RSS
 

Spróbujmy jednak gdzie indziej

11 lut

Zapraszam na stronę https://ptaknakrecacz954351742.wordpress.com/

;-) zobaczymy czy odnajdę się w nowym miejscu

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Pożegnanie

26 sty

Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali; blog się zamyka. Było mi miło czytać Wasze komentarze i dzielić się z Wami swoimi macierzyńskimi sprawami.

Nie wiem, czy pojawię się w innym miejscu, dlatego na razie serdecznie się żegnam i życzę wszystkiego dobrego!

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Szczerość totalna

21 sty

„- No, to zaczynamy od naszej powitalnej piosenki (…)

Zagrała akord i wszyscy zaczęli śpiewać. Piosenka traktowała o tym, że trzeba powiedzieć „cześć” koledze (…) Dwanaście razy zaśpiewaliśmy „cześć”, zanim wszystkie dzieci zostały wymienione z imienia (…) Potem rozdano nam rozmaite grzechotkowe instrumenty, którymi mieliśmy grzechotać przy odśpiewywaniu kolejnej piosenki. Nie czułem się nieswojo, siedząc tam, nie czułem się głupio, to było po prostu upokarzające i poniżające. (…)

Linda czekała na nas w drzwiach mieszkania.

- Cześć – powiedziała. – Jak wam minął dzień? (…)

- Było okej – odparłem (…) – Ale na rytmice dla niemowląt moja noga więcej nie postanie, dopóki żyję.”

O Boże, ktoś to w końcu napisał! Nie znosiłam tych zajęć dla małych dzieci, tych wymuszonych, sztucznych uśmiechów (mój przynajmniej taki był) i w sumie mogę podziękować małemu, bo bodajże byliśmy na dwóch tego typu zajęciach. Synek nie chciał tańczyć, nie chciał się bawić, nie chciał tupać ani klaskać; miał to wszystko w głębokim poważaniu, więc z czystym sumieniem nie ciągnęłam tematu :)

Jeszcze jeden cytat:

„Do wpół do siódmej przeglądałem tłumaczenie (…) i chociaż była to nudna praca – nie robiłem przecież nic oprócz porównywania z oryginałem zdania po zdaniu – to i tak sto razy bardziej interesująca i twórcza niż to, co działo się rano i przed południem, pielęgnacja dziecka i zajęcia dziecka, których sens dla mnie polegał jedynie na zabijaniu czasu. Nie wycieńczało mnie takie życie, nie wymagało pracy ponad siły, lecz nie zawierało najmniejszej iskierki inspiracji, więc mimo wszystko czułem się wypompowany (…)”.

I jeszcze jeden:

„(…) musimy iść. Chodźcie – złapałem Heidi za rękę.

- Nie chcę – powiedziała. – Nie chcę za rękę!

- No to nie. Ale w takim razie wsiadaj do wózka.

- Nie chcę do wózka.

- Mam cię nieść?

- Nie chcę.

(…)

- Nie chce mi się iść – oświadczyła Vanja. – Nogi mnie bolą.

- Przecież dzisiaj przeszłaś ledwie kilka metrów, to jak cię mogą boleć nogi?

- Nie mam nóg. Musisz mnie wziąć na ręce.

- Nie wygłupiaj się, nie mogę cię nieść.

- Możesz.

- Wsiadaj do wózka, Heidi.

- Nie chcę do wózka.

- Nie mam nóóóg! – ostatnie słowo Vanja wykrzyczała.

Zapłonęła we mnie wściekłość. Odruch kazał mi wcisnąć je sobie pod pachy i zawlec na górę. (…) Ale tym razem zdołałem się opanować.

- Możesz wobec tego wsiąść do wózka, Vanju? -spytałem.

- Jak mnie podniesiesz.

- Nie, sama wsiądź.

- Nie, bo nie mam nóg.”

 

Takich kwiatków drugi tom „Mojej walki” Karla Ove Knausgarda zawiera mnóstwo. Jezu, jak dobrze go rozumiem! Często, co prawda, można spotkać w necie i nie tylko opisy tzw. macierzyństwa czy opieki nad dzieckiem w ogóle (bo, nie da się ukryć, Karl Ove to ojciec nie matka…) bez cukru i lukru, ale to, jak opisuje je on to dla mnie mistrzostwo świata.

