RSS
 

Archiwum - Luty, 2011

Czekam na wiosnę

28 lut

 

Chyba w końcu powoli nadchodzi wiosna.

Tak po cichutku – żeby jej nie spłoszyć – muszę stwierdzić, że dziś rano pierwszy raz nie musiałam zapalać światła w kuchni, żeby zjeść swoje płatki z mlekiem. Na dworze też przyjemniej – śpiewają ptaki, świeci słońce, mróz już tylko symboliczny. Oby tak dalej!

Może razem z początkami wiosny dotrze do nas w końcu zamawiana w styczniu zmywarka? Musieliśmy zamówić taką mniej popularną, nietypową, żeby móc ja wpasować do naszej kuchni. W zasadzie chodziło o to, żeby było mniej roboty, bo gdybyśmy chcieli zamontować zwykłą typową zmywarkę, trzeba by było wbudować w ścianę rurę odpływową od zlewu. Teraz tak sobie myślę, że w tym czasie, kiedy to nasze zamówienie na zmywarkę jest „w realizacji” zdążylibyśmy wmurować tę naszą rurę dłubiąc na nią miejsce w ścianie szydełkiem w tempie trzy dziabnięcia na godzinę… Zobaczymy, termin dostawy przesuwany był już 4 razy, kolejny – jutro. Na marginesie dodam, że sklep uprzejmie informuje na swojej stronie, że ten typ zmywarki dostarcza do tygodnia. Mhm…

Moja ciąża nadal na etapie piątego miesiąca. W mądrych książkach ciążowych wymienione jest mnóstwo różnych objawów i cech charakterystycznych dla tego etapu ciąży. Obserwuję siebie i oglądam w lustrze, ale jakoś nic szczególnego nie widzę. Owszem, brzuszek już jest ładnie wypukły i jeśli stanę bokiem i bez kurtki, to już postronnej osobie może przyjść do głowy, jeśli zawiesi na mnie oko, że jestem przy nadziei. Mam też spory apetyt i głód napadowy, czyli taki, którego nie potrafię zignorować. Nie mogę nawet pospać dłużej w weekend, bo budzę się… z głodu. Dawniej człowiek zwlekał się po 10, do 11 się zbierał w sobie i dopiero jadł śniadanie, teraz o 9 już lecę do kuchni… I po dwóch godzinach od śniadania znowu pojawia się konkretny głód, potem obiad… i tak średnio co dwie godziny coś muszę wrzucić na ruszt. Oczywiście w mądrych książkach ciążowych aż roi się od zdrowych
propozycji żywieniowych, szczerze mówiąc flaki mi się wywracają jak to czytam.
Najlepsze są rady dla tych, które np. z powodów zawodowych stołują się w restauracjach: jeśli na stole stoi tylko białe pieczywo, poproś kelnera o pełnoziarniste, jeśli zamawiasz sałatki, poproś, by przyniesiono ci osobno
składniki i osobno sos, tak abyś mogła kontrolować ilość oleju lub octu, jeśli zamawiasz rybę, poproś, by smażono ją na minimalnej ilości tłuszczu, a zamiast białego ryżu poproś… itd. Myślę, że ciężarne stosujące się do tych rad stają się zmorą obsługi w knajpach i dostają pozwolenie na wnoszenie własnego jedzenia: pełnoziarnistego, niskotłuszczowego, pełnego białka i wapnia, niepowodującego wzdęć i zaparć…

