RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2011

Marzenia o aspirynie

28 sty

Jestem chora niestety, od paru dni. Całe szczęście dostałam L4, więc odpoczywam w domu.

I – leczę się odpoczywaniem… Bo nie mam za bardzo wyboru. Z leków z
apteki lekarka pozwoliła mi kupić Tantum Verde, ale nawet nie do ssania, tylko
w aerozolu – mogę sobie kilka razy psiknąć w bolącą gardziel. Oprócz tego
średniowieczne metody: syrop z cebuli, wdychanie oparów wrzątku z solą kamienną
(ale inhalacje ze ścierką na głowie już zabronione), maliny (skąd tu wziąć
maliny w styczniu?), nieśmiertelna cytryna (ale czosnek już nie). Mój gin, u
którego byłam dwa dni po internistce, okazała się być bardziej liberalny i na
łupiący ból w głowie pozwolił brać paracetamol, a na papier ścierny w gardle i
kolce na migdałach – Neoangin, ale ja się boję.

Powoli mój stan się poprawia (zużywam już 3 chusteczki na godzinę, a nie 10), więc
poprzestanę na niechemicznym leczeniu. Wprawdzie mój dzidziuś ma już wszystkie
kończyny i nawet żołądek, ale sporo jeszcze przed nim, więc nie chcę ryzykować.
Żaden lek (oprócz niesławnego Talidomidu…) nie był testowany na kobietach w
ciąży, więc nigdy nic nie wiadomo. Jak się dziecko z jakąś wadą urodzi, to jak
można potem udowodnić, że to od paracetamolu, na który pozwolił lekarz? Poza
tym nie mam na piśmie, że pozwolił…

Ot, takie małe paranoje ciążowe.

Odnośnie nóżek i rączek mojego dziecka, to widzieliśmy je na własne oczy z mężydłem na
prywatnym USG, zalecanym w 13. tygodniu. Tzn. zalecane jest dokładne USG, a że
w Polsce dokładny=prywatny (ergo – płatny), więc…

Dzidziuś leży sobie spokojnie na pleckach w pozycji, jaką przyjmuje się, leżąc w hamaku.
Lekarz musiał trochę stukać przyrządem do USG w mój brzuch, żeby dzieciak
trochę się obrócił, bo nie o podziwianie płodu tu chodziło, a zmierzenie
przezierności karkowej, jak sama nazwa wskazuje – na karku. Po wprowadzeniu
danych komputer wyliczył prawdopodobieństwo wystąpienia chorób u dziecka typu
Down, które – dzięki Bogu – mocno zmalało. Co nie znaczy, że znikło i z tą
świadomością matka musi żyć aż do porodu. Chyba że zrobi się jeszcze inne
badania, ale te znowu wpływają na bezpieczeństwo całej ciąży, więc – daliśmy
sobie spokój.

To naprawdę wielki dobrodziejstwo – to USG. Przyznaję, że miałam łzy w oczach, za
to mój mąż szczerzył się od ucha do ucha. Kiedyś przyszli rodzice byli
pozbawieni tego rodzaju wzruszeń podczas ciąży. O mającym się narodzić dziecku
nie wiedzieli prawie nic; uważam, że to mocno zubożało czas oczekiwania. Nie
wspomnę już o możliwości ewentualnego leczenia dziecka przed narodzeniem, w
razie wykrycia np. wady serca. USG jest nie do przecenienia.

I jeszcze jedno – zupełnie nie rozumiem szumu, jaki podniósł się, kiedy warunkiem
otrzymania becikowego miało być przedstawienie zaświadczenia od lekarza o
opiece nad ciężarną. Nie wyobrażam sobie nie kontaktować się z lekarzem w
ciąży! A która tego nie robi, faktycznie na becikowe nie zasługuje, bo jak chce
żyć w średniowieczu, to niech ponosi tego konsekwencje (w tamtych czasach
becikowego wszak nie było).
I bardzo dobrze, że zapis o obowiązkowych
wizytach u lekarza podczas ciąży powraca w przyszłym roku. Wg mnie – jest to
oczywistość. A jak która tego nie rozumie, to strach pomyśleć, jak będzie
leczyć swoje dziecko po urodzeniu. Czerwoną wstążeczką przywiązaną do wózka??

