RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2010

Back to reality…

27 gru

Wyjazd na Święta w góry był pomysłem dos-ko-na-łym. Pogoda była jak z amerykańskich filmów o Christmas – słońce i leniwie opadające płateczki śniegu, do tego lekki mróz. Cudo. Spacery po śniegu i w śniegu, zjeżdżanie na sankach (chyba pierwszy raz od 20 lat śmigałam z górki, trzymając lejce w rękach), a wieczorem kupa śmiechu przy Scrabblach. Zero telewizji, zero ciężkiego brzucha, skutecznie niwelowanego spacerowaniem wśród ośnieżonych drzew. I wśród saren! Podchodziły naprawdę blisko. Dla nas to atrakcja, ale one pewnie głodne bidule…


 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pierwsze takie Święta

23 gru

Bardzo filmowo by było czekać z informacją o dwóch buraczkowych kreskach do wspólnego świątecznego spotkania z rodziną w górach. Ale pomyślałam, że baby by mi nie wybaczyły tak długiego trzymania języka za zębami, co potwierdziło się, kiedy zadzwoniłam po czterech (!) dniach zwłoki (w czasie których zdążyłam wcisnąć się na wizytę do doktora; potwierdził wynik testu).
- No wiesz! Wiesz od soboty, a dzwonisz we wtorek? (to mama)
- No i ile jeszcze chciałaś czekać z informacją! (siostra)
Święta i tak będą wyjątkowe, bo pierwszy raz jedziemy sobie w góry, do pensjonatu/schroniska. Pierwszy raz mama nie będzie latać od pierogów do stołu i z powrotem, nie będziemy po kolei nosić barszczówek z barszczem, nie będziemy krzyczeć do mamy „usiądź wreszcie”, oczekując równocześnie non stop zastawionego jadłem stołu i czystych talerzy.
Trudno było pomóc mamie, Wielkiej Gospodyni, skoro wszystko wie najlepiej, to jej kuchnia, jej gotująca się woda na uszka i jej skwiercząca rybka na patelni. Nie było jak się w to wciąć, nie wiedzieliśmy, na jakim etapie gotowania jest barszcz i na której półce w piwnicy leży sernik i gdzie jest karp w galarecie. Postanowiliśmy więc położyć temu kres i po raz pierwszy pozwolić mamie odpocząc w czasie Świąt, a nie po.
Zobaczymy, jak to wyjdzie, wyjazd jutro.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Grzybki w occie, papryka w occie, ogórki w occie

23 gru

Z początkiem grudnia musiałam pójść do apteki po test, bo mogłam sobie w takie szybkie zajście nie wierzyć, ale trzeba było jakoś wyjaśnić przyczyny braku okresu. Od dwóch tygodni nosiłam w torebce awaryjne podpaski i jak dotąd nie były potrzebne. Mężydło nie wierzyło takoż, „na pewno niedługo dostaniesz, przecież dopiero co zaczęliśmy próbować”. Pochłaniałam co prawda od dwóch tygodni spore ilości octu, a raczej tego, co w nim pływa, ale zawsze lubiłam tego typu kwaśności i często słyszałam „a może tyw ciąży jesteś”, więc nie robiłam z powodu mojego apetytu na ogórki jakiegoś halo. Zdarzyło mi się co prawda łykać ślinę w warzywniaku przy kupnie ogórków kiszonych i takiejż kapusty i tak, to prawda, leciałam do domu prędko z tym nabytkiem i gryzłam ogóra będąc jeszcze w przedpokoju w butach , więc można to nazwać zaostrzoną ochotą na kwaśne, ale kto to słyszał, żeby zajść w ciążę tak od razu, z planem, w małżeńskim łóżku, a nie pod namiotem spontanicznie po pijaku… Miałam też w głowie sceptyczne spojrzenie lekarza na moją datę urodzenia w latach 70. ubiegłego wieku…

Farmaceutka podała mi kilka testów do wyboru informując, że różnią się jedynie ceną, więc wzięłam najtańszy myśląc, że pewnie jeszcze niejeden taki test będę musiała kupić, zanim pokaże te dwie kreski, jak na filmach. Na opakowaniu cudownie uśmiechnięty niemowlak; ciekawe co myślą o nim te, które nie mają w planach ciążowego brzucha, może zamazują tę buźkę długopisem?