Pierwszy tom „Mojej walki” przyznaję, chwilami był męczący i kilka stron po prostu pominęłam bez czytania. Dopiero, gdy przestałam czekać, aż „coś się wydarzy” oraz, że z opisywanej sytuacji wyniknie coś wielkiego, zaczęłam doceniać jego trud pokazywania prawdziwego życia. Takiego, w którym coś tam robimy, z kimś się spotykamy, potem idziemy spać, potem wstajemy, planujemy jakąś imprezę i… znowu idziemy spać, a potem trzeba gdzieś pojechać… i nic z tego nie wynika… po prostu życie biegnie, czas leci… To nie jest pisarstwo Murakamiego, gdzie bohater też sporo chodzi chodnikiem, kupuje ryby, kroi warzywa i przeżuwa tofu; między tymi opisami „niczego wielkiego” pojawiają się niesamowite wydarzenia, niespodziewane zwroty akcji, jakiś dramat. U Knausgarda zupełnie tego nie ma, chociaż opisuje i rozwód rodziców, i dziwne okoliczności śmierci ojca, i przygotowania do pogrzebu. To w pierwszym tomie. W drugim zaskoczył mnie opisem swojego rodzinnego życia, totalnie szczerym i tak cholernie prawdziwym, że w końcu zrozumiałam, na czym polega fenomen tego pisarza. I na czym polega jego pomysł na pisanie. Już nie czekam, aż „coś się wydarzy”. Po prostu czytam i podziwiam kunszt przekazywania nudy i prostoty życia w sposób tak wciągający. Bo szczery i bez metafor, bez upiększania i usprawiedliwiania się.

No bo kto lubił chodzić na rytmikę dla niemowląt czy inne tam warsztaty rozwijające dla kilkumiesięcznych dzieci? Ręka w górę!

 

Ni z tego, ni z owego – szpital

12 lis

No, niestety. Zaczęło się gorączką trudną do zbicia, lekarka zleciła badania: morfologię i CRP, no i się zaczęło… Wezwali nas do przychodni w sprawie wyniku, okazało się, że morfologia wyszła średnio, a CRP to już w ogóle: 160 (norma to 0-5). I z przychodni wyszliśmy już ze skierowaniem do szpitala. Pierwsza reakcja: szok. No, ale co było robić, zgł0siliśmy się na oddział. Podczas wypisywania papierów widzę po małym, że znowu rośnie mu temperatura. Mówię to lekarzowi, a on na to: ma pani jakiś ibuprom przy sobie? Bo my mamy tylko czopki.

Zamurowało mnie, ale leki całe szczęście mieliśmy przy sobie. I przy kolejnym skoku temperatury też podałam swój lek i jeszcze musiałam udowadniać na swoim (sic!) termometrze, że temperatura jest podwyższona, bo na tym ichnim, bezdotykowym, to za przeproszeniem, gówno widać. Nie wiem, jak bardzo trzeba być rozpalonym, żeby taki termometr pokazał jakiś wzrost. Usłyszałam też głupotę w stylu: bo on jest przykryty, dlatego ma wyższą temperaturę… W każdym razie musiałam przypilnować, żeby do karty wpisano podanie leku, bo bałam się zdublowania. Bo zdarzyło się, że gdy wyszłam do toalety, podawano małemu jakieś leki.

Mało komedii? To proszę – lekarz powiedział, że trzeba wykonać zdjęcie płuc, ale równocześnie stwierdził, że jeden aparat RTG jest nieczynny od 2 tygodni, a drugi zepsuł się dziś.

Dwa dni czekaliśmy na wykonanie zdjęcia i w tym czasie usłyszałam teksty w stylu: Po co naświetlać dziecko itp., kiedy naciskałam, by to zdjęcie zrobić po prostu gdzie indziej.

Lekarka prowadząca upierała się, że to angina przy równoczesnym stwierdzeniu laryngolog w tymże szpitalu, że gardło jest blade, a migdałki, cytuję: nieobłożone.