Jestem chora niestety, od paru dni. Całe szczęście dostałam L4, więc odpoczywam w domu.
I – leczę się odpoczywaniem… Bo nie mam za bardzo wyboru. Z leków z
apteki lekarka pozwoliła mi kupić Tantum Verde, ale nawet nie do ssania, tylko
w aerozolu – mogę sobie kilka razy psiknąć w bolącą gardziel. Oprócz tego
średniowieczne metody: syrop z cebuli, wdychanie oparów wrzątku z solą kamienną
(ale inhalacje ze ścierką na głowie już zabronione), maliny (skąd tu wziąć
maliny w styczniu?), nieśmiertelna cytryna (ale czosnek już nie). Mój gin, u
którego byłam dwa dni po internistce, okazała się być bardziej liberalny i na
łupiący ból w głowie pozwolił brać paracetamol, a na papier ścierny w gardle i
kolce na migdałach – Neoangin, ale ja się boję.
Powoli mój stan się poprawia (zużywam już 3 chusteczki na godzinę, a nie 10), więc
poprzestanę na niechemicznym leczeniu. Wprawdzie mój dzidziuś ma już wszystkie
kończyny i nawet żołądek, ale sporo jeszcze przed nim, więc nie chcę ryzykować.
Żaden lek (oprócz niesławnego Talidomidu…) nie był testowany na kobietach w
ciąży, więc nigdy nic nie wiadomo. Jak się dziecko z jakąś wadą urodzi, to jak
można potem udowodnić, że to od paracetamolu, na który pozwolił lekarz? Poza
tym nie mam na piśmie, że pozwolił…
Ot, takie małe paranoje ciążowe.
Odnośnie nóżek i rączek mojego dziecka, to widzieliśmy je na własne oczy z mężydłem na
prywatnym USG, zalecanym w 13. tygodniu. Tzn. zalecane jest dokładne USG, a że
w Polsce dokładny=prywatny (ergo – płatny), więc…
Dzidziuś leży sobie spokojnie na pleckach w pozycji, jaką przyjmuje się, leżąc w hamaku.
Lekarz musiał trochę stukać przyrządem do USG w mój brzuch, żeby dzieciak
trochę się obrócił, bo nie o podziwianie płodu tu chodziło, a zmierzenie
przezierności karkowej, jak sama nazwa wskazuje – na karku. Po wprowadzeniu
danych komputer wyliczył prawdopodobieństwo wystąpienia chorób u dziecka typu
Down, które – dzięki Bogu – mocno zmalało. Co nie znaczy, że znikło i z tą
świadomością matka musi żyć aż do porodu. Chyba że zrobi się jeszcze inne
badania, ale te znowu wpływają na bezpieczeństwo całej ciąży, więc – daliśmy
sobie spokój.
To naprawdę wielki dobrodziejstwo – to USG. Przyznaję, że miałam łzy w oczach, za
to mój mąż szczerzył się od ucha do ucha. Kiedyś przyszli rodzice byli
pozbawieni tego rodzaju wzruszeń podczas ciąży. O mającym się narodzić dziecku
nie wiedzieli prawie nic; uważam, że to mocno zubożało czas oczekiwania. Nie
wspomnę już o możliwości ewentualnego leczenia dziecka przed narodzeniem, w
razie wykrycia np. wady serca. USG jest nie do przecenienia.
I jeszcze jedno – zupełnie nie rozumiem szumu, jaki podniósł się, kiedy warunkiem
otrzymania becikowego miało być przedstawienie zaświadczenia od lekarza o
opiece nad ciężarną. Nie wyobrażam sobie nie kontaktować się z lekarzem w
ciąży! A która tego nie robi, faktycznie na becikowe nie zasługuje, bo jak chce
żyć w średniowieczu, to niech ponosi tego konsekwencje (w tamtych czasach
becikowego wszak nie było). I bardzo dobrze, że zapis o obowiązkowych
wizytach u lekarza podczas ciąży powraca w przyszłym roku. Wg mnie – jest to
oczywistość. A jak która tego nie rozumie, to strach pomyśleć, jak będzie
leczyć swoje dziecko po urodzeniu. Czerwoną wstążeczką przywiązaną do wózka??Jestem chora niestety, od paru dni. Całe szczęście dostałam L4, więc odpoczywam w domu. I – leczę się odpoczywaniem… Bo nie mam za bardzo wyboru. Z leków zapteki lekarka pozwoliła mi kupić Tantum Verde, ale nawet nie do ssania, tylkow aerozolu – mogę sobie kilka razy psiknąć w bolącą gardziel. Oprócz tegośredniowieczne metody: syrop z cebuli, wdychanie oparów wrzątku z solą kamienną(ale inhalacje ze ścierką na głowie już zabronione), maliny (skąd tu wziąćmaliny w styczniu?), nieśmiertelna cytryna (ale czosnek już nie). Mój gin, uktórego byłam dwa dni po internistce, okazała się być bardziej liberalny i nałupiący ból w głowie pozwolił brać paracetamol, a na papier ścierny w gardle ikolce na migdałach – Neoangin, ale ja się boję. Powoli mój stan się poprawia (zużywam już 3 chusteczki na godzinę, a nie 10), więcpoprzestanę na niechemicznym leczeniu. Wprawdzie mój dzidziuś ma już wszystkiekończyny i nawet żołądek, ale sporo jeszcze przed nim, więc nie chcę ryzykować.Żaden lek (oprócz niesławnego Talidomidu…) nie był testowany na kobietach wciąży, więc nigdy nic nie wiadomo. Jak się dziecko z jakąś wadą urodzi, to jakmożna potem udowodnić, że to od paracetamolu, na który pozwolił lekarz? Pozatym nie mam na piśmie, że pozwolił…Ot, takie małe paranoje ciążowe.Odnośnie nóżek i rączek mojego dziecka, to widzieliśmy je na własne oczy z mężydłem naprywatnym USG, zalecanym w 13. tygodniu. Tzn. zalecane jest dokładne USG, a żew Polsce dokładny=prywatny (ergo – płatny), więc…Dzidziuś leży sobie spokojnie na pleckach w pozycji, jaką przyjmuje się, leżąc w hamaku.Lekarz musiał trochę stukać przyrządem do USG w mój brzuch, żeby dzieciaktrochę się obrócił, bo nie o podziwianie płodu tu chodziło, a zmierzenieprzezierności karkowej, jak sama nazwa wskazuje – na karku. Po wprowadzeniudanych komputer wyliczył prawdopodobieństwo wystąpienia chorób u dziecka typuDown, które – dzięki Bogu – mocno zmalało. Co nie znaczy, że znikło i z tąświadomością matka musi żyć aż do porodu. Chyba że zrobi się jeszcze innebadania, ale te znowu wpływają na bezpieczeństwo całej ciąży, więc – daliśmysobie spokój.To naprawdę wielki dobrodziejstwo – to USG. Przyznaję, że miałam łzy w oczach, zato mój mąż szczerzył się od ucha do ucha. Kiedyś przyszli rodzice bylipozbawieni tego rodzaju wzruszeń podczas ciąży. O mającym się narodzić dzieckunie wiedzieli prawie nic; uważam, że to mocno zubożało czas oczekiwania. Niewspomnę już o możliwości ewentualnego leczenia dziecka przed narodzeniem, wrazie wykrycia np. wady serca. USG jest nie do przecenienia.I jeszcze jedno – zupełnie nie rozumiem szumu, jaki podniósł się, kiedy warunkiemotrzymania becikowego miało być przedstawienie zaświadczenia od lekarza oopiece nad ciężarną. Nie wyobrażam sobie nie kontaktować się z lekarzem wciąży! A która tego nie robi, faktycznie na becikowe nie zasługuje, bo jak chceżyć w średniowieczu, to niech ponosi tego konsekwencje (w tamtych czasachbecikowego wszak nie było). I bardzo dobrze, że zapis o obowiązkowychwizytach u lekarza podczas ciąży powraca w przyszłym roku. Wg mnie – jest tooczywistość. A jak która tego nie rozumie, to strach pomyśleć, jak będzieleczyć swoje dziecko po urodzeniu. Czerwoną wstążeczką przywiązaną do wózka??
 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

