos mi się zjeżył na widok dziwactw, jakie tam można spotkać. Podobnie w necie: rozmaite księgi imion to w wększości zbiory jakichś cudacznych słów, dla przykładu pierwsza dziesiątka:

  • Aaron
  • Abdiasz
  • Abel
  • Abraham
  • Adam
  • Adolf
  • Adrian
  • Agenor
  • Albert
  • Albrecht

  • Poza Adamem i Adrianem reszta jest nie do przyjęcia, nie żyjemy wszak w czasach biblijnych… Propozycji jest kilkaset i chyba będę musiała się przez to przekopać, aż do
    Żelisława i Żywisława, którzy kończą spis, żeby znaleźć coś ładnego, niebanalnego, ale też nie z kosmosu…


     
    Komentarze (3)

    Napisane w kategorii ja - ciężarna

     

    Pojedynczy płód w położeniu dowolnym

    22 mar

    „W jamie macicy uwidoczniono pojedynczy płód w położeniu dowolnym. Ruchy płodu widoczne”. Piękny język medyczny :) Wczorajsze USG pokazało, że w brzuchu noszę 350 gramowego faceta. Tak tak, doktor pokazał nam atrybuty męskie. Odkąd zrobiłam test, myślałam o swoim dziecku „ten mały”, czyli zawsze jak o chłopcu. No i sprawdziło się. Co jeszcze wynikło z USG? Głowa z mózgiem prawidłowa, serce, kręgosłup, żołądek, nerki, pęcherz – wszystko w normie. Uff…

    Teraz możemy zastanawiać się nad imieniem. Mogę też odłożyć na bok sukienki i spódniczki oraz wszelkie różowości. Bo ubranek mam mnóstwo, samych czapeczek kilkanaście – zaleta bycia w ciąży jako ostatnia w rodzinie. Dostałam ubranka po dwójce dzieci siostry i dwójce brata, mój mały nienarodzony trzystupięćdziesięciogramek ma już pełną garderobę na wszystkie pory roku :)

    Z rzeczy upierdliwych – widmo opryszczki wargowej wisi nade mną, każdy, kto się zmaga z tym paskudztwem, zrozumie. Niby już nic, niby się goi, a tu masz – znowu zaczyna swędzieć… Nie mogę za bardzo zdusić dziadostwa antywirusowym kremem; piszę „za bardzo”, bo mój lekarz mówi, że mogę, w necie straszą, że nie wolno, ulotka zrzuca całą odpowiedzialność na użytkownika… Poszłam na kompromis i posmarowałam kilka razy, a następnie ratuję się starym studenckim sposobem, czyli wysuszam pastą do zębów.

    Ta schizofrenia, co można stosować, a co nie, jest wykańczająca. Brak badań na ciężarnych = brak wiedzy o szkodliwości różnych środków. I co lekarz, to inna opinia. A jak się coś stanie, to kto odpowiada? Oczywiście matka, bo przecież nie nagrywam wypowiedzi mojego liberalnego gina na dyktafon…

    Z innych utrudnień – trochę się zrobiło problematycznie z seksem… Na plecach nie mogę zbyt długo leżeć, bo mi brzuch ciąży, a nie daj Boże, żeby mi jeszcze ktoś ten brzuch przygniatał… Na brzuchu nie mogę leżeć, bo to tak jak leżeć na miękkim arbuzie, a i oddychać trudno, i strach, czy się nie poddusi dziecka. W książkach polecają pozycję pt. kobieta na górze, ale na to trzeba sił, a mnie ich brakuje. Zostają łyżeczki na boku, ale tak w jednej pozycji trochę nudno… No, radzimy sobie jakoś, radzimy, ale nie ma lekko (dosłownie i w przenośni)… :)


     
    Komentarze (2)

    Napisane w kategorii ja - ciężarna

     