Coś do karty trzeba było wpisać, w wypisie mamy nieokreślone zapalenie migdałków, gdzie najważniejszym słowem jest „nieokreślone”. Faktem jest, że ani posiewy, ani USG brzucha, ani to nieszczęsne zdjęcie RTG nic nie wykazało. I dzięki Bogu, bo na dzień dobry lekarz nas „pocieszył”, że przy takim CRP na początku trzeba wykluczyć sepsę i opony. Super.

Never ever, chciałoby się powiedzieć. Antybiotyk zadziałał, wróciliśmy do domu. Jedyne co, to chciałabym panią dietetyk od menu szpitalnego poczęstować szpinakową breją bez szczypty soli i zupą, uwaga, grysikową o smaku żadnym, a do popicia kawą inką o smaku brudnej wody – smacznego!!!

PS

Płaciłam za łóżko w szpitalu 30 zł/doba 8-O . Parking również był płatny. Szpital musi zarabiać, jak widać. Ministerstwo zdrowia ma inne priorytety, np. kampanię o rozmnażaniu jak Bogu ducha winne króliki. Szlag mnie trafia!! Rozmnażajcie się, ale nie mamy ibupromu w szpitalu dla waszych dzieci!! Sorry! Taki mamy zaje…ty kraj, kolorowe kampanie, a tak naprawdę syf i dziadostwo.

PS 2

Wiecie, jaka była istotna informacja przy przyjmowaniu sześciolatka na oddział? Czy i jak długo był karmiony piersią. Żałuję, że w stresie nie przyszło mi do głowy zapytać, jakie to ma w tej chwili znaczenie??

 

Okuralki itp.

16 paź

Okuralki, korol, skartepki… Lubię te przekształcone słowa u małego i szkoda mi go poprawiać. Gonię go za „przyszłem” i tym podobne potworki, ale skartepek mi szkoda… Ostatnio jednak mały był pod opieką mojego brata, no i ten wbijał mu do głowy: kolo – r! Synek się nauczył oczywiście, tak samo szybko nauczy się wymawiać prawidłowo resztę tego typu wyrazów, więc nie przejmuję się tym i – jak napisałam – trochę mi żal.

Często włączamy sobie filmiki, które nakręcałam od początku życia synka. Najbardziej lubimy te, na których mały „mówi”: „A da da da daaaaaa? A da da da”. I inne tego typu wynurzenia. Całe szczęście nagrałam go wtedy, bo teraz bym już sobie nie potrafiła wyobrazić, że mały tak „gadał”. Teraz pięknie mówi – wg mnie. Czasami za dużo, uwielbia się przechwalać czy ktoś chce go słuchać czy nie. Np. ostatnio w szatni, jakaś matka opiernicza swoje dziecko (z grupy małego), a ten wyskakuje z tekstem: A ja idę jutro na zjeżdżalnie!! Na bilansie prawie nie dopuszczał lekarki do głosu, cały czas było: A wie pani, gdzie ja byłem? Na judo. Albo: A mama kupi mi loda! Zresztą z lekarką miałam inną wpadkę, wyszła z gabinetu i czekaliśmy na swoją wizytę kwadrans. Jak wróciła, mały wypalił: No wreszcie! Myślałam, że się spalę ze wstydu.

Ale to i tak lepiej niż dziś w sklepie. Jakaś mała dziewuszka, w wózku jeszcze jeżdżąca, na cały Rossmann oświadczyła: A w dupie to mam!

Amen.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Po wakacjach

28 sie

Lato w Polsce się kończy, co mnie przygnębia – jak co roku. Zimne poranki, jeszcze zimniejsze wieczory i prawie mroźne noce… Zresztą, ile było ciepłych nocy w Polsce tego lata? Przeważnie 12 stopni, a ostatnio 8-9. Kiedyś się jeździło na wakacje pod namiot i nie było super karimat i termicznych śpiworów z jakichś tam kosmicznych włókien. Teraz bym się nie odważyła chyba…

Mały był pierwszy raz w życiu na półkoloniach. Spisał się świetnie, ale też program był bardzo ciekawy dla niego. Półkolonie nazywały się „Mały Odkrywca” i codziennie były inne „badania” i „eksperymenty”, trochę fizyki, trochę chemii, sporo kolorów i zabawy. Mały był zachwycony. Ani razu nie marudził, 9 godzin dziennie tam spędzał i odbierałam go uśmiechniętego od ucha do ucha.