Ale wracając do tego, co wg książek mam czuć w piątym miesiącu, to, odpukać, na razie omijają mnie różne skutki uboczne ciąży. Nie leci mi krew z nosa, nie mdleję, nie mam hemoroidów, nie mam plam na skórze i nie czuję się rozchwiana emocjonalnie (a na pewno nie bardziej niż zwykle). Dużo jem i rośnie mi brzuch, ale to normalna zależność, nawet dla tych, co nie są w ciąży. Aha, sapię jak wchodzę na trzecie piętro, ale mądre książki uspokajają, że to normalne. Olać resztę symptomów – oprócz jednego. Niedługo powinnam poczuć ruchy dziecka. I tu znalazłam – o dziwo – mądrą radę w ciążowej książce, a mianowicie: nigdy nie porównuj się z innymi ciężarnymi odnośnie ruchów dziecka. Ja dodam – w granicach rozsądku, bo w pewnym momencie ruchy te trzeba poczuć, inaczej jest coś nie w porządku. W każdym razie jedna poczuje, że coś ma w brzuchu żywego w
17 tygodniu, inna w 18, a jeszcze któraś w 22. Rozpiętość czasowa jest więc spora i ja mam jeszcze jakiś miesiąc bez martwienia się o, jak to piszą, „aktywność ruchową płodu”. Czekam cierpliwie i staram się nie złościć, kiedy słyszę, że „ja to już czułam ruchy pod koniec pierwszego trymestru”. Może to trawienie kapuchy było, aż chce się odpowiedzieć.

I na koniec jeszcze coś: baby marzą, żeby po ciąży wrócić do swojego dawnego wyglądu, owszem – ja też chciałabym znów nosić swoje obcisłe dżinsy, ale jedno mogłoby zostać… Piersi.
Bardzo mi się podobają w rozmiarze, jaki mają teraz i naprawdę rozumiem teraz kobiety powiększające sobie cycki operacyjnie. Rozmiar robi różnicę!


 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

A może coś mu się stało i dlatego już do mnie nie dzwoni? Czyli o źle ulokowanych uczuciach

25 lut

Trafiłam tutaj ostatnio na blog nonkonformicjusza (http://nonkonformicjusz.blog.pl).

Staranną polszczyzną opisywane są tam miłosne podboje, których celem jest znalezienie
100 % ideału kobiety. Autor szeroko rozpisuje się na temat związków, które
zawiera, często zbyt szybko i pochopnie, zazwyczaj bez większego zaangżowania z
jego strony. Ot – świetny seks, miła rozmowa, ale… to nie to i hop – szukamy
dalej. Wszystko byłoby w porządku, gdyby dziewczyny też miały tak luźne
podejście do seksu jak faceci, których świetnym przedstawicielem jest
nonkonformicjusz. Można by wtedy uniknąć tak wielu upokorzeń, szarpaniny (w
przenośni i dosłownie), chodzenia z telefonem do toalety (bo a nuż akurat
zadzwoni), pisania esemesa przez pół godziny (żeby wysłać do niego idealną
treść – lekko zaczepną, ale niby obojątną, nie, że nam zależy, ale fajnie by
było, jakby odpisał etc.) i perfumowania sobie w Sephorze przegubu dłoni
perfumami, których używał Ten, o Którym Nie Możemy Zapomnieć, żeby sobie co jakis
czas „wąchnąć” i powspominać.
Z zaciekawieniem poznaję sposób myślenia i powody postępowania faceta, przez
którego cierpią kobiety. Pisząc o cierpieniu mam na myśli to paskudne poczucie
odrzucenia (nie dzwoni, nie pisze), rozczarowania (to to już koniec?!),
upokorzenia (to ja zgodziłam się na seks w garderobie, zrobiłam to, czego chciał, a teraz to się nie liczy?!), żalu (a już
myślałam, że moja samotność się skończyła), wstydu (to co, spotkamy się teraz
na imprezie i on rzuci mi zdawkowe cześć, chociaż jeszcze dwa tygodnie temu
paradowałam przed nim w samych pończochach?!) i jeszcze raz upokorzenia, tym
razem przed znajomymi (wszystkim już powiedziałam, ze jest KTOŚ…). 

Mogę teraz poczytać o tym, nad czym kiedyś głowiłam się całymi tygodniami, a
mój pamiętnik zamieniał się w studium analizy zachowania Tego, o Którym Nie
mogę Zapomnieć (a który mnie porzucił buuuuuu…..), analizy tego, co
powiedział i jakie to miało znaczenie (bo przecież jakieś miało!) i tego, co
przemilczał (dlaczego?!). A wszystko po to, by dociec, DLACZEGO, DLACZEGO ON
JUŻ MNIE NIE CHCE? Co zrobiłam źle, co jest ze mną nie tak itp. itd. Koszmar.
Tego, kto tego nie przeżył, zapewniam – jest to cierpienie.

