RSS
 

Ni z tego, ni z owego – szpital

12 lis

No, niestety. Zaczęło się gorączką trudną do zbicia, lekarka zleciła badania: morfologię i CRP, no i się zaczęło… Wezwali nas do przychodni w sprawie wyniku, okazało się, że morfologia wyszła średnio, a CRP to już w ogóle: 160 (norma to 0-5). I z przychodni wyszliśmy już ze skierowaniem do szpitala. Pierwsza reakcja: szok. No, ale co było robić, zgł0siliśmy się na oddział. Podczas wypisywania papierów widzę po małym, że znowu rośnie mu temperatura. Mówię to lekarzowi, a on na to: ma pani jakiś ibuprom przy sobie? Bo my mamy tylko czopki.

Zamurowało mnie, ale leki całe szczęście mieliśmy przy sobie. I przy kolejnym skoku temperatury też podałam swój lek i jeszcze musiałam udowadniać na swoim (sic!) termometrze, że temperatura jest podwyższona, bo na tym ichnim, bezdotykowym, to za przeproszeniem, gówno widać. Nie wiem, jak bardzo trzeba być rozpalonym, żeby taki termometr pokazał jakiś wzrost. Usłyszałam też głupotę w stylu: bo on jest przykryty, dlatego ma wyższą temperaturę… W każdym razie musiałam przypilnować, żeby do karty wpisano podanie leku, bo bałam się zdublowania. Bo zdarzyło się, że gdy wyszłam do toalety, podawano małemu jakieś leki.

Mało komedii? To proszę – lekarz powiedział, że trzeba wykonać zdjęcie płuc, ale równocześnie stwierdził, że jeden aparat RTG jest nieczynny od 2 tygodni, a drugi zepsuł się dziś.

Dwa dni czekaliśmy na wykonanie zdjęcia i w tym czasie usłyszałam teksty w stylu: Po co naświetlać dziecko itp., kiedy naciskałam, by to zdjęcie zrobić po prostu gdzie indziej.

Lekarka prowadząca upierała się, że to angina przy równoczesnym stwierdzeniu laryngolog w tymże szpitalu, że gardło jest blade, a migdałki, cytuję: nieobłożone.

Coś do karty trzeba było wpisać, w wypisie mamy nieokreślone zapalenie migdałków, gdzie najważniejszym słowem jest „nieokreślone”. Faktem jest, że ani posiewy, ani USG brzucha, ani to nieszczęsne zdjęcie RTG nic nie wykazało. I dzięki Bogu, bo na dzień dobry lekarz nas „pocieszył”, że przy takim CRP na początku trzeba wykluczyć sepsę i opony. Super.

Never ever, chciałoby się powiedzieć. Antybiotyk zadziałał, wróciliśmy do domu. Jedyne co, to chciałabym panią dietetyk od menu szpitalnego poczęstować szpinakową breją bez szczypty soli i zupą, uwaga, grysikową o smaku żadnym, a do popicia kawą inką o smaku brudnej wody – smacznego!!!

PS

Płaciłam za łóżko w szpitalu 30 zł/doba 8-O . Parking również był płatny. Szpital musi zarabiać, jak widać. Ministerstwo zdrowia ma inne priorytety, np. kampanię o rozmnażaniu jak Bogu ducha winne króliki. Szlag mnie trafia!! Rozmnażajcie się, ale nie mamy ibupromu w szpitalu dla waszych dzieci!! Sorry! Taki mamy zaje…ty kraj, kolorowe kampanie, a tak naprawdę syf i dziadostwo.

PS 2

Wiecie, jaka była istotna informacja przy przyjmowaniu sześciolatka na oddział? Czy i jak długo był karmiony piersią. Żałuję, że w stresie nie przyszło mi do głowy zapytać, jakie to ma w tej chwili znaczenie??

 

Okuralki itp.

16 paź

Okuralki, korol, skartepki… Lubię te przekształcone słowa u małego i szkoda mi go poprawiać. Gonię go za „przyszłem” i tym podobne potworki, ale skartepek mi szkoda… Ostatnio jednak mały był pod opieką mojego brata, no i ten wbijał mu do głowy: kolo – r! Synek się nauczył oczywiście, tak samo szybko nauczy się wymawiać prawidłowo resztę tego typu wyrazów, więc nie przejmuję się tym i – jak napisałam – trochę mi żal.