O tym, jak się zamyka oczy na fakty

24 sty

 

Zadałam sobie trud przeczytania raportu sporządzonego przez MAK. Ponad 200 stron. Skupiłam się głównie na
podanych przyczynach tego, co się stało 10. kwietnia. Chciałam się dowiedzieć, skąd te okrzyki o hańbie, nożu w plecy itd. I – nie wiem.

Nie jestem fachowcem, ale raport wydaje mi się rzeczowy i dokładny. Skrupulatnie są przedstawione działania i
zaniechania Polaków (tych, którzy przygotowywali lot oraz pilotów); analizuje się doświadczenie pilotów, atmosferę w kokpicie, stan samolotu (nie był nawet ubezpieczony!).

W raporcie wspomniany został incydent gruziński (świadczący na niekorzyść prezydenta Kaczyńskiego, bowiem
dowodzi jego buty i przekonaniu o nieomylności). Dowiadujemy się też o
dotychczasowych lotach kapitana TU154 (niemal zawsze był drugim pilotem, a więc
bardzo rzadko podejmował kluczowe decyzje odnośnie bezpieczeństwa lotu),
wytknięto pilotom słabą znajomość języka rosyjskiego (sic!), lekceważenie
ostrzeżeń, niedokładne pomiary, nieprawidłowe odłączenie autopilota, słowem -
nieprzestrzeganie mnóstwa procedur wymaganych podczas współpracy pilotów w
kokpicie. W końcowej fazie lotu piloci najprawdopodobniej zamiast we wskazania
przyrządów patrzyli w okna wypatrując pasa do ladowania! Wszystko to, punkt po
punkcie, wyliczone jest w raporcie. Napisano, jak powinno być i – jak było.