W sobotę rano uważnie przejrzałam zawartość pudełka, jest tester, jest pipetka, jest ulotka, a w niej – że siuśki należy pobrać z czystego szklanego lub plastikowego naczynia. Skąd coś takiego wziąć? Słoiki, nawet umyte, nadal pachną tym, co w nich było, do szklanki jakoś głupio… W końcu olśnienie, czyste i plastikowe mam pudełka do szkieł kontaktowych, zapas spory, jedno można poświęcić. Nasikać do czegoś, co ma pojemność łyżeczki do herbaty to dopiero sztuka, no, ale chodziło o cztery (nie mniej i nie więcej –grzmiała ulotka) krople.

Podczas moich akrobacji w łazience mężydło przysypiało jeszcze w sypialni, nadal nie wierząc w siłę swoich plemników. Wynik testu nie zostawił mi żadnego pola do interpretacji i w dodatku wyskoczył, zanim jeszcze skończyłam wkrapiać przepisowe cztery krople. Weszłam do sypialni z plastikiem w ręku, ni to się śmiejąc, ni to udając powagę.

- No i co?

- No i jest wynik. Kazali czekać 10 minut, ale pojawił się od razu.

Dałam mężowi testerek i ulotkę i zakopałam się pod kołdrę.

- No co ty… – dobiegła mnie niepewna reakcja na dwie buraczkowe krechy na testerze.

 

Ptak Nakręcacz nakręcił sprężynę…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 

Tak to się zaczyna…

22 gru

Było tak – parę miesięcy po ślubie rozmawiam z moim mężem:
- To co robimy? Próbujemy?

- No, chyba trzeba…
- A chcesz?
- No, chcę… A ty nie?
- No, nie wiem właśnie… Ale chyba nie ma co dalej odkładać…
- To kiedy?
- No, lekarz mówi, że już można spokojnie… próbować.
- No to popróbujmy, zobaczymy, kiedy nam się uda, jak mogę zacząć już zaraz :D
Jako osoba zapobiegliwa, już wcześniej porobiłam kilka ważnych badań, na które lekarz zresztą nie chciał mi dać skierowania, a w jego twarzy wyczytałam: "Dziewczyno, najpierw zacznij próbować, a potem zobaczymy, narobisz teraz badań, pół roku będziesz się starać, jak większość teraz, i badania będą nieaktualne". A na moje pytanie, czy te trzy miesiące po odstawieniu tabletek trzeba poczekać z zajściem, machnął ręką i wprost powiedział:
- Teraz już się nie trafiają ciąże mnogie po odstawieniu tabletek. Proszę zacząć próbować i wtedy zobaczymy.
Czyli – znowu w moim w domyśle – nie myśl sobie droga pacjentko, że kilka razy się prześpisz z chłopem bez zabezpieczenia i od razu zajdziesz w ciążę…
Zadumana wracałam tramwajem z przychodni. Facet ma rację, w końcu ma doświadczenie. A wśród moich znajomych też raczej panuje niepłodność niż nadmiar bachorów. W rozmowach z koleżankami powracają wciąż milutkie frazy typu niedrożne jajowody, zbyt kręte jajowody, pozamaciczna ciąża, czternaście tysięcy za in vitro…
Nigdy za dziećmi specjalnie nie byłam. I dobrze mi się żyje teraz. Poza pracą, robimy z mężem, co chcemy (w miarę możliwości finansowych oczywiście). A więc w weekendy śpimy do 10, śniadanie jemy o 11, potem jakieś zakupy albo kino, albo kilka odcinków Lostów, jeden po drugim… Nie ma tu miejsca na dziecko. Ani specjalnej ochoty. Ale… czy takie życie ma sens? Czy za jakiś czas nie będę żałowała, a będzie za późno? I te wszystkie wypowiedzi młodych matek, że to takie szczęście i radość…
"Warto coś po sobie w życiu zostawić" – powiedział mój mąż.
No dobra. To zobaczymy, co będzie…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - ciężarna

 
 

  • RSS