Często włączamy sobie filmiki, które nakręcałam od początku życia synka. Najbardziej lubimy te, na których mały „mówi”: „A da da da daaaaaa? A da da da”. I inne tego typu wynurzenia. Całe szczęście nagrałam go wtedy, bo teraz bym już sobie nie potrafiła wyobrazić, że mały tak „gadał”. Teraz pięknie mówi – wg mnie. Czasami za dużo, uwielbia się przechwalać czy ktoś chce go słuchać czy nie. Np. ostatnio w szatni, jakaś matka opiernicza swoje dziecko (z grupy małego), a ten wyskakuje z tekstem: A ja idę jutro na zjeżdżalnie!! Na bilansie prawie nie dopuszczał lekarki do głosu, cały czas było: A wie pani, gdzie ja byłem? Na judo. Albo: A mama kupi mi loda! Zresztą z lekarką miałam inną wpadkę, wyszła z gabinetu i czekaliśmy na swoją wizytę kwadrans. Jak wróciła, mały wypalił: No wreszcie! Myślałam, że się spalę ze wstydu.

Ale to i tak lepiej niż dziś w sklepie. Jakaś mała dziewuszka, w wózku jeszcze jeżdżąca, na cały Rossmann oświadczyła: A w dupie to mam!

Amen.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Po wakacjach

28 sie

Lato w Polsce się kończy, co mnie przygnębia – jak co roku. Zimne poranki, jeszcze zimniejsze wieczory i prawie mroźne noce… Zresztą, ile było ciepłych nocy w Polsce tego lata? Przeważnie 12 stopni, a ostatnio 8-9. Kiedyś się jeździło na wakacje pod namiot i nie było super karimat i termicznych śpiworów z jakichś tam kosmicznych włókien. Teraz bym się nie odważyła chyba…

Mały był pierwszy raz w życiu na półkoloniach. Spisał się świetnie, ale też program był bardzo ciekawy dla niego. Półkolonie nazywały się „Mały Odkrywca” i codziennie były inne „badania” i „eksperymenty”, trochę fizyki, trochę chemii, sporo kolorów i zabawy. Mały był zachwycony. Ani razu nie marudził, 9 godzin dziennie tam spędzał i odbierałam go uśmiechniętego od ucha do ucha.

Byliśmy też oczywiście na wymarzonych wczasach. W tym roku Majorka. Piękna wyspa, mnóstwo miejsc do zwiedzania. Mały nie był zadowolony z tego powodu. Zrobił mi awanturę po paru godzinach zwiedzania Palmy: „Mamo! Ty tylko chodzisz i ciągle robisz zdjęcia! I oglądasz kościoły! A ja nie chcę!”. No, mamy z nim co roku kłopot na wyjazdach, chociaż staramy się nie robić jakichś maratonów po zabytkach. Zawsze w takich momentach miło wspominam wózek… Siedział tam bąk spokojnie cały dzień i był spokój. Teraz, gdy się buntuje, że go bolą nogi i jest gorąco, działają tylko lody… I na czas lizania jest błoga cisza i żadnych protestów…

Zawsze zresztą staraliśmy się uatrakcyjniać zwiedzanie pod kontem małego (w Palmie np. było to ze 40 minut na placu zabaw; zupełnie nie męczyło go wspinanie się po drabinkach celem zjechania duszną gorącą blaszaną rurą; mało tego, te rury to był wg małego główny powód naszego przyjazdu do stolicy, zobaczył je raz z okien samochodu i nie było zmiłuj):

Założę się, że kto zwiedzał stolicę Majorki bez dzieci nie ma pojęcia o istnieniu takiej budowli w pobliżu Katedry…

Dwie wycieczki były stricte pod kątem małego – delfinarium z pokazem oraz akwarium (no dobra, ja też bardzo chciałam zobaczyć…:)) Myślę, że z tych dwóch miejsc to nie delfiny i inne morskie stworzenia najbardziej zapamiętał, bo największą atrakcja okazał się niewielki basen ze zjeżdżalniami (na tyle zignorowałam jego istnienie, że nawet nie wzięłam małemu kąpielówek – no po co brać kąpielówki na pokaz tresowanych delfinów??? A potem musiałam przekonywać małego, że nikt się nie będzie patrzył i śmiał z niego, że jest w majtkach – bo ostatecznie widząc jak rwał się do tego basenu nie miałam serca nie puścić go tam, tylko dlatego że nie miał gaci z odpowiednich tekstyliów… Przy okazji odkryłam, że już teraz, w wieku 6 lat, tego typu sprawy mają dla niego znaczenie…).