Myślę, że można zliczyć 150 przyczyn tej katastrofy. Do tego być może doliczyć można kilka zaniedbań ze
strony rosyjskiej – w raporcie rzeczywiście nie są brane pod uwagę jakiekolwiek
nieprawidłowości ze strony wieży na lotnisku. Przytaczane są za to wiele
mówiące wypowiedzi wściekających się żołnierzy z wieży – że nie rozumiemy, co
oni mówią do nas po rosyjsku, że się pchamy z tym samolotem, że nie
powiadomiliśmy nawet o tym, że samolot wystartował.

Było mi wstyd, jako Polce, jak czytałam ten raport. I najważniejszy wniosek, jaki mi przyszedł do głowy, to
taki, że należy szukać winnych pośrednio tej katastrofy.

 

Ktoś organizował ten lot ze strony formalnej i nie przewidział lądowania na lotnisku zapasowym – KTO?

Na pokładzie brakowało rosyjskiego nawigatora – ktoś tego nie dopilnował – KTO?

Ktoś wybrał taki a nie inny skład pilotów Tu154, mimo formalnych przeszkód (przerwa w lataniu etc.) – KTO?

Ktoś zadecydował, że na pokładzie jednego samolotu będzie większość najważniejszych osób w państwie – KTO?

Ktoś miał się wściec, w razie niewylądowania na czas w Smoleńsku – KTO?

I tak dalej, i tak dalej.

Wśród okrzyków o hańbie rozmyje się odpowiedzialność wielu osób, które nadal będą organizować podróże
najważniejszych osób w Polsce.

Czytałam kiedyś o tym, jak to robią w USA. Sztab wielu osób analizuje pogodę, teren położenia lotniska,
ewentualne okoliczności niesprzyjające. Szykowany jest plan B i C. Przed
przylotem prezydenta na lotnisko leci wysłannik Białego Domu i osobiście
sprawdza przygotowanie na przyjęcie głowy państwa. Wreszcie na krótko przed
samolotem z prezydentem na pokładzie na lotnisku ląduje identyczny samolot –
niejako na próbę. Jeśli wystąpią jakiekolwiek kłopoty, czy to z wieżą czy z
pogodą – samolot z prezydentem odlatuje!

Nie mamy możliwości finansowych na takie działania. To raz. Prezydent USA ma większe znaczenie dla świata niż
prezydent Polski. To dwa. Ale jeśli dołożymy do tego nasze lekceważenie
przepisów, żarty w kokpicie zamiast konkretów (z rozmowy pilota z nawigatorem –
jaka pogoda? Odpowiedź: Zimno), tzw. ułańską fantazję, czyli: idziemy na żywioł
chłopaki, a co tam!, przekonanie o nieomylności (nie będzie nam tu Rusek nic
rozkazywał), to ja się zupełnie nie dziwię, że stało się to, co się stało. Udawało
się wiele razy, owszem, z nieprzeszkolonymi pilotami i przy kiepskiej pogodzie.
Ale raz się nie udało.

Jedyny wniosek, jaki wyciągnął z tego Jarosław Kaczyński? WINNI SĄ ROSJANIE. Jedyna wersja raportu, jaką by
zaakceptował? ROSJANIE UPARLI SIĘ, ŻE TU154 MA WYLĄDOWAĆ, PILOCI POLSCY NIE
MOGLI NIC W TEJ KWESTII ZROBIĆ, ZOSTALI PRZEZ RUSKICH ZMUSZENI DO ZNIŻENIA SAMOLOTU
NA WYSOKOŚĆ ROSNĄCYCH DRZEW I – OSTATECZNIE – DO ROZBICIA O ZIEMIĘ.

Koniec i kropka, innych wniosków Jarosław nie posiada.

Chyba czytał raport z zamkniętymi oczami.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Książki ciążowe

20 sty

Jestem sumienną osobą. I zawsze dużo czytałam. To przekłada się teraz na poświęcanie czasu książkom o ciąży.

Po pierwsze (muszę to przyznać) – są pomocne, uzupełniają wizyty u lekarza, który oczywiście nie ma czasu robić mi wykładu na temat procesów zachodzących w moim brzuchu. Tu książka prawdę mi powie. Wielka zaleta.

Po drugie – bywają "zabawne". Porównują dziecko (a w zasadzie rosnący zarodek) do zwiniętej krewetki czy paczki dropsów. To tak na wypadek, jakby durna ciemna matka nie wiedziała, ile to jest 3 cm. Hmmm…, wątpliwa zaleta.