I teraz oto czytam blog nonkonformicjusza i mogę poznać odpowiedzi na niemal
wszystkie moje pytania! Autor tego uroczego bloga wali między oczy: „Wiem, że
kobietom czasem po zakończeniu znajomości ze mną jest przykro, mam świadomość,
że gdy się cierpi po stracie kogoś, z kim się wiązało jakieś plany i nadzieje,
jest się rozczarowanym, że to boli i często można nawet żałować, że się daną
osobę w ogóle poznało. Wiem o tym.  (…) to cierpienie jest często
wynikiem całkowicie nieracjonalnych i nieuzasadnionych nadziei, co
doświadczenie z kimś takim jak ja uświadamia – być może boleśnie, zgoda – ale
na przyszłość już być może ktoś będzie mniej naiwny i nie będzie budował
„zamków na piasku”, tylko będzie szukać stabilniejszych podstaw do snucia
planów i realizacji marzeń. Wiem też, że niektórym dziewczynom po znajomości ze
mną jest też źle, bo zaangażowały się w znajomość z facetem, który pokazał im
parę fajnych rzeczy dotyczących relacji, tego jak można rozmawiać i milczeć,
jak można się razem spędzać fajnie czas na prostych rzeczach i dobrze się czuć z
drugim człowiekiem, jak może z kimś być w łóżku i poza nim, itd. A potem im to
wszystko „zabrał”, odchodząc”.

Jakkolwiek cynicznie to brzmi, wierzę w
szczerość autora (choć mnie samą to zdziwiło). Jak inaczej przekonać się, co nam
najbardziej smakuje, nie próbując wszystkich potraw, jakie mamy w zasięgu? Kiedy
tak się myśli o tym na chłodno, ma to swój sens… Tak się składa, że ja mogę wyrażać teraz
chłodne rozsądne opinie, bo miałam to szczęście, że po paśmie nieszczęśliwych
znajomości (nazwijmy je tak…) spotkałam faceta, który nie chciał już szukać
dalej, tylko zostać ze mną, a i ja poczułam, że znalazłam już tego, który
doskonale zastąpi mi wszystkich Tych o Których Nie Mogę Zapomnieć i tym samym
pokaże ich małość.
Więc mnie się udało, należę do tych, co „poszukały stabilniejszych podstaw
do snucia planów i realizacji marzeń”, jak to ujął mister
nonkonformicjusz.

Biada jednak tym, którym się to nie udało… Ściskam za Was kciuki, dziewczyny!

 

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ptak Nakręcacz miesza

23 lut

Rozpoczęłam piąty miesiąc ciąży.
Oczywiście umownie, bo nie znam dokładnego dnia zapłodnienia :D A nawet, jeśli
się dokładnie wie, kiedy plemnik trafił do jaja, to lekarz i tak nie bierze
tego pod uwagę – twardo liczy od dnia ostatniej miesiączki. Nie wiem, dlaczego,
ale tak lekarze liczą, mimo że wiadomo, iż zazwyczaj owulacja wypada w połowie cyklu.
Dlatego tylko 5 % terminów porodów wpisanych przez lekarzy do karty ciąży
sprawdza się w rzeczywistości.

Na początku czwartego miesiąca lekarz mi powiedział: „No, to teraz najprzyjemniejsza część ciąży”, czy jakoś
tak. W książkach też piszą, że drugi trymestr jest najlepszy, bo minęły
zawirowania i niebezpieczeństwa początków ciąży, a ciało nie rozrosło się
jeszcze tak bardzo, żeby było ciężko i niewygodnie.

Ale chyba mi doktor w złym momencie przepowiedział złoty czas brzemienności, bo co chwila łapię jakieś
infekcje i ogólnie czuję się słabo.