Z akwarium na pewno najlepiej zapamięta fontanny znienacka wytryskujące z chodnika, bawiła się tam cała dzieciarnia, a ja już byłam naszykowana, z kąpielówkami w torebce :) Więc mały miał radochę na sto dwa. A rodzice wznosili modły do nieba, żeby nie skończyło się to zapaleniem ucha, jak na Cyprze (zimne tryskające strumienie plus upał)…

Wiele by pisać jeszcze o Majorce, na dziś – tyle.

 

Co z tym życiem?

07 cze

Sto lat mnie tu nie było, brak czasu ciągle. Mały był mały – pochłaniał czas. Mały jest większy – również pochłania, tylko inaczej. Oprócz tego praca, dom, wyjazdy, Netflix…

Byliśmy ostatnio – tak się złożyło – i w Zakopanem, i nad Bałtykiem. Pogoda była podobna, haha :) Nawet podróż zajęła tyle samo czasu, choć kilometrowo różnica jest spora. Mały bardzo dobrze zniósł siedzenie w aucie 5-6 godzin. Było oczywiście trochę jęczenia z cyklu „daleko jeszcze???”, „długo jeszcze??”, ale generalnie było spoko.

Syn piechurem nie jest, więc w Zakopcu niewiele łaziliśmy, a już po górach to tyle co nic. Ot, wjazd na Gubałówkę, tam spacerkiem do najbliższego wyciągu i zjazd. Może jak będzie starszy? Napalił się bardzo, jeszcze w domu, na zjeżdżalnię grawitacyjną na Gubałówce, było to głównym tematem przez 3 dni przed wyjazdem i właściwie wg małego jechaliśmy na tę zjeżdżalnię, a nie ogólnie w góry do Zakopanego. A najlepsze było po zakupie karnetu (bo przecież będzie zjeżdżał i zjeżdżał!) i po pierwszym zjeździe. Że fajnie, ale on już nie chce.

Aha, od razu mi w głowie mignęło – ciekawe, czy tak byłoby z bratem, którego rzekomo chciałby mieć. Po jednym dniu z płaczącym noworodkiem jest to bardzo prawdopodobne; pewnie kazałby mi go odnieść do szpitala… Ot, taka dygresja, bo temat drugiego dziecka ciągle gdzieś powraca, głownie zresztą za sprawą małego, który po prostu chce mieć w domu towarzysza do zabaw, ale jak tu urodzić od razu pięciolatka?

A propos rodzenia, rozmawiałam ze znajomą dziś, jest w trzeciej ciąży i jej największym zmartwieniem teraz jest, uwaga, że ZA SZYBKO URODZI!! Że nie zdąży dojechać do szpitala i w ogóle co zrobić z dwójką dzieci, kiedy się nagle zacznie akcja, a tu mąż dajmy na to w pracy. Najbardziej się boję – mówi ona – że urodzę w samochodzie. W dodatku w czasie, kiedy wypada jej termin, najbliższy szpital, a właściwie oddział położniczy, zamykają na 3 tygodnie. Jak co roku zresztą robią te hece, tak jakby latem rodziło się mniej dzieci. Nie wiem, czy w innych miastach też tak jest?

Tak czy siak, obawy są bardzo uzasadnione, pierwsze dziecko rodziła 2 godziny, drugie niecałą godzinę, skurcze od razu ma co kilka minut, po prostu nic tylko rodzić!!! Obaw o aktualną politykę szpitalno-położniczą nie ma żadnych, no bo jakie. Większość bab boi się, że będzie rodzić w mękach przez 3 dni, a i to nie wiadomo, czy sprawa będzie miała szczęśliwy finał. A tu proszę, taki problem.

Tytuł mojego wpisu wynikł zaś z takiego wydarzenia z wczoraj – nagłą śmiercią zmarł kolego mojego męża, równolatek, czterdziestolatek. Wstał rano, zacharczał i koniec. Z tej perspektywy wszystko tak totalnie traci sens – i planowanie wakacji, i zakupy, i korki w mieście, no wszystko dosłownie, że ja pytam – jak żyć? I po co? Żeby się tak po prostu zwinąć w 5 minut? To po co to wszystko, te kariery, filmy, komputery, smarftony, modne ciuchy upolowane na wyprzedaży etc. Ktoś wie?