Po trzecie – są frustrujące. Rozdział o odżywianu w ciąży powalił mnie na łopatki, dobrze, że leżałam w łóżku. Dzienna porcja jedzenia to tyle a tyle białka, tyla a tyle wapnia, tyle owoców żółtych, tyle zielonych, a tyle czerwonych warzyw. Jak nie będziesz bilansować posiłków, zaszkodzisz swemu dziecku. Jedz rośliny strączkowe, ogranicz sól, ale nie eliminuj, tłuszcz jest konieczny, ale nie za wiele, pij odtłuszczoną wzbogaconą maślankę (?!) etc. To tylko malutka część zaleceń. Porcje wskazane do spożycia podane są w – uwaga – kubełkach, co – jak wyjaśniono w przypisie – jest amerykańską miarą i wynosi 0,55 l. I tak w tych kubełkach podają ilości kalafiora, marchewki, mięsa czy sera. Bardzo praktyczne. Bardzo.
Najlepszy był podrozdział pt. "Liczy się każdy kęs". Zalecał on przyszłym matkom uważne przyglądanie się temu, co nabiły na widelec i zadanie sobie szeregu  pytań: czy jest to pełnowartościowy posiłek? Czy zjadając to, dostarczę mojemu dziecku witamin i niezbędnych mikroelementów? Czy kęs ten nie wynika li i jedynie z mojego łakomstwa? Przepraszam, ale ja wysiadam.

Po czwarte – są nieżyciowe. W myśl autorów powinnam zlecić firmie wodociągowej przebadanie mojej wody w kranie na obecność substancji mogących zagrozić kobiecie w ciąży. Rozumiem, że przez 30 lat mogłam podtruwać się ołowiem z rur, ale teraz basta! Przebadać wodę i w razie czego założyć specjalny filtr! Było tam coś jeszcze o oddaniu samochodu do przeglądu fachowcom, żeby stwierdzili poziom bezpieczeństwa dla dziecka i jeszcze kilka tego typu rozdziałów. Jakbym zaczęła realizować zalecenia w nich zawarte, ludzie zaczęliby rysować kółka na czole na mój widok. Uff…

Ponieważ książki mam dwie, a jedna jest rozmiarów encyklopedii, na pewno jeszcze nie raz zainspirują mnie do stworzenia na ich temat notki. Na dziś to tyle.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Zabawny mąż to skarb

19 sty

A najśmieszniej jest, kiedy nie robi tego celowo…

Ja: Kochanie, co robimy na Walentynki?

- A kiedy to jest?

Ja: …….

- Dwunastego?

 —————————————–

Ja: Ale dobry chleb kupiłeś! Co to za chleb?

- No… Powiedziałem: poproszę chleb…

 —————————————–

Przeczytałam mężowi artykuł o jedzeniu biednych, które teraz
wywędrowało na stoły bogaczy i snobów. Tak było z sushi (zjadał biedak resztkę
zimnego ryżu z kawałkiem ryby, której nie udało mu
się sprzedać), a także z haggisem. Jest to posiłek biednych pasterzy szkockich,
składa się z podrobów owcy zaszytych… w żołądku owcy i tak ugotowanych. Teraz
jest to snobistyczna potrawa dla bogatych. Moje obrzydzenie do podrobów, nawet
nie zaszywanych w niczym, jest dobrze znane mężowi. Kiedy więc na drugi dzień
zadzwonił domofon i dobrze było wiadomo, kto dzwoni, bo o tej porze
spodziewaliśmy się gościa, a mąż powiedział do słuchawki „halo”, zbeształam go:

- No i co mówisz „halo”. Wiadomo przecież, kto to.

- Nie bądź taka pewna. A jak to jakiś Szkot z haggisem i
będzie kazał ci go zjeść?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Skąd w ogóle wziął się ten blog?

13 sty

Małe słowo wyjaśnienia nazwy: bardzo bliska jest mi idea Harukiego Murakamiego, którą przedstawił w „Kronice Ptaka Nakręcacza” – życie sobie płynie, szkoła, praca, dom… aż tu nagle, jak się nie wydarzy! – co oznacza, że tajemniczy Ptak Nakręcacz nakręcił sprężynę wydarzeń świata.

Blog ten zaczęłam pisać, kiedy Ptak Nakręcacz tak mocno nakręcił sprężynę, że poczułam, iż przebił wszystkie dotychczasowe „hity” mojego życia – poznanie mojego przyszłego męża, kupno mieszkania (niestety, na kredyt, brany w dodatku jesienią 2008, a był to czas znikających ofert kredytowych i w bankach częściej się słyszało się słowo kryzys niż kredyt), zaręczyny, ślub (ach, co to był za ślub :)) i  w końcu fakt bycia żoną… I to wszystko tuż przed trzydziestką… No, teraz już po. Pewnie opiszę tutaj te minione wydarzenia, jakoś po drodze.

Przez ostatnich kilka lat ani myślałam, że uda mi się wyjść za mąż i to za tak wspaniałego faceta, że lepiej bym go sobie nie wymyśliła. W końcu jak człowiek zbliża się do lat trzydziestu i ma na koncie kilka związków, z których żaden dobrze nie rokował, przestaje widzieć siebie w roli żony. Turnus mija, a ja niczyja…
Ale udało się.