    Zachodzenie w ciążę

    17 mar

    Dostałam taki komentarz: "Hej, mam pytanie odnośnie Waszego zachodzenia w ciążę :0)
    Czy wcześniej się jakoś przygotowywałaś? W sensie: kwas foliowy, leżenie po dżigi-dżigi z mężem z nogami w górze 15 minut? :0)
    Tyle się wczoraj naczytałam na forach i tyle wyczytałam sposobów na zajście w ciążę, że głowa mała.
    Będę wdzięczna za Twoją podpowiedz :0)
    Pozdrawiam!". Odpowiem tutaj.
    Moje przygotowanie do ciąży to było przede wszystkim zapobieganie kłopotom. Niecały rok przed momentem zero rozpoczęłam cykl szczepień na żółtaczkę WZW B (potrzebne są trzy dawki, drugą bierze się po miesiącu, ostatnią – jak minie pół roku). Zaczęłam w tzw. żółtym tygodniu, więc pierwsze kłucie wyszło trochę taniej niż normalnie. Nie zarażę się już więc żółtaczką podczas ciąży czy porodu – jeden problem z głowy.
    Oprócz tego zrobiłam sobie badania (prywatnie, gin nie chciał mi dać skierowania) na przeciwciała różyczki, cytomegalii, toxoplazmozy oraz
    na obecność antygenu Hbs. Te choroby są bardzo groźne w ciąży i trzeba wiedzieć, czy jest się odpornym (np. na różyczkę można się zaszczepić w razie czego), czy trzeba się wyleczyć itp. Jeśli wyjdzie np. brak przeciwciał toxoplazmozy, wiadomo, że trzeba bardzo uważać w ciąży. Mnie tak właśnie wyszło i – choć bardzo lubię koty – prawie ich nie dotykam, a surowe mięso na kotlety tłucze mąż. Byłoby lepiej mieć te przeciwciała przed ciążą, no ale cóż.
    Oprócz tego zrobiłam sobie USG piersi (prywatnie) i USG ginekologiczne. Cytologię miałam jeszcze ważną. Aha, i jakiś rok wcześniej robiłam badanie na chlamydiozę. Byłam też u dentysty, bo jakby trzeba było zrobić jakiś rentgenik, to tylko teraz. Poza tym próchnica jest źródłem zakażenia, które może doprowadzić do infekcji u płodu.

    I to tyle.
    Trzy miesiące przed łykałam kwas foliowy, ale on nie pomaga zajść w ciążę, tylko chroni płód przed wadami, więc warto go mieć w organizmie. Do lekarza chodziłam regularnie, żeby w porę wyłapać jakieś grzybice itp.
    Wyszłam z założenia, że co mogę wyleczyć przed ciążą, muszę wyleczyć, bo potem – po pierwsze leczyć się za bardzo nie można, po drugie – nasze choroby szkodzą dziecku, często nieodwracalnie.
    Gin mi mówił, że wszelkie badania to on mi zleci, jak zajdę. Ale dla mnie to by było za późno. NFZ to mega nieodpowiedzialna instytucja. Nie daje pieniędzy na ZAPOBIEGANIE CHOROBOM, woli dać kasę na leczenie. Dlatego za wszystkie badania musiałam płacić. To się nazywa polityka prorodzinna w Polsce. To jest dbanie, aby zdrowe Polki rodziły zdrowe dzieci. Czy taniej jest potem łożyć na niepełnosprawne dziecko? Na skomplikowane leczenie ciężarnej chorej na raka, którego można było wykryć wcześniej, finansując cytologię? Spróbujcie zrobić za darmo badanie cytologiczne częściej niż co trzy lata. No – dużo by pisać. Zresztą w ciąży – chcąc wykonać dokładne USG, wykrywające wady płodu – również trzeba zapłacić. A przecież taką np. wadę serca można operować nienarodzonemu jeszcze dziecku lub chociaż przygotować się do takiej operacji natychmiast po porodzie. No, ale lepiej biadolić o niżu demograficznym, zamiast pomóc w konkretny sposób w tym, aby ciąża przebiegała prawidłowo, a urodzone dziecko było zdrowe lub miało szansę na profesjolane leczenie. Wszak chory człowiek nie będzie płacił podatków ani składek emerytalnych…
    Odbiegłam od tematu… Po odstawieniu pigułek antykoncepcyjnych odczekaliśmy jeszcze trzy miesiące, choć podobno nie jest to teraz konieczne. Kiedyś, kiedy pigułki zawierały sporą dawkę hormonów, było ryzyko (ryzyko czy szansa, co kto woli…) ciąży mnogiej, w tej chwili – jak mnie uświadomił gin – już się tak nie dzieje. My jednak odczekaliśmy posiłkując się gumką, mając również świadomość, że jakby co – też będzie dobrze. Okazało się jednak, że gumka chroni dobrze :)
    Zaszłam w ciążę w pierwszym miesiącu, w którym odstawiliśmy Dureksy, dwa miesiące po moich 31. urodzinach, czyli kilka ładnych lat po najlepszym wieku do zachodzenia. Nie trzymałam nóg w górze po dżigi-dżigi (hehe), bo zupełnie o tym nie pomyślałam. Zresztą, wszelkie tego typu sztuczki zostawiłam na czas, gdyby po kilku miesiącach się okazało, że plemnik ciągle jeszcze nie trafił do jaja. Myślałam, że nasze staranie się będzie trwało co najmniej 3 miesiące… Lekarz, jak mnie zobaczył nieco ponad miesiąc po tym, jak mu zakomunikowałam, że będę próbować zajść, też się trochę zdziwił.
    No cóż, mój wywód zakończę tak: życzę każdej starającej się takiego tempa jak u mnie :)