 

Język i zęby…

30 mar

Mały myje ręce w kuchni, mam przy zlewie mydło i płyn do naczyń w podobnych dozownikach i raz mu się pomyliły.

- Spłucz rączki, bo wziąłeś płyn do naczyń zamiast mydła.

- A można od tego umarnąć?

:)

Muszę przyznać, że jako polonistkę interesują mnie niepoprawne formy językowe, które tworzy na wzór poprawnych zasad gramatycznych (jak w przypadku powyżej – skoro jest „zagarnąć”, może być „umarnąć”). Byłaby o tym ciekawa praca magisterska! Mały np. bardzo lubi tworzyć liczbę mnogą z końcówką -y, czyli na wzór słów „chłopcy”, „samochody” tworzy „faly” (zamiast fale). Niektórych jego wyrażeń nawet nie poprawiam, tak mi się podobają, np. „plufnąć” do wody :) Natomiast nie darowuję mu prostactwa językowego, pod moje dyktando nie mówi inaczej jak „włączyć”/”wyłączyć”, a za „poszłem” daję mu kary (żartuję :)).

Co do bardziej fizycznych aspektów paszczy – wypadła małemu górna jedynka, trzymająca się zresztą już od dawna na włosku (czy raczej resztkach dziąsła), ale nie mozna było jej tknąć. Jeszcze zanim wypadła, zrobiła wokół siebie tyle miejsca, że teraz mały ma w buzi puste miejsce jak na trzy nowe zęby, a nie tylko jeden. Co nie przeszkadza mu co chwila otwierać paszczęki w różnym gronie rodzinnym i nie tylko, z arcytrudnym pytaniem poprzedzającym: Zgadnij, który ząb mi wypadł?

Po utracie zęba oczywiście temat był jeden: co przyniesie wróżka zębuszka. Za moich czasów takich ekstrasów nie było… Mały nie akceptuje lansowanych w bajkach monet pod poduszką, woli słodycze i jakieś niespodzianki, co mi kilka razy obwieścił, zanim poszedł spać. A nawet gdy już zasnął, to po chwili mnie przerażony zawołał: mamo, mamo, przecież musimy położyć ząb pod poduszką! Równie przerażona zaczęłam go szukać po łazience, dziękując sobie w duchu, że jakoś zapomniałam go od razu wyrzucić. Co się go potem naszukałam w nocy, celem podmianki…

Ale rano radość była wielka. Już o szóstej…

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rumień i smog

24 lut

Zgłoszono przypadki rumienia zakaźnego – taka informacja pojawiła się u małego w przedszkolu. Zamieszczono też plastyczny opis objawów, że dziecko wygląda, jakby mu wymierzono „dwa siarczyste policzki”, a na kończynach wysypka układa się „girladowato”, cokolwiek to może oznaczać (że niby się wije na nogach??). Od wywieszenia kartki minęły trzy dni i mały dostał czerwonych polików. Lekarka stwierdziła, że to co syn ma na twarzy nie wygląda jak typowy rumień, ale zaraz też dodała, że ta choroba ma to do siebie, że często przebiega nietypowo… Tak czy siak mały musi siedzieć w domu, a my – ja i mężydło na zmianę – razem z nim. A lekarka chyba w złą chwilę wspomniała o nietypowych objawach, bo chociaż zazwyczaj są to: stan podgorączkowy i ból gardła jak przy przeziębieniu, u nas nic takiego nie wystąpiło, w zamian za to była sraczka (rozwolnienie znaczy…) i wymioty w nocy. Dlaczego wymioty ZAWSZE pojawiają się w nocy, kiedy to dom cichnie i człowiek zadowolony, że wszystko z dzieckiem OK, kładzie się do wyrka? Mały wymiotował w swoim życiu kilka razy i zawsze była to pora jakoś tak po północy. Super. Tym razem zdążyłam z miską, chociaż mały sprawy mi nie ułatwił; zamiast powiedzieć, że mu niedobrze, stwierdził, że… boli go szyja. Hmm…

Mieliśmy tu we Wrocławiu ostatnio kiepskie powietrze, o czym dowiedziałam się z tablicy na przystanku i poczułam się… bardzo źle…