Przez całe swoje dorosłe życie ani razu nie marzyłam o tym, by mieć dziecko. Dzieci są denerwujące, piszczą, krzyczą, brudzą, psują, a przede wszystkim absorbują – czas, uwagę, siły… Po ślubie też nie spłynął na mnie nagle instynkt macierzyński. W rodzinie jest kilkoro dzieci, dla których jestem ciocią – i to mi wystarczało, aż nadto. Znam kilka par w gronie moich znajomych usilnie starających się o dziecko, kibicowałam im zawsze, ale nie mobilizowało mnie to do własnych prób. W końcu jednak doszło do rozmowy, którą przytaczam na początku mojego blogowania. Zaczęłam główkować – jeśli nie teraz, to nigdy, a jeśli nigdy, to znaczy, że nie przekonam się, jakie to uczucie – mieć swoje własne dziecko, urodzone przez siebie, wychowywane wg swoich zasad, zależne od mojej opieki… To dopiero wyzwanie.
No i z nastawieniem – będzie to będzie, nie będzie – to nie – przystąpiliśmy do próbowania i  bardzo szybko okazało się, że… będzie.
Ruszyła machina. Ptak nakręcił sprężynę. Ponieważ podobno po porodzie wszystko się zmienia, zapisuję, jak się rzeczy mają przed… A Was, drodzy czytelnicy, biorę na świadków :)

PS
Czy to nie niepoważne, że pocieszam się, że np. taka Agnieszka Chylińska z wielką radością zdecydowała się nie tylko na jedno dziecko, ale i na drugie? ;)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Moje humanistyczne wykształcenie to szajs na rynku pracy

12 sty

Nie wiem, gdzie chciałabym pracować. Dlatego nie zmieniam mojej obecnej pracy, chociaż zawsze rano idę do niej niechętnie, a po południu jak najszybciej się zmywam :) Pytania z cyklu – co chciałabyś robic, co lubisz robić – stresują mnie straszliwie, bo odpowiedzi na nie szukam od kilkunastu lat i – ani widu, ani słychu. Mam swoje preferencje, ulubione zajęcia, zainteresowania – ale nic z tego nie nadaje się na pracę. Zarobkową pracę. Moje humanistyczne wykształcenie to szajs na rynku pracy. Nic tego nie zmieni, chyba że zaczną płacić za czytanie książek i oglądanie filmów. Płacą co prawda za pisanie książek i kręcenie filmów, w moim przypadku to pierwsze jest nawet możliwe do realizacji, tylko… nie jest to takie proste, jak kiedyś myślałam i prawdą jest wypowiedź jakiegoś pisarza, że pisanie książki to piłowanie trupa, a w dodatku małe są szanse, żeby pociekła krew…
Mam na swoim dysku kilka takich pokiereszowanych trupów i nie wiem, co będzie z nimi dalej…
Nie rzucam więc mojej nużącej pracy, bo jest nieciężka i nie zabiera mi weekendów (w przeciwieństwie do poprzedniej), a odpoczynek od niej podaruje mi moje dziecko, kiedy je już urodzę – a wtedy zacznie się zupełnie inne pracowanie…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

babcie, dziadkowie

07 sty

Ani moi rodzice, ani rodzice mężydła nie mieszkają w mieście, w którym my mieszkamy :) Nie ma szans na jakieś odbieranie ze żłobka czy inne udogodnienia. Poza tym, nie miałabym sumienia obarczać rodziców rozbrykanym smykiem (że użyję terminologii prasy ciążowo-macierzyńskiej), bo wiem, ile nerwów i cierpliwości taki dzieciak wymaga. Znam też ich zdanie dotyczące podrzucania im wnuków – godzinę owszem, ale z jakiej paki cały dzień? Swoje dzieci odchowali dawno temu, ich sposoby zajmowania się dzieckiem odeszły w niepamięć, nie wiedzą już, co zrobić, żeby dziecko przestało się drzeć, nie mają sił ani ochoty bawić się w Indian czy, co gorsza, w bohaterów kreskówek, których nie znają. I ja to doskonale rozumiem. I zrozumcie też to wy, którzy zostawiacie swoje pociechy (chyba za dużo prasy macierzyńskiej…), tj. rozpieszczone dzieciary swoim rodzicom, po to, by iść do kina czy na koncert. Spytajcie najpierw rodziców, kiedy oni byli w kinie…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zadatki na wyrodną matkę

07 sty

Czytam teraz książki i prasę ciążowo-dziecięcą. Książki są miejscami przedumane, pewnie dlatego, że to tłumaczenia amerykańskich poradników. Przeglądałam wczoraj rozdział mówiący o tym, jak powiedzieć rodzinie o ciąży. Proponowano niekonwencjonalne sposoby („bo tak jest ciekawiej”), czyli np. zamieszczenie ogłoszenia w gazecie: „Dziadek i babcia poszukiwani do opieki nad wnukiem” (i pokazanie tego ogłoszenia zainteresowanym) czy rozdanie rodzinie zaproszeń na urodziny z datą porodu. Powaliła mnie ta oryginalność! Zaczynam żałować, że moja informacja o ciąży brzmiała: „Jestem w ciąży”! :)