     
    Komentarze (2)

    Napisane w kategorii ja - ciężarna

     

    Ruchy, ruchy

    14 mar

    Gdzieś tak od tygodnia czuję w brzuchu coś, co na upartego można nazwać ruchami dziecka. Są one jednak tak krótkotrwałe i sporadyczne, że trudno mi coś konkretnego na ich temat powiedzieć. Zanim zdążę się na nich skupić i choćby przyłożyć dłoń do brzucha – już zanikają. Jestem w 20. tygodniu ciąży i mam jeszcze jakieś dwa tygodnie, żeby poczuć dzieciaka bardziej konkretnie. Za tydzień drugie ważne USG, mam nadzieję, że ono rozwieje moje obawy, że dziecko jakieś nieruchawe.
    Byłam w sobotę z mężydłem na imprezce u znajomych, była okazja do zaprezentowania (a właściwie do wyeksponowania) brzucha w sukience, bo na co dzień biegam do pracy w spodniach ciążowych i długich swetrach i patrząc na mnie można co najwyżej stwierdzić, że przytyłam. Towarzystwo było bezdzietne, więc nikt nie wałkował tematu ciążowo-rozrodczego, przez co niemal zapomniałam o swoim stanie i złapała mnie straszna chcica na winko, piwko, tekilkę… Ech… Na co to mi przyszło… Sączyć sok ananasowy przez cały sobotni wieczór… Całe szczęście wolno mi jeść, co wykorzystuję na maksa, zwłaszcza, że apetycik mam coraz większy. Nie mija mi też chętka na kiszone ogórasy, kupuję je na kolację, ale zwykle zjadam już podczas rozpakowywania reszty zakupów…
    Z imprezy wracaliśmy szaloną taksówką, facet pędził jakby się paliło, zakręty brał prawie na dwóch kołach, piszcząc oponami, a na moją uwagę, że aż tak się nam nie spieszy, tłumaczył się, że to zimówki tak piszczą jak jest ciepło… W połowie drogi zapięłam pas, bo z wariatem lepiej uważać.
    Mężydło jest kochane i stara się nie zwracać uwagi na rosnący brzuch i tyłek. Za to ma żonę z większym biustem i to na razie bardzo go cieszy :) Coś za coś, jak mówili starożytni Rzymianie…

     
    1 komentarz

    Napisane w kategorii ja - ciężarna

     

    Urbancard raz jeszcze

    10 mar

    Wojciech Cejrowski miał kiedyś program w TVN Style o wdzięcznej nazwie "Po mojemu". Oprócz rozmów ze znanymi ludźmi prezentował tam krótkie scenki pt. "Co mnie wkurza". Wszystko, co tam przedstawiał, wkurza i mnie – automaty w biurach obsługi klienta telefonii czy banku, głośne rozmowy przez telefon w tramwaju, dziwaczne wynalazki w publicznych toaletach (nie wiadomo, co trzeba zrobić, żeby poleciała woda z kranu) etc. To wszystko wkurza mnie bardzo, ale – powiedzmy – zostało juz oswojone. Natura jednak nie znosi próżni i od paru miesięcy mam coś świeżego do wkurzania się. Opis – poniżej.

    Nowoczesna (sic!) karta urbancard została narzucona wrocławianom jesienią 2010. Jesteśmy u progu wiosny 2011 i muszę stwierdzić, że jak na początku było z ogólną obsługą tej karty kiepsko, to teraz jest fatalnie. Co miesiąc przeżywam traumę, bo muszę, cytuję za ulotką, "zakodować bilet na karcie miejskiej w automacie biletowym". Ostatnio, po długim bieganiu w poszukiwaniu niezepsutego automatu, udało mi się za zakodowanie zapłacić kartą. W tym miesiącu okazało się to już niemożliwe. Znowu nie obyło się bez biegania – pierwszy napotkany automat w ogóle nie chciał mojej karty i kazał szykować gotówkę, drugi miał całkowicie ciemny ekranik, co oznaczało zupełną impotencję w jakimkolwiek zakresie, kolejny co prawda wsiorbał kartę i nawet chciał PIN, ale zaraz potem zrezygnował z całej operacji i zgłosił błąd. Normalnie wydusił ze mnie tajemnicę numeru PIN, a potem się wypiął! W końcu poddałam się, zdobyłam gotówkę i udało mi się to cholerstwo (czyli urbana) aktywować.