Ale pogoda była za to naprawdę wiosennie przyjemna, toteż po południu, gdy odbierałam małego z przedszkola, spytałam, czy byli na dworze. Och, co za głupia nieświadoma matka! Mamy wszak XXI wiek i gdy na przystanku jest komunikat o złym stanie powietrza, wiadomym jest, że wtedy dzieci siedzą w przedszkolu w czterech ścianach, bo przedszkolanki mają zakaz od władz miasta na ich wyprowadzanie. Poczułam się przez chwilę jak w jakiejś Hieroszimie, kiedy pani pokazała mi na przedszkolnym korytarzu wywieszkę:

Po prostu super, dziękuję Wam wszystkim, palącym w piecach paletami, workami i innymi śmieciami, dzięki Wam moje dziecko nie przeziębi się nieupilnowane przez panią przedszkolankę na dworze, bo na ten dwór po prostu nie wyjdzie. Za to złapie wirusa rumienia zakaźnego, mającego się świetnie w niewietrzonych salach.  :-|

 

Sedno rodzicielstwa

19 sty

Ja tu się rozpisuję i tak, i siak, a tak naprawdę zazwyczaj chodzi mi o to, co poniżej ujęto na czterech obrazkach. Boże, jakie to prawdziwe! Zazdroszczę trafienia w sedno!

Pozdrawiam wszystkich rodziców wściekłych na swoje bachory za ich zachowanie, co nie przeszkadza im o dowolnej porze dnia i nocy lecieć na ratunek (albo pomóc szukać autka… albo kulki…, albo zbudować namiot z koca i krzeseł…).

 

 

źródło: https://www.facebook.com/blogojciec/?hc_ref=NEWSFEED&fref=nf

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Nowy rok

08 sty

Zaczął się kolejny rok, a jego początek świętowaliśmy na hucznym balu sylwestrowym, o którego istnieniu dowiedzieliśmy się dwa dni wcześniej. Jakoś tak zgadaliśmy się ze znajomymi, że mają wolne miejsca przy stoliku, a my nie mamy żadnych planów. Z pewnymi wyrzutami sumienia podrzuciliśmy małego moim rodzicom i wystrojeni w cekiny (ja) i szpilki (ja), pojechaliśmy do restauracji. Było fajnie, mimo średniego jedzenia i nieprzemyślanej muzyki. Sama w pół godziny ułożyłabym taka listę hitów, że goście nie usiedliby ani na moment, niestety para, która puszczała piosenki – bo daleko im było do didżejowania – uznała, że świetnym pomysłem jest totalny mix nastrojów i gatunków muzycznych, na zasadzie – chyba – „dla każdego coś miłego, co trzy minuty co innego”. Tak więc po Abbie poleciał dr Alban, następnie Krawczyk, po nim jakieś techno, od razu „Jesteś szalona” i tak dalej, to było straszne po prostu. Ale z mężydłem mamy na to sposób! Przyjechaliśmy do domu po drugiej i jeszcze z godzinę tańczyliśmy sobie do wszystkich tych hitów, jakich nam zabrakło na zabawie. Wariaci? Być może :)

Święta minęły fajnie, jak co roku rodzinnie i bez śniegu. Dzieciaki zostały obsypane prezentami, co zawsze wzbudza we mnie wątpliwości, czy nie za dużo tego dobrego. Mąż określił się dosadniej: za rok jeden prezent i koniec! To prawda, mały ma mnóstwo zabawek, a i tak najchętniej bawi się z nami w jakieś totalne wariactwa na łóżku typu „goni mnie potwór”, kończące się gilgotaniem pod kołdrą. Wiem, że najlepiej bawiłby się z drugim chłopcem w podobnym wieku i męczy mnie to, że nie zafundowałam mu brata i nie mam w planach takich „prezentów”, zresztą na „podobny wiek” już za późno. Kto ma więcej praw w takiej sytuacji? Matka, która nie chce mieć więcej dzieci czy dziecko, które chciałoby mieć w domu towarzysza zabaw? Złapałam się na tym, że jestem tak nastawiona na mojego syna, że o ewentualnym potomku myślę tylko w kategorii „kolegi do wspólnych zabaw”. A wiadomo, że to scenariusz totalnie nieprawdziwy, nie mający nic wspólnego z wrzeszczącym niemowlakiem i niewyspaną matką.