Byliśmy też oczywiście na wymarzonych wczasach. W tym roku Majorka. Piękna wyspa, mnóstwo miejsc do zwiedzania. Mały nie był zadowolony z tego powodu. Zrobił mi awanturę po paru godzinach zwiedzania Palmy: „Mamo! Ty tylko chodzisz i ciągle robisz zdjęcia! I oglądasz kościoły! A ja nie chcę!”. No, mamy z nim co roku kłopot na wyjazdach, chociaż staramy się nie robić jakichś maratonów po zabytkach. Zawsze w takich momentach miło wspominam wózek… Siedział tam bąk spokojnie cały dzień i był spokój. Teraz, gdy się buntuje, że go bolą nogi i jest gorąco, działają tylko lody… I na czas lizania jest błoga cisza i żadnych protestów…

Zawsze zresztą staraliśmy się uatrakcyjniać zwiedzanie pod kontem małego (w Palmie np. było to ze 40 minut na placu zabaw; zupełnie nie męczyło go wspinanie się po drabinkach celem zjechania duszną gorącą blaszaną rurą; mało tego, te rury to był wg małego główny powód naszego przyjazdu do stolicy, zobaczył je raz z okien samochodu i nie było zmiłuj):

Założę się, że kto zwiedzał stolicę Majorki bez dzieci nie ma pojęcia o istnieniu takiej budowli w pobliżu Katedry…

Dwie wycieczki były stricte pod kątem małego – delfinarium z pokazem oraz akwarium (no dobra, ja też bardzo chciałam zobaczyć…:)) Myślę, że z tych dwóch miejsc to nie delfiny i inne morskie stworzenia najbardziej zapamiętał, bo największą atrakcja okazał się niewielki basen ze zjeżdżalniami (na tyle zignorowałam jego istnienie, że nawet nie wzięłam małemu kąpielówek – no po co brać kąpielówki na pokaz tresowanych delfinów??? A potem musiałam przekonywać małego, że nikt się nie będzie patrzył i śmiał z niego, że jest w majtkach – bo ostatecznie widząc jak rwał się do tego basenu nie miałam serca nie puścić go tam, tylko dlatego że nie miał gaci z odpowiednich tekstyliów… Przy okazji odkryłam, że już teraz, w wieku 6 lat, tego typu sprawy mają dla niego znaczenie…).

Z akwarium na pewno najlepiej zapamięta fontanny znienacka wytryskujące z chodnika, bawiła się tam cała dzieciarnia, a ja już byłam naszykowana, z kąpielówkami w torebce :) Więc mały miał radochę na sto dwa. A rodzice wznosili modły do nieba, żeby nie skończyło się to zapaleniem ucha, jak na Cyprze (zimne tryskające strumienie plus upał)…

Wiele by pisać jeszcze o Majorce, na dziś – tyle.

 

Co z tym życiem?

07 cze

Sto lat mnie tu nie było, brak czasu ciągle. Mały był mały – pochłaniał czas. Mały jest większy – również pochłania, tylko inaczej. Oprócz tego praca, dom, wyjazdy, Netflix…

Byliśmy ostatnio – tak się złożyło – i w Zakopanem, i nad Bałtykiem. Pogoda była podobna, haha :) Nawet podróż zajęła tyle samo czasu, choć kilometrowo różnica jest spora. Mały bardzo dobrze zniósł siedzenie w aucie 5-6 godzin. Było oczywiście trochę jęczenia z cyklu „daleko jeszcze???”, „długo jeszcze??”, ale generalnie było spoko.

Syn piechurem nie jest, więc w Zakopcu niewiele łaziliśmy, a już po górach to tyle co nic. Ot, wjazd na Gubałówkę, tam spacerkiem do najbliższego wyciągu i zjazd. Może jak będzie starszy? Napalił się bardzo, jeszcze w domu, na zjeżdżalnię grawitacyjną na Gubałówce, było to głównym tematem przez 3 dni przed wyjazdem i właściwie wg małego jechaliśmy na tę zjeżdżalnię, a nie ogólnie w góry do Zakopanego. A najlepsze było po zakupie karnetu (bo przecież będzie zjeżdżał i zjeżdżał!) i po pierwszym zjeździe. Że fajnie, ale on już nie chce.