    Jednak nie tylko ja mam problemy z tym "nowoczesnym i wielofunkcyjnym nośnikiem usług i produktów elektronicznych o formacie karty płatniczej" (cyt. za www.urbancard.pl), czego dowodem jest ustawienie przy automatach młodych ludzi z ulotkami pouczajacymi, jak sobie radzić z tym upierdliwym doładowywaniem. Oprócz ulotek, ludzie ci próbują nieść pomoc, z czego postanowiłam skorzystać.

    Młody człowiek (ubrany w kurteczkę z logo urbancard – kto za nią zapłacił? I kto zapłacił temu młodemu człowiekowi, żeby o 7 rano stał przy automacie? Brawo, panie Dutkiewicz, na to idą pieniądze wrocławian) pyta mnie, stojącą przy automacie:
    - W czym pomóc?
    - W tym, żebym mogła zapłacić kartą.
    - Niestety, ostatnio jest kłopot z czytaniem kart.
    - No i? Co w związku z tym? Jakie jest rozwiązanie?
    - Nasi informatycy mówią, że czytnik jest zbyt czuły i nie czyta paska karty, jeśli jest zarysowany. Karta może być czytana w sklepach i bankomatach, ale nasze automaty nie radzą sobie.
    - Mam kartę z czipem, też sobie z czipem nie radzą?
    - Na to wygląda.
    - No dobrze, a proszę mi powiedzieć, czemu nie mogę za bilet za 48 zł zapłacić banknotem stuzłotowym?
    - Bo automat wydaje resztę tylko w monetach i to by było za dużo do wydawania.
    - A czemu tylko w monetach?
    - Bo to automat (??? – przyp. mój)
    - Wie pani, w sklepach Społem są takie kasy samoobsługowe, wczoraj tam płaciłam stówą za drobne zakupy i automat wypluł mi resztę w banknotach i monetach.
    - Muszę to zgłosić naszym informatykom.
    - To proszę zgłosić. A dlaczego tu nie ma informacji o tym, że nie można zbyt dużym nominałem płacić? Są tu narysowane banknoty o wszystkich nominałach.
    - Nie wiem.
    Dostałam ulotkę, gdzie miałam nadzieję poczytać o moich z urbanem bojach, moze jakieś pokajanie się urządu miasta? A skąd. Na ulotce wypisali mądrości typu: "monety należy wrzucać pojedynczo" lub "kart płatniczych nie wkładać na siłę", ani słowa o niemożności wydawania reszty w banknotach czy też o wrażliwych czytnikach brzydzących się naszymi porysowanymi kartami. I tu pojawia się pytanie – kto, do cholery, zapłacił za wydruk tej bezsensownej ulotki na kredowym papierze??

    Cała moja rozmowa z dziewczyną z ulotkami toczyła się przy Renomie. Kiedy nadjechał mój tramwaj, musiałam przedzierać się przez dwa (sic!) pasy zapchane samochodami, bo przystanek mieści się na środku jezdni i funkcjonuje na tej zasadzie, że kiedy auta stoją na czerwonym świetle, można slalomem do tramwaju się dostać.

    Mamy więc takie oto kuriozum: w centrum Wrocławia nowoczesny przystanek wyłożony granitowymi płytami przy nowoczesnym domu handlowym ze złoceniami i przeszkleniami, na tym przystanku nowoczesny tramwaj z obniżoną podłogą – tylko osoba z walizką czy wózkiem ani tym bardziej na wózku nie ma jak z tej nowoczesności skorzystać, bo się między autami nie przeciśnie. I to też mnie wkurza. I to jak!!!

     
    1 komentarz

    Napisane w kategorii ja - wrocławianka

     

    Scenki z życia

    08 mar

    W tramwaju babka tak na oko trzydziestoparoletnia próbuje
    ustąpić miejsce staruszkowi, minimum siedemdziesięcioletniemu. Staruszek
    dziękuje, mówi, że zaraz wysiada i dodaje:

    - Ale jaka miła dziewczyna, życzę pani, aby jakiś chłopak
    wynagrodził to pani pieszczotami!

    Babeczka płonie na twarzy, ja parskam śmiechem.