Za mną tydzień koszmarnego przeziębienia, drugiego już w ostatnim miesiącu. Pierwsze przeziębienie przeżyłam
spokojnie na syropku z cebuli i wziewach z soli kamiennej, ekologiczne
leczenie, nie ma co; właściwie bardziej wspominam to jako czas odpoczynku, niż
chorowania. Natomiast to, co mnie męczyło w ostatnich dniach, wspominam jako:

- nieprzerwany duszący kaszel z głębi trzewi, do utraty tchu (wolę tracić dech przy innych okazjach…);

- katar – na przemian cieknący i zatykający, czyli albo w popłochu szukałam kolejnej rolki papieru, bo kto by
się tam rozdrabniał na chusteczki, albo świszczałam nosem nie mogąc odetchnąć;

- światłowstręt (słońce prześwitywało przez rolety jak wściekłe; nie byłam w stanie czytać przy lampce,
bez lampki z przyczyn obiektywnych też nie, to dopiero była kara; gdy szłam do
lekarza, musiałam wyglądać jak zapłakany kret, bo – jak mówiono w TV – akurat była piękna słoneczna pogoda, co ja
odebrałam jako gwałt na moich oczach);

- ogólne poczucie zdechłości.

Mój kaszel był na tyle czarownie gruźliczy, że lekarka przepisała mi antybiotyk. Penicylina jest bezpieczna w
ciąży, koniec, kropka, musi pani brać, bo będzie gorzej. Brałam te wielkie
tablety Duomoxu z lękiem, troszkę zmniejszonym przeczytanymi opiniami w necie
(babki w ciąży, jak tylko trzeba im było brać antybiotyk, dostawały Duomox), ale
i tak czułam się jak zbrodniarka, kiedy słyszałam reakcję znajomych: „Bierzesz
antybiotyk?! ANTYBIOTYK?!!”

No cóż.

Zaufałam lekarce, która mówiła, że nieleczona infekcja jest bardziej niebezpieczna dla dziecka niż kuracja
antybiotykowa oraz że dziecku nie służy, kiedy ja oddycham przez zatkany nos,
bo mogę nie dostarczać mu odpowiedniej ilości tlenu. Wg mnie brzmi to
rozsądnie, za parę dni idę do gina, zobaczymy, jak on to skomentuje.

Mam mu też do zakomunikowania inną przykrą dla
mnie rzecz. Kolejny raz okazuje się, że wcale nie musi być tak, jak sobie
zaplanowałam. Nie wiem, czy to robota Ptaka Nakręcacza, w każdym razie porobiło
się tak, że nie będę mogła rodzić naturalnie. Od zawsze było to dla mnie
oczywiste, bo – po pierwsze – boję się operacji i nie chcę, żeby mnie rozcinano
i zszywano, po drugie – poród jest lepszy dla dziecka (oczywiście jeśli nie
trwa trzy dni…).

W książkach, w Internecie i w ogóle wszędzie naturalny poród wyniesiony jest na ołtarze, natomiast cesarskie
cięcie przedstawiane jest jako pasmo komplikacji, w dodatku często na życzenie
wyrodnej matki. Nie jest mi miło o tym czytać. Uważam, że kobiety, które ze
względu na zdrowie muszą mieć cesarkę, są dyskryminowane. O przygotowaniu do
porodu są całe elaboraty, o cięciu cesarskim – dziesięć zdań dotyczących
znieczulenia, szwów, blizny i wydłużonej rekonwalescencji (oczywiście
wydłużonej w stosunku do okresu po naturalnym porodzie, kiedy to matka już na
drugi dzień może hasać z dzieckiem w ramionach). Informacje są na tyle skąpe,
że nie wiem, jak temat ugryźć i będę musiała wypytać mojego doktora. Kto mi
wyznacza datę operacji, do kogo się zgłosić, jak przygotować i co, jeśli poród
zacznie się wcześniej, a ja przecież rodzić nie mogę?

Mam wrażenie, że książki i net wyznają zasadę: „Nie rodzisz – jesteś złem wcielonym i nic ci nie napiszemy
pocieszającego w naszych artykułach poświęconych macierzyństwu”. Będziesz mieć
problem z karmieniem – straszą – blizna może ropieć; nie będziesz mogła zająć
się dzieckiem tak szybko, jak kobieta, która urodziła, a twoje dziecko będzie
mieć problem z oddychaniem, bo u rodzącej w sposób naturalny pozbywa się wody z
płuc podczas przeciskania przez kanał rodny, a u ciebie nie. I tak dalej.