Prasa ma tę zaletę, że zamieszcza dużo zdjęć. Zazwyczaj prześlicznych bobasów albo matek z przerażonym wzrokiem wpatrujących się w termometr. Te zdjęcia pomijam. Pomocne są za to te pokazujące krok po kroku zakładanie pieluchy albo ubieranie dziecka na spacer zimą. Tylko już rzygam infantylnością opisów, gdzie dziecko jest „smykiem”, „szkrabem”, „małym rozrabiaką”… „Posmaruj smykowi nosek i policzki tłustym kremem. To uchroni szkraba przed mroźnym wiatrem, zwłaszcza jeśli mały rozrabiaka będzie hasał bez wytchnienia po placu zabaw” – litości!!!

Nie mam dokuczliwych mdłości, czasami w autobusie mnie łapie albo wieczorem ni z tego ni z owego. Poważnie niedobrze zrobiło mi się przy artykule o pleśniawkach, w którym rozpisano się o białym kożuchu pokrywającym buzię dziecka. A już myślałam, że po tłustych żółtych łuskach ciemieniuchy, sypiących się spomiędzy włosów, nic wstrętnego już mnie nie spotka…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Co szkodzi ciąży i dlaczego prawie wszystko

04 sty

Ciąża składa się z zakazów i nakazów. Paraliżujących – no bo przecież kto chce zrobić krzywdę swemu dziecku nienarodzonemu (pomijam patologie). A zaszkodzić może tak wiele różnych rzeczy, że chciałoby się zrzucić na kogoś tę odpowiedzialność. Skrzywdzić nieświadomie, dowiedzieć się po fakcie, że to co się zrobiło, zjadło, wypiło – może mieć nieodwracalny fatalny wpływ na rozwój płodu (piękne słowo: płód…) – to są w ciąży lęki ogromne.

Moja mama mówi: ale co ty wymyślasz.
Co wymyślam? Kiedyś były trzy zasady: nie pić i nie palić, ostrożnie z lekami. Proste, łatwe do zapamiętania, logiczne. Ale powiedz mi, mamo, czy w twoich czasach były solaria? A może chociaż samoopalacze? A kremy z kwasami AHA? Z retinolem? A sery pleśniowe? Zielona herbata? Nie? To może czerwona? O sushi już nie wspomnę…

Wszystko to, co wymieniłam, jest w ciąży niewskazane lub wręcz zabronione. Nie to, że dostałam jakąś listę z wytycznymi od lekarza albo że na tych produktach są ostrzeżenia dla ciężarnych (kolejne piękne słowo). NIE MA TAK ŁATWO! Wszystkie tego typu informacje trzeba sobie znaleźć samemu (najłatwiej w internecie), a potem jeszcze skonsultować je z ginem, by oddzielić ziarna od plew. No bo paznokcie obcinać można i nawet tipsy można mieć :) A opinie na forach na ten temat czasami porażają ciemnogrodem…

Żeby jeszcze istniała prosta zależność – stosujesz się do wytycznych, dziecko będzie zdrowe… A tak ileż to razy słyszy się, że zabiedzona ćpunka rodzi zdrowego bobasa, a odpowiedzialnej kobiecie z plikiem badań poświadczających jej doskonałe przygotowanie do macierzyństwa trafia się… wiecie o co chodzi. Wystarczy zerknąć, kogo pod skrzydłami mają rozliczne fundacje, np. Zdążyć z pomocą.

Doktor zabrania mi się stresować.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Bunt maszyn

03 sty

Nowy rok zaczął się od buntu maszyn. Chciałam doładować bilet (o, przepraszam najmocniej pana prezydenta Dutkiewicza, nie żaden bilet, tylko URBANCARD; URBANCARD – TO BRZMI DUMNIE; wg mnie – durnie, ale co zrobić…)
Pan w kiosku rozłożył ręce – bardzo chętnie by mi doładował (hm, hm), ale nie przestawiono mu tej maszyny doładowawczej i po prostu nie może spełnić mojej prośby. Super, a specjalnie wstałam wcześniej, żeby załatwić sprawę z biletem. A miało być tak pięknie i nowocześnie! Czułam, że jak coś zaczyna się gigantycznymi kolejkami składającymi się ze zniecierpliwionych i zdezorientowanych ludzi nie moze być dobre. A na pewno nie nowoczesne.

Cóż, pognałam kawałek dalej do automatu, który to w prosty i nowoczesny sposóbmiał słuzyć nam, wrocławianom, do aktualizacji urbana. Przede mną męczył się chłopak, wkładał kartę płatniczą, którą maszyna uparcie wypluwała. Zrezygnowany poszedł sobie.