     —–

    W nocy mężydło, które wróciło z piwa z kolegami, zarzuca mi
    ciężkie ramię na piersi (czyli w jego mniemaniu obejmuje), przygniata nogą
    (przytula się), świszcze nosem do ucha (wtula mi się w szyję). Kiedy ten atak
    się wzmaga, oświadczam, że chcę spać i odsuwam go lekko.

    - Dobrze, że mam chociaż fajną poduszkę – mruczy układając
    się na swojej połowie (kupił sobie ostatnio ergonomiczną poduchę dopasowującą
    się do głowy).

     
    1 komentarz

    Napisane w kategorii Bez kategorii

     

    To chyba chłopak!

    03 mar

     

    Byłam kilka dni temu u lekarza. Ważę 66 kg w ubraniu i butach (bo
    tak ważą mnie w przychodni), więc myślę, że realna moja waga to jakieś 64-65 kg (tak się pocieszam…). Jeśli tak liczyć, to od początku ciąży przytyłam około 7 kg. Ponieważ w Internecie
    jest wszystko (prawie), znalazłam tzw. kalkulator wagi w ciąży. Ta przeklęta machina
    oblicza, ile powinno się ważyć w poszczególnym tygodniu. I jakoś tak wyliczyła,
    że jestem trochę ponad normę! Nie jestem jedyna w swojej lekkiej panice – na
    stronie wpisało się mnóstwo innych tyjących: „Wychodzi na to, że będę ważyć 60 kg!!! Nie mogę sobie tego wyobrazić. Poprzednią ciążę zakończyłam na 57 kg – mam nadzieję, że
    teraz też uda się zatrzymać przed 60… Ogólnie jestem przyłamana swoją wagą.
    27 tydzień i już prawie 6 kg na plusie. Chciałabym mieć optymistyczne podejście – ale nie mogę. Strasznie przeżywam każde wejście na wagę”; hmmm, to jakaś straszna panikara, 60 kg to prawie moja waga wyjściowa…

    Inna znowu przegina w drugą stronę: „W pierwszej ciąży przytyłam 30 kg. Jak powiedziałam anestezjologowi ile ważę – 90kg, zaczął się śmiać. Oczywiście w pół roku po porodzie doszłam do
    normalnej wagi. Teraz po 4 latach znowu jestem w ciąży, już w 18 tyg i
    przytyłam 1kg. Bardzo teraz się pilnuje”. I dramatyczny wpis na koniec: „ja
    jestem w 29 tygodniu a waże 83 kg, to więcej niż kalkulator przewiduje na koniec ciąży”…
    Widać kalkulator bardzo słabo zna kobiety i ich apetyt w ciąży…

    Ginekolog nie skomentował mojej wagi. Na moje dramatyczne doniesienia o zażywaniu antybiotyku i o wykluczeniu przez okulistkę z grona kobiet rodzących zareagował bardzo spokojnie.
    Bez porównania z moją poprzednią lekarką, która z igieł robiła widły i swoimi
    uwagami typu: jeśli bolą panią jajniki, to widocznie zakażenie postępuje, ale
    ja teraz nie mogę pani przyjąć, bo mam komplet, przyprawiała mnie o stan
    przedzawałowy. Zresztą nie tylko mnie, innym dziewczynom, będącym w ciąży, potrafiła rzucić uwagę o poronieniu, podczas gdy chodziło o zwykłe plamienie, o źle rozwiniętym
    dziecku, kiedy chodziło tylko o nieco niższą wagę dziecka niż normalnie itd. Wiem,
    że czasem lepiej dmuchać na zimne, ale nerwy i emocje, jakie towarzyszą
    pacjentce na wizycie u ginekologa nawet i bez takich komentarzy są ogromne.

    Mój doktor zrobił mi USG, pokazał bijące serduszko, co mnie uspokoiło bardzo, jako że nie czuję jeszcze ruchów, a na koniec powiedział, że wydaje mu się, że to chłopak! Nie wiem, gdzie on to
    wypatrzył na tym czarno-białym ziarnistym ekraniku, ale – wypatrzył! Powiedziałam,
    że mnie się też tak wydaje, bo takie mam przeczucie od początku
    ciąży i wszystkie ubranka, jakie dostałam w kolorze różowym określałam jako
    niepotrzebne… Myślę, że pewność zyskam pod koniec marca, kiedy pójdę na moje
    drugie dokładne USG.


     
    Komentarze (7)

    Napisane w kategorii ja - ciężarna

     
     

    • RSS