Aha, od razu mi w głowie mignęło – ciekawe, czy tak byłoby z bratem, którego rzekomo chciałby mieć. Po jednym dniu z płaczącym noworodkiem jest to bardzo prawdopodobne; pewnie kazałby mi go odnieść do szpitala… Ot, taka dygresja, bo temat drugiego dziecka ciągle gdzieś powraca, głownie zresztą za sprawą małego, który po prostu chce mieć w domu towarzysza do zabaw, ale jak tu urodzić od razu pięciolatka?

A propos rodzenia, rozmawiałam ze znajomą dziś, jest w trzeciej ciąży i jej największym zmartwieniem teraz jest, uwaga, że ZA SZYBKO URODZI!! Że nie zdąży dojechać do szpitala i w ogóle co zrobić z dwójką dzieci, kiedy się nagle zacznie akcja, a tu mąż dajmy na to w pracy. Najbardziej się boję – mówi ona – że urodzę w samochodzie. W dodatku w czasie, kiedy wypada jej termin, najbliższy szpital, a właściwie oddział położniczy, zamykają na 3 tygodnie. Jak co roku zresztą robią te hece, tak jakby latem rodziło się mniej dzieci. Nie wiem, czy w innych miastach też tak jest?

Tak czy siak, obawy są bardzo uzasadnione, pierwsze dziecko rodziła 2 godziny, drugie niecałą godzinę, skurcze od razu ma co kilka minut, po prostu nic tylko rodzić!!! Obaw o aktualną politykę szpitalno-położniczą nie ma żadnych, no bo jakie. Większość bab boi się, że będzie rodzić w mękach przez 3 dni, a i to nie wiadomo, czy sprawa będzie miała szczęśliwy finał. A tu proszę, taki problem.

Tytuł mojego wpisu wynikł zaś z takiego wydarzenia z wczoraj – nagłą śmiercią zmarł kolego mojego męża, równolatek, czterdziestolatek. Wstał rano, zacharczał i koniec. Z tej perspektywy wszystko tak totalnie traci sens – i planowanie wakacji, i zakupy, i korki w mieście, no wszystko dosłownie, że ja pytam – jak żyć? I po co? Żeby się tak po prostu zwinąć w 5 minut? To po co to wszystko, te kariery, filmy, komputery, smarftony, modne ciuchy upolowane na wyprzedaży etc. Ktoś wie?

 

Język i zęby…

30 mar

Mały myje ręce w kuchni, mam przy zlewie mydło i płyn do naczyń w podobnych dozownikach i raz mu się pomyliły.

- Spłucz rączki, bo wziąłeś płyn do naczyń zamiast mydła.

- A można od tego umarnąć?

:)

Muszę przyznać, że jako polonistkę interesują mnie niepoprawne formy językowe, które tworzy na wzór poprawnych zasad gramatycznych (jak w przypadku powyżej – skoro jest „zagarnąć”, może być „umarnąć”). Byłaby o tym ciekawa praca magisterska! Mały np. bardzo lubi tworzyć liczbę mnogą z końcówką -y, czyli na wzór słów „chłopcy”, „samochody” tworzy „faly” (zamiast fale). Niektórych jego wyrażeń nawet nie poprawiam, tak mi się podobają, np. „plufnąć” do wody :) Natomiast nie darowuję mu prostactwa językowego, pod moje dyktando nie mówi inaczej jak „włączyć”/”wyłączyć”, a za „poszłem” daję mu kary (żartuję :)).

Co do bardziej fizycznych aspektów paszczy – wypadła małemu górna jedynka, trzymająca się zresztą już od dawna na włosku (czy raczej resztkach dziąsła), ale nie mozna było jej tknąć. Jeszcze zanim wypadła, zrobiła wokół siebie tyle miejsca, że teraz mały ma w buzi puste miejsce jak na trzy nowe zęby, a nie tylko jeden. Co nie przeszkadza mu co chwila otwierać paszczęki w różnym gronie rodzinnym i nie tylko, z arcytrudnym pytaniem poprzedzającym: Zgadnij, który ząb mi wypadł?