Potem dziewczyna jakaś – wsuwała banknot stuzłotowy jednym otworem, a ten wysuwał się po sekundzie drugą szparą – moze to jakaś pralnia pieniędzy?? Może wysuwający się banknot nie był tozsamy z wsuniętym?? W każdym razie – dziewczyna zrezygnowana poszła sobie.

Potem ja również walczyłam za pomocą stówy. Nic z tego. Próbowąłam w kiosku, który zawsze sprzedawał bilety okresowe – pani powiedziała, że ze tylko prywatne kioski mogą doładowywać urbana, a kioski Ruchu nie. A MIAŁO TO BYĆ TAKIE UŁATWIENIE!!! SZLAG JASNY!!! KIOSKARKA ODESŁAŁA MNIE NA POCZTĘ!!! THANK YOU, MR. PRESIDENT!

Butnie pojechałam na gapę, bo w końcu trzeba było zacząć poruszać się w kierunku pracy, ale przy przesiadce znowu zaatakowałam automat z mocnym argumentem – 100 PLN. Automacicho nie zaakceptowało papierka, mimo że jak byk samo z siebie ogłasza: przyjmuje banknoty 20, 50, 100 złotowe. Ustawiła się za mną kolejka. Ulitował się jakiś chłopak – on nie przyjmie tej stówy. Ja: Ale dlaczego, przecież napisane…. On: Ale jak ma pani kwotę do 50 zł, to on max 50 zł weźmie. O, trzymajcie mnie! Co za światłe i światowe zarazem automaty! Oczywiście nie miałam 50 zł, ale inna osoba z kolejki rozmieniła mi stówkę i wyobraźcie sobie Wy, którzy to czytacie – maszyna 50 zł zżarła, a po chwili wydała mi resztę i paragon! I bilet się nawet załadował!

Dojechałam do pracy, juz legalnie, po czym moje narzędzie pracy okazało się niekompletne – komuter owszem, włączył Windę, ale nie zdołał uruchomić netu. Szlag jasny, bez netu, to ja sobie mogę w pracy na drutach robić. Sweterki. Telefon działał, więc zadzwoniłam do Dialogu. Dziesięć minut wstukiwania guzików, zeby w końcu z kimś pogadać. Wybrałam zgłoszenie awarii związane z internetem, odzywa się babka – w czym, mogę pomóc? Nie mam internetu. Aha, numer klienta poproszę… REGON… Na kogo zarejestrowany jest internet… Co robiłaś wczoraj o 22:30… – no, prawie że zapytała. Po czym miss konsultantka rzecze: łączę z działem internetu. A tam przesłuchanie od początku: nr klienta. REGON… Ratunku!!!

I się zaczęło: a czy jest ruter, a co się świeci na modemie, a czy resetowałam modem, a czy resetowałam ruter, a ona musi sprawdzić konfigurację i w tym celu jeden z dwóch kabli z rutera mam przepiąć do modemu, a drugi do komputera… Ale proszę pani, który kabel i gdzie mam go dokładnie wpiąć? Do karty sieciowej. Ale gdzie ta karta? I tu padł tekst roku: PRZECIEŻ TO PANI SPRZĘT. K… mać, dodam jeszcze, że te akrobacje z kablami i modemem wykonywałam kucając pod biurkiem, jedną ręką trzymajac słuchawkę… Nie moze pani przysłać tu kogoś z Dialogu??! – wkurzyłam się już maksymalnie. Nie, bo muszę sprawdzić, po czyjej stronie jest problem – na to mi mówi ta bicz. Powiedziałam jej, ze nie będę przepinać żadnych kabli, bo nie wiem, który gdzie i nagle – cud – baba mówi zebym poczekała chwilę, po czym oznajmia mi, że właśnie sprawdzili, ze u nich wszystko w porządku, więc problem musi być u nas! A więc po co szopka z kabelkami, skoro mogła to sprawdzić zdalnie? A moze nie mogła, tylko mnie okłamała? Ta druga wersja wydaje się bardzo prawdopodobna, bo po półgodzinie wiszenia z informatykiem na telefonie i szukaniu po omacku przyczyn nagle internet pojawił się sam z siebie, deus ex machina po prostu!

Konkluzja zasuwa mi się taka – KTOŚ chce dbać o moją kondycję. Najpierw pan Dutkiewicz przegonił mnie galopem w poszukiwaniu maszyny, która mnie obsłuży, potem Dialog zmusił mnie do skłonów, kucnięć i przewieszania się przez biurko. A ja, głupia, chciałam spokojnie usiąść na swojej d… i pojechać do pracy, gdzie również wykorzystując własną d… przesiedzieć na niej w spokoju 8 godzn…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - wrocławianka

 
 

  • RSS