Swoje już przepłakałam i powoli godzę się z losem. Nie wiem, co z moją szkołą rodzenia (bardzo bym chciała
jednak chodzić, ale jak tam będą traktować taką, co nie musi się uczyć oddychać
i przeć?), legło też w gruzach moje marzenie o porodzie rodzinnym. Tak bardzo
będę się denerwowała i będę musiała sobie z tym radzić sama, bo pewnie mojego
męża pogonią na korytarz. On też jest rozczarowany, że nie będę jak inne zdrowe
kobiety, widzę to i przykro mi bardzo.

Wolę jednak zobaczyć moje dziecko nieco później (bo na czas zszywania mnie gdzieś je pewnie zabiorą) niż nie
zobaczyć go wcale, bo poród tzw. siłami natury może pozbawić mnie wzroku.

 

 


 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Walentynkowo-niespodziankowo

16 lut

Znowu jestem chora (przeziębiona), ale o tym innym razem. Dzisiejszy wpis poświęcam memu mężowi, w ramach Walentynek. Wiem, wiem, że dziś już jest szesnasty, ale czternastego nie byłam w stanie nawet przejrzeć gazety, taka byłam zajęta kaszlaniem i smarkaniem. Nadrabiam więc dziś.

Zacznę od tego, że moje mężydło nie za bardzo uznaje Walentynki („amerykańskie święto” itp.), ja tam też nie jestem jakąś namiętną fanką ściągania ze Stanów wszystkich ich zwyczajów, ale Walentynki lubię, bo czemu nie lubić dawania/otrzymywania prezentów? Paradoksem jest jednak to, że to mąż zawsze staje na wysokości zadania, a nie ja…

Rok temu leżałam w szpitalu i nie miałam jak zorganizować prezentu; mój mężulek pojawił się za to w odwiedzinach z bukietem moich ulubionych tulipanów… Baby na sali zzieleniały, hihi… W tym roku złożyła mnie choroba i znowu nie zdążyłam nic kupić na prezent. Za to mężydło pod pozorem kupna żarówek, pojechało na Bielany. Łamałam sobie głowę – sam chciał jechać na Bielany? W sobotę? Po żarówki?? Mój mąż nie cierpi jeździć na zakupy, zwłaszcza do centrów handlowych i zwłaszcza w weekendy i zawsze muszę przedstawiać mu plan zakupów i ich (ważny!) powód, żeby dał się przekonać. Nie ma szans pojechać, żeby sobie po sklepach połazić, ot tak. Przez Ikeę gna po tych strzałkach do kas, jakby go kto gonił. Więc… w końcu wpadłam na to, że może to o walentynkowy prezent dla chorej żony chodzi? Czekałam więc z ciekawością, aż wróci, ale przywiózł… tylko żarówki. Wkręcił je cały zadowolony i tyle. Położyłam więc uszy po sobie.

Ale na drugi dzień pękł. „Chcesz prezent dziś czy w poniedziałek?”, „Oczywiście, że dziś!”. No i zszedł do garażu i wrócił z niespodziankowym walentynkowym prezentem.

Mój mąż zaskoczył mnie do tej pory nie raz. Kiedyś wynajmowaliśmy mieszkanie na okropnym wrocławskim blokowisku opanowym przez gołębie, które – za przeproszeniem – wszędzie srały, a także tuptały tymi swoimi obleśnymi czerwonymi łapami po blaszanych parapetach, gruchały cholernie denerwująco/irytująco i w ogóle były okropne z tymi czerwonymi oczami i namolnością. Zaczynały hałasować o świcie, od razu mnie to budziło, ciśnienie mi z nerwów na te gady wzrastało błyskawicznie i miałam koniec słodkiego spania.

Mój mąż o tym dobrze wiedział, ale sądziłam, że się tym zbytnio nie przejmuje, bo, primo, raczej go to nie budziło, secundo – jak budziło, to zasypiał z powrotem. Ale pewnego razu wpółobudzona widzę, że mężydło stoi przy łóżku, pytam, co robi, a on na to absurdalny tekst: prostuję kosteczki. Niby że się przeciąga. Zaspana łyknęłam to i dalej spać. Dopiero w dzień do mnie dotarło, że to było bez sensu i pytam, o co chodziło, a on się przyznał, że usłyszał gołębia i poszedł go przepędzić, zanim mnie zbudzi i nie powiedział mi prawdy, żebym się nie zdenerwowała… Nigdy tego nie zapomnę.