Zmieńmy temat: ze zdrowiem małego lepiej; ostatni antybiotyk brał w sierpniu – najpierw na lekką anginę, potem na wczasach na ucho. Od tamtej pory spokój i jest to chyba najdłuższy okres bezantybiotykowy odkąd mały poszedł do przedszkola (czyli od 2,5 roku). Jesienią był jedynie dwa razy lekko przeziębiony, a ostatnio uatrakcyjnił nam noc nagłymi wymiotami, ale nie zrobiły na nim jakiegoś większego wrażenia:

- Mamo, a dlaczego ja wymiotowałem?

- Nie wiem, synku.

- Mamo, a co to za zielone pudełko?

- …?

- Mamo, a czemu tak szybko do mnie biegłaś?

- …? Bo słyszałam, że wymiotujesz…

- Aha.

Chodzimy nadal do laryngolog i alergolog, ale chyba one same nie wiedzą, co dalej robić. Mały ma przewlekle zatkany nos. Z testów alergicznych na skórze nic nie wyszło, z krwi wyszedł słabo kot i kakao, za słabo, by dawać objaw zatkanego nosa, zwłaszcza, że nie mamy kota! Zrobiliśmy kolejne badania – wymaz z nosa i gardła, czekamy na wyniki. Mały był zachwycony kolejną wizytą w labie, nie ma co…

Ahoj.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rod Steward

05 gru

Nigdy nie byłam fanka Roda Stewarda, ale jego autobiografię przeczytałam z przyjemnością, a kupiłam ją po lekturze wywiadu z nim. „Co za zabawny facet” – pomyślałam, bo sypał anegdotami jak z rękawa. I faktycznie, książka jest chwilami bardzo śmieszna, Steward dzieli się swoimi przeżyciami bardzo szczerze i bez nadęcia, często nabijając się z samego siebie. Jak zwykle zaznaczyłam sobie kilka dobrych cytatów:

„Podczas jej nagrywania [jednej z ballad -przyp. mój] Mike, który był producentem, bardzo mnie zdenerwował, gdy poprosił, żebym odchrząknął i wreszcie pozbył się tej okropnej chrypki. Odpowiedziałem mu wtedy: To nie żadna chrypka, to mój głos„.

O swoim pierwszym samochodzie: „miał tak niskie zawieszenie, że prawie się w nim leżało”; o modelu shelby cobra: „To był kompletnie zwariowany samochód. Nie byłem w stanie utrzymać go na drodze. Musiałem wozić w bagażniku worki z piaskiem, żeby nie wypaść z jezdni(…)”.

O słynnej piosence „Da Ya Think I’m Sexy?„: „prawdopodobnie zraziłem do siebie sporą grupę ludzi, którzy przedtem uważali się za moich fanów (…). W tamtych czasach świat muzyczny charakteryzowały ostre podziały (…). Pod koniec lat siedemdziesiątych słuchano soulu, heavy metalu, punk rocka i innych gatunków, ale ich zwolennicy przesiadywali w oddzielnych okopach, z których wystawały jedynie bagnety. Człowiek nie mógł, dajmy na to, tak po prostu wyjść z obozu rocka i udać się do miłośników soulu, nawet tylko po to, żeby się z nimi przywitać, gdyż od razu był narażony na odstrzelenie łba. (…) Nie pomogli mi też (…) specjaliści od marketingu, którzy wymyślili, żebym na plakatach promujących singiel występował ubrany od stóp do głów w obcisły spandeks, tuż pod znaczącym tytułem Da Ya Think I’m Sexy?. Mogę się tylko domyślać, co na ten widok odczuwało wielu fanów płci męskiej. Pewnie na jakiś czas schowali moje stare albumy głęboko na dno szafy. Żeby bardziej skomplikować całą tę sytuację, brazylijski muzyk Jorge Ben Jor zaczął publicznie wskazywać na podobieństwo refrenu do swojej piosenki(…). Złapany na gorącym uczynku od razu się poddałem. Nie znaczyło to oczywiście, że podczas nagrywania w studiu oznajmiłem wszystkim: Słuchajcie, wykorzystamy w refrenie melodię z Taj Mahal i mamy z głowy. Autor mieszka w Brazylii i na pewno nigdy się o tym nie dowie.(…) Niezamierzony plagiat – nic poza tym”.