Po utracie zęba oczywiście temat był jeden: co przyniesie wróżka zębuszka. Za moich czasów takich ekstrasów nie było… Mały nie akceptuje lansowanych w bajkach monet pod poduszką, woli słodycze i jakieś niespodzianki, co mi kilka razy obwieścił, zanim poszedł spać. A nawet gdy już zasnął, to po chwili mnie przerażony zawołał: mamo, mamo, przecież musimy położyć ząb pod poduszką! Równie przerażona zaczęłam go szukać po łazience, dziękując sobie w duchu, że jakoś zapomniałam go od razu wyrzucić. Co się go potem naszukałam w nocy, celem podmianki…

Ale rano radość była wielka. Już o szóstej…

 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 

Rumień i smog

24 lut

Zgłoszono przypadki rumienia zakaźnego – taka informacja pojawiła się u małego w przedszkolu. Zamieszczono też plastyczny opis objawów, że dziecko wygląda, jakby mu wymierzono „dwa siarczyste policzki”, a na kończynach wysypka układa się „girladowato”, cokolwiek to może oznaczać (że niby się wije na nogach??). Od wywieszenia kartki minęły trzy dni i mały dostał czerwonych polików. Lekarka stwierdziła, że to co syn ma na twarzy nie wygląda jak typowy rumień, ale zaraz też dodała, że ta choroba ma to do siebie, że często przebiega nietypowo… Tak czy siak mały musi siedzieć w domu, a my – ja i mężydło na zmianę – razem z nim. A lekarka chyba w złą chwilę wspomniała o nietypowych objawach, bo chociaż zazwyczaj są to: stan podgorączkowy i ból gardła jak przy przeziębieniu, u nas nic takiego nie wystąpiło, w zamian za to była sraczka (rozwolnienie znaczy…) i wymioty w nocy. Dlaczego wymioty ZAWSZE pojawiają się w nocy, kiedy to dom cichnie i człowiek zadowolony, że wszystko z dzieckiem OK, kładzie się do wyrka? Mały wymiotował w swoim życiu kilka razy i zawsze była to pora jakoś tak po północy. Super. Tym razem zdążyłam z miską, chociaż mały sprawy mi nie ułatwił; zamiast powiedzieć, że mu niedobrze, stwierdził, że… boli go szyja. Hmm…

Mieliśmy tu we Wrocławiu ostatnio kiepskie powietrze, o czym dowiedziałam się z tablicy na przystanku i poczułam się… bardzo źle…

Ale pogoda była za to naprawdę wiosennie przyjemna, toteż po południu, gdy odbierałam małego z przedszkola, spytałam, czy byli na dworze. Och, co za głupia nieświadoma matka! Mamy wszak XXI wiek i gdy na przystanku jest komunikat o złym stanie powietrza, wiadomym jest, że wtedy dzieci siedzą w przedszkolu w czterech ścianach, bo przedszkolanki mają zakaz od władz miasta na ich wyprowadzanie. Poczułam się przez chwilę jak w jakiejś Hieroszimie, kiedy pani pokazała mi na przedszkolnym korytarzu wywieszkę:

Po prostu super, dziękuję Wam wszystkim, palącym w piecach paletami, workami i innymi śmieciami, dzięki Wam moje dziecko nie przeziębi się nieupilnowane przez panią przedszkolankę na dworze, bo na ten dwór po prostu nie wyjdzie. Za to złapie wirusa rumienia zakaźnego, mającego się świetnie w niewietrzonych salach.  :-|

 

Sedno rodzicielstwa

19 sty

Ja tu się rozpisuję i tak, i siak, a tak naprawdę zazwyczaj chodzi mi o to, co poniżej ujęto na czterech obrazkach. Boże, jakie to prawdziwe! Zazdroszczę trafienia w sedno!

Pozdrawiam wszystkich rodziców wściekłych na swoje bachory za ich zachowanie, co nie przeszkadza im o dowolnej porze dnia i nocy lecieć na ratunek (albo pomóc szukać autka… albo kulki…, albo zbudować namiot z koca i krzeseł…).

 

 

źródło: https://www.facebook.com/blogojciec/?hc_ref=NEWSFEED&fref=nf

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii ja - matka, heh

 
 

  • RSS