Natomiast ostatnio mąż oglądał jakieś modelki w necie. Od słowa do słowa rzucił, że i tak woli mój tyłek. „Ale on jest coraz większy teraz” – ja na to. „No i co? Duży tyłek – więcej do oglądania” – rzucił mąż i włączył sobie swoją gierkę.

Takie to walentynki i wspominki.

Następny wpis na pewno o ciąży, bo już mi się sporo różnych nowych spraw na ten temat uzbierało.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Z prasy

11 lut

W grudniowym „Twoim Stylu” w
wywiadzie pani prezydentowa Anna Komorowska na pytanie, jak się zarządza domem
przy piątce dzieci, odpowiada: "A, to wyzwanie. Ktoś musi to wszystko
koordynować. Trzeba wiedzieć, kto kiedy wychodzi, na którą godzinę, o której ma
wrócić, kiedy się zacząć niepokoić". Prawda,
że proste i piękne? Można by tak zdefiniować miłość – pozwalać komuś żyć, tak,
jak tego pragnie, a martwić się i kontrolować, kiedy są ku temu powody. Gdy się
kogoś dobrze zna i rozumie – wiadomo, kiedy następuje ten moment, że trzeba
zareagować.

Natomiast w jednej ze styczniowych
„Polityk” zamieszczone są sylwetki osób, o których będzie głośno w 2011 roku
(wg „Polityki”). Niektóre życiorysy są fascynujące, np. Mike’a Lazaridisa.
Facet mieszka i działa wcale nie w USA, a w Kanadzie i jest twórcą telefonu
BlackBerry, szefem firmy zajmującej się m.in. metodami bezprzewodowego przesyłu
danych (od 1984 r. !) oraz wymyślił „największe w historii ostatniego półwiecza
i najbardziej śmiałe koncepcyjnie przedsięwzięcie w dziedzinie fizyki
teoretycznej – The Perimiter Institute (…) i podobną instytucję Institute for
Quantum Computing” dzięki czemu „pachnące obornikiem Ontario stało się (…)
zagłębiem nauk ścisłych Kanady i punktem, w którym przecinają się naukowe
ścieżki największych umysłów świata”. Przeznaczył na to 200 mln dol., bo uważa,
że w nauce jest jeszcze wiele do odkrycia, a nie każdy (a raczej prawie żaden)
fizyk i matematyk ma możliwość i finanse, by przeprowadzać rozmaite
eksperymenty, mogące – być może – wpłynąć na rozwój technologii, a globalnie
patrząc – całej ludzkości. Ilu biznesmenom na świecie przyszedłby do głowy taki
pomysł? Jeszcze jeden cytat charakteryzujący Lazaridisa: „… spędził 15 lat
budując firmę, o której wszyscy mówili, że nie może zostać zbudowana;
projektując technologię, o której mówiono, że nie zdoła stawić czoła
konkurencji; wykrawając solidny fragment ogólnoświatowego rynku, mimo iż
przekonywano go, że zostanie zjedzony żywcem”.

Drugi artykuł, który mnie
zafascynował, dotyczy Hinduski Indry Nooyi. Przyjechała z Indii na studia
(wcześniej zdobyła już wyższe wykształcenie w swojej ojczyźnie), pracowała w
Motoroli i ABB, po czym zatrudniono ją w PepsiCo. I w tej ostatniej zaczęła od
stanowiska szefa strategii, potem została szefem finansów, potem prezydentem
(drugą osobą po prezesie), a 6 lat później prezesem i szefem rady nadzorczej. Jest
więc najważniejszą osobą w korporacji, z największa władzą. Podziwiam jej determinację
i odwagę, imponuje mi bardzo taka kariera, tym bardziej, że wiem, iż sama nigdy
nie potrafiłabym dokonać tego, co ona, czy też Lazaridis.