O gościnie Eltona Johna: „Zawsze lubiłem się tam zatrzymywać. Co prawda zanim człowiek mógł się położyć do łóżka, musiał najpierw usunąć z niego całe mnóstwo cennych wiktoriańskich lalek, ale gospodarz bardzo dbał o wygodę swoich gości”.

O swojej mamie: „(…) wątpię, żeby do niej lub ojca kiedykolwiek dotarło, jak dużo zarabiałem. Pamiętam, jak zapytałem ją, jaki prezent chciałaby dostać na święta [Rod w tym czasie mieszkał w zabytkowej rezydencji, jeździł lamborgini i latał prywatnym samolotem - przyp. mój]. – Wymyśl coś – poprosiłem. – Chcę ci podarować coś specjalnego.

Po długim namyśle powiedziała, że potrzebny jej nowy pojemnik na chleb”.

Grunt to praktyczność. Amen.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Trochę kultury

 

Akcja: wyjście na piwo, tydzień planowania

10 paź

Dziecko każde normalne wydarzenie zamienia w akcję. Może nawet w Akcję przez duże A. Ze zwykłego wyjścia do znajomych robi się Wielkie Przedsięwzięcie. Z drobnego wyjazdu na weekend – szczegółowo zaplanowane i rozpisane na kartce Wydarzenie. Teatr, urodziny, kino, grill, wczasy, zakupy (nie daj Boże większe zakupy typu wybór garnituru lub pralki… Syn do tej pory czasem pyta, czy pójdziemy do sklepu oglądać pralki, bo gdy my próbowaliśmy zdecydować się choćby na markę, on szalał po całej powierzchni sklepu albo wisiał mi na płaszczu… świetna zabawa była, mówię Wam, jak napisałam – do tej pory wspomina…).

Podam przykłady z kilku ostatnich tygodni.

Zostaliśmy zaproszeni na czterdziestkę kolegi. Do knajpy. Oko mi błysnęło, bo jak się ma dzieciaka, to wieczorne wyjście do knajpy to jest WOW! No i się zaczęło: jak się pozbyć małego? Misterny plan: podrzucimy go do mojego brata (i bratowej). Telefony, ustalanie (mieszkają pod miastem), kiedy zawieziemy, autem czy taksówką, kiedy odbierzemy, czy wracamy w nocy po imprezie czy rano jak się wyśpimy, ale wtedy trzeba uważać w nocy z piciem, żeby rano móc wsiąść za kierownicę itp. itd, parę dni łamania głowy. Dzień przed urodzinami: bratowa dzwoni, że ma problem z wyjściem z toalety. Nie że się zatrzasnęła, ale  tzw. grypa żołądkowa, wiecie, rozumiecie… Od razu cała rodzina mieszkająca z bratową została wykluczona przeze mnie z opieki, bo to dziadostwo roznosi się błyskawicznie i mało kogo oszczędza, a zarażają nawet ci, co jeszcze nie maja objawów. No to co robimy?! Kto przygarnie pięciolatka na noc??? Dziadkowie na wczasach, reszta rodziny daleko, większość znajomych zaproszona na tę samą imprezę i też kombinują, komu sprzedać dzieci. W końcu jednemu koledze oddaliśmy małego, całe szczęście jest grzeczny w gościach. Ale trzeba było pilnować czasu, bo obiecaliśmy go odebrać koło północy. Więc trzeba było szybciej wyjść. Taksówką podjechać, taksówkę zatrzymać, na trzecie piętro lecieć po zaspane dziecko, z powrotem do auta, do domu, zaspańca na trzecie piętro wtargać, położyć z powrotem spać… A chodziło tylko o to, by pobyć wśród ludzi i napić się piwa i wyluzować trochę… Dla bezdzietnych to taka norma, że się nawet nad tym nie zastanawiają, wychodząc wieczorem z domu…