Stoję sobie tylko cichutku z boku i…
PODZIWIAM. Cieszę się, że ja mogę sobie wieść moje spokojne, monotonne życie, a
inni potrafią dać z siebie tak wiele. I są szczęśliwi w swoim życiu, tak ja
jestem w moim.

"Polityka" pisze też o Gamalu Mubaraku, synu TEGO Mubaraka. W artykule jest wyrażone przekonanie, że we wrześniu młody Mubarak obejmie władzę po ojcu (w ustawionych wyborach) i będzie kontynuował rządy dyktatora. Wiadomo, co niedawno wydarzyło się w Egipcie. Jak to dobrze, że świat nie jest taki przewidywalny, ludzie potrafią się zbuntować, podnieść głowę i zburzyć to, co – wydawałoby się – już z góry ustalone i przyklepane.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wzdęcia, gazy, żylaki, hemoroidy, zgaga – czyli stan błogosławiony

07 lut

Całe szczęście większość tych uroczych objawów na razie mnie nie dotyczy, męczy mnie czasem jedynie zgaga, ale nie jest to jakaś wielka tragedia; pomaga spanie na dwóch poduszkach i jaśku. Tytuł notki nie wyczerpuje uroków brzemienności, więc wymieniam dalej: rozstępy, kłopoty z drogami moczowymi, bolesność piersi.
Staram się nie dopuścić do rozłażenia się skóry, bo i bez tego moja atrakcyjność fizyczna zjedzie gwałtownie w dół i smaruję się specjalnymi specyfikami. Równocześnie ignoruję zamieszczane w książkach ciążowych komunikaty, że na rozstępy pomagają jedynie dobre nierozstępowe geny i – w mniejszym stopniu – rozsądne przybieranie na masie.
.. Co do masy – jestem w 15 tygodniu i jak na razie przytyłam jakieś 4-5 kg. Mieszczę się w normie, ale przestałam się mieścić w swoich ubraniach… Przymierzyłam ostatnio wszystkie swoje spodnie, z tych luźniejszych; okazało się, że należy je już wrzucić do kategorii "dopasowane". A dawne dopasowane spodnie wylądowały w szafie w drugim szeregu… Sprawa jednak nie jest taka prosta, bo niewiele tych lużnych-nieluźnych portek mam, w dodatku i tak są na granicy dopinalności i lada chwila będę musiała zakupić jakiś spodzień, który uwzględni mój rosnący brzuch. Najłatwiej mam z sukienkami, mam kilka nietaliowanych, ale na co dzień wolę jednak spodnie, przynajmniej dopóki nie zacznie się wiosna.
Wracając do uroków ciąży, to czytałam, że często łapie się różne choroby pęcherza itp., no i faktycznie, trzecie z kolei badanie moczu wykazało bakterie. Przejęłąm się, że jakieś antybiotyki będą potrzebne, ale doktor dał mi jakiś ziołowy suplement diety wspomagający drogi moczowe; słowem – nie przejął się zbytnio bakteriami, więc i ja, jak na razie, nie panikuję. Mądre książki każą w ciąży pić 2 litry płynów, a przy tego typu schorzeniach zaleca się, by pić jeszcze więcej, ale ja jak dojdę do 6 szklanek, to jest dobrze. Nawet zapisywałam sobie ostanio każdą wypitą szklankę wody czy soku (bo herbata się nie liczy) i wydawało mi się, że się opiłam strasznie, ale po podliczeniu wynikało, że wypiłam ledwo ponad litr. Trudno. A i tak w nocy biegać muszę 4-6 razy do łazienki; to chyba jakiś trening do wstawania nocą do dziecka.
Co do cycków, to musiałam kupić większy biustonosz. Jak się całe dorosłe życie miało rozmiar A lub B z poduszkami, to trudno jest wybrać dla siebie jakąś inną wielkość. Nawet nie umiałam powiedzieć, jakiego rozmiaru szukam, brałam do przebieralni i B75, i B80, i C75 i tak do końca to żaden nie leżał dobrze. W końcu kupiłam jeden, który po tygodniu noszenia już zaczął być za ciasny – jak na razie pomogło wyjęcie poduszek.

I takie to ciążowe historie.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 
 

  • RSS