Drugi przykład. Znowu postanowiliśmy zaszaleć. A raczej ja, a mężydło z ironicznym uśmieszkiem stwierdziło, że też pojedzie. Na koncert Bryana Adamsa, mojego idola z lat młodzieńczych. Bilety kupione pół roku wcześniej. Moja mama zaklepana takoż. Ponieważ rzecz miała mieć miejsce w powszedni dzień, więc ustalono: mały do przedszkola zostanie zaprowadzony. W międzyczasie moja mama przyjedzie z innego miasta. Ustalono godzinę pociągu. Że mężydło ją odbierze. W domu przekażę wszystkie must know. Dalej plan miał wyglądać tak: my do auta i jedziemy do Łodzi, a mama po raz pierwszy odbierze wnuka z przedszkola. Który został o tym uprzedzony kilka dni wcześniej i skakał pod sufit z radości. I za każdym razem, gdy go odbierałam, pytał rozczarowany, czemu babcia nie przyszła, tylko mama. Panie przedszkolanki uprzedziłam, że przyjdzie babcia. Dopisałam mamę do listy osób upoważnionych do odbioru dziecka, numer dowodu etc. Więc widzicie, akcja była wielka. Ale zawsze może być większa! Mały dzień przed całym tym zamieszaniem dostał gorączki. I kurka, cały plan wziął w łeb, trzeba było od nowa łamać głowy, co robić i jak robić, żeby było dobrze. Bo skoro do przedszkola nie może iść, to po co ciągnąć tu babcię. Więc zawieźliśmy młodego do mojej mamy, co wymagało znowu wielkiej gimnastyki umysłowej i kosztowało nerwów trochę. A chcieliśmy tylko pojechać na koncert, a nie zdobyć K2!

No i trzecia historia. Wczasy. Byliśmy w sierpniu, choć możemy wziąć urlop w każdym innym miesiącu i w każdym innym miesiącu byłoby taniej, mniej tłoczno i nie tak cholernie gorąco. No, ale w sierpniu zamykają przedszkole, nie ma co dyskutować. Wybraliśmy Cypr. Pomijam już pakowanie rzeczy małego typu wielka łopata na plażę, plastikowy laptopik, który wzbudził podejrzenie celników (ma baterię, zapomnieliśmy…), bo to oczywiste sprawy. Ale na wczasach (może lepiej mówić „wyjazd z dzieckiem”, bo wczasy to przecież odpoczynek i błogie lenistwo…) mały zrobił nam ponownie ten sam numer z uszami co na Krecie, czyli zapalenie. Co oznacza wzywanie lekarza do hotelu. Dogadać się jakoś trzeba, niby angielski się zna, ale jak są migdałki i angina po angielsku?? Bo chcieliśmy nadmienić, że tuż przed wczasami (tfu, wyjazdem z dzieckiem) mieliśmy atrakcję w postaci anginy ropnej i antybiotyk był brany, po którym mały dostał wysypki na całym ciele (i znowu byłam z nim u lekarza po jakieś leki odczulające) i że może by to trzeba było wziąć pod uwagę przy kolejnym antybiotyku na te uszy… A przecież to tylko wczasy miały być, zwykły Cypr, a nie jakieś Indie czy Peru, zwykła kąpiel w basenie (miliony się kąpią, a mój syn łapie zapalenie uszu), a nie skoki na spadochronie, ech… Nawiasem mówiąc, wizyta lekarza na Cyprze to koszt 100 euro.

Dodam jeszcze, że paradoksalnie z mniejszym małym było na wczasach łatwiej zwiedzać. Ładowało się go w wózek i albo zwiedzał z nami, albo spał. A teraz? Albo zwiedzał z nami, albo nie (tzn. siadał na chodniku i mówił, że on dalej nie idzie – i co takiemu zrobisz??), więc zwiedzanie ograniczyliśmy do minimum, bo nikt nie ma siły nosić 22 kg żywej wagi.

I tak mogłabym mnożyć przykłady. Staramy się żyć normalnie i tak, aby nie omijało nas zbyt wiele, ale czasem jest tak ciężko wszystko zgrać, że wolę machnąć ręką i po prostu zostać w domu, bo gra nie jest warta świeczki. Bo nawet jak już wykombinujemy, jakby tu gdzieś normalnie pojechać we dwoje, to i tak nie ma pełnego luzu, dzwonię i sprawdzam, czy jest OK. Mam wyrzuty sumienia, że kogoś obarczam moimi obowiązkami.

I jeszcze coś. Ostatnio, po tym całym planowaniu, jakby tu się pozbyć małego, by pojechać na koncert (który, nawiasem mówiąc, był nadspodziewanie zaje-sty), po euforii, że oto jesteśmy sami i nie martwimy się, że kogoś trzeba położyć spać, że ten ktoś wstanie o 7 rano i będzie marudził przy posiłkach, naszła mnie straszna tęsknota i pragnienie, by go jak najszybciej przytulić… I taka durna matka ze mnie.

 
 

